PROSTO Z MOSTU
Już byli w ogródku, już się z gąską witali. I co? I nic. Tak w skrócie można skomentować sprawę ustawy lustracyjnej podziurawionej przez Trybunał Konstytucyjny. A kto się z gąską witał? Oczywiście "bliźniaki".
Czyli sprawiedliwości stało się zadość. Ostatnie tygodnie to amok w sprawie lustracji. Nie bardzo wiem o co chodzi, gdyż podobno pośpiech jest dobry, ale przy łapaniu pcheł. Zaś tutaj chodziło o powikłane losy z przeszłości setek tysięcy Polaków (lustracją miało być objętych około 700 tysięcy osób). Totalna głupota.
Dziwi mnie w tym wszystkim jedno: jak to jest możliwe, aby ludzie, którzy cały czas działają w imię prawa i sprawiedliwości,
z modlitwą na ustach, potrafią być tak mściwi, zachłanni, zionący nienawiścią do wszystkich tych, którzy mają inne zdanie
od nich.
To tylko w państwach totalitarnych uznawana jest nieomylność wodzów, a my przecież stroimy się na demokrację ze słynnym hasłem państwa prawa.
Wpadka przy poprawionej ustawie lustracyjnej jest żenująca. Jak można w Kancelarii Prezydenta RP "wyprodukować" taki knot legislacyjny, czyli kompletny bubel prawny i przesłać go do kancelarii Sejmu, która wpuszcza go pod obrady i zostaje uchwalony.
Dlatego zadaję sobie pytanie, kto urzęduje w tym zespole prawnym przy Prezydencie? O ile wiem to w Polsce nie ma zasadniczych szkół prawniczych ani też liceów. Są natomiast uniwersytety, gdzie nawet najmłodsi absolwenci takich gaf legislacyjnych by nie popełnili.
To wreszcie Prezydent RP chwali się swoim profesorskim tytułem i to ze specjalizacją prawa. Ale rozumiem, że On nie ma czasu na analizę takich drobiazgów jak rozszerzona ustawa lustracyjna, ale na jego miejscu, twórców tejże ustawy wywaliłbym z pracy na zbity pysk. Bo jest to totalna kompromitacja Urzędu Prezydenta, która znowu nas ośmiesza w opinii światowej.
A jeśli już ten knot legislacyjny przekroczył mury gmachu Sejmu to przecież w Parlamencie też mamy biuro prawne z dużą ilością podobno wytrawnych prawników, którzy te niezgodności powinni wychwycić.
Tak się niestety nie stało i na oczach milionów telewidzów odbyła się prawdziwa rzeź ustawy lustracyjnej. Żałosne było to jak słuchało się uzasadnienia wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który dosłownie znęcał się nad tym bublem prawnym noszącym nazwę ustawy lustracyjnej.
Może nie wszystkich interesuje sprawa lustracji, gdyż dotyczy ona kilkuset czy kilku tysięcy osób, niemniej jednak publicznie przy otwartej kurtynie został ukazany mechanizm chęci złamania prawa, a konkretnie najważniejszej w kraju ustawy, czyli Ustawy Konstytucyjnej.
Wielu z nich nadal nie rozumie, dlaczego lustracji mają podlegać osoby, które nie mają żadnego wpływu na politykę państwa, a z racji pełnionych funkcji czy też wykonywanego zawodu mają swoje zrzeszenia czy stowarzyszenia, które poprzez swoje regulaminy dyscyplinują swoich członków.
Wszystko wskazuje na to, że tak rozbuchana ustawa lustracyjna miała być w rękach rządzących "biczem bożym" dla niewygodnych osób. Mając w dyspozycji Instytut Pamięci Narodowej można na życzenie władców IV RP wyciągnąć potrzebnego "królika z kapelusza" i obciąć mu uszy.
Dowodem dyspozycyjności IPN w stosunku do władzy był przypadek z dwoma członkami Trybunału, gdzie w prawie 86 kilometrach teczek w ciągu jednej nocy udało się odszukać dwie teczki i przedstawić je Trybunałowi podważając tym samym nieskazitelność członków Trybunału. Tak jak pisałem na początku pośpiech jest dobry tylko przy łapaniu pcheł, gdyż nastąpiła kolejna kompromitacja władzy, bo poseł reprezentujący Marszałka Sejmu przedstawił teczki, ale zupełnie bezwartościowe. Poseł, w dodatku adwokat, został wpuszczony
w maliny przez Marszałka Sejmu, a jego tłumaczenie i odpowiedzi na pytania prof. Stępnia wyglądały jak odpowiedzi studenta I roku prawa i to studenta o zdolnościach poniżej przeciętnych.
Zresztą sam incydent z tymi dwoma teczkami nosi cechy kryminogenne, gdyż członkowie Trybunału niesłusznie zostali oskarżeni o coś, co było przedmiotem badań lustracyjnych. I wcale bym się nie dziwił, gdyby władze adwokackie wyciągnęły surowe wnioski w stosunku do swojego członka palestry.
Ja zaś będąc na miejscu Marszałka Dorna w dwie minuty po ogłoszeniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego podałbym się do dymisji i uciekł gdzie pieprz rośnie.
Została bowiem zachwiana powaga Sejmu, organu stanowiącego praworządność w Polsce.
Ale jakby tego było mało, władcy, którzy dostali prztyczka w nosek mogli tylko zrobić jedno, czyli opóźnić wydanie Dziennika Ustaw, który miał ukazać się po terminie, czyli po dacie 15 maja, a tym samym wprawić w zakłopotanie tysiące ludzi, którzy świadomi faktu o ostatecznej decyzji Trybunału nie musieliby składać oświadczeń lustracyjnych. Ale pan premier wyraźnie oświadczył, że nie będzie procesu wydawniczego opóźniał ani przyspieszał, czyli wyda go po terminie.
Jest to jeszcze jeden polski paradoks, że o tak ważnych decyzjach dla tysięcy ludzi decyduje drukarnia. A więc pan premier zachował się zgodnie z powiedzeniem "na złość babci odmrożę sobie uszy".
Na szczęście znalazł się ktoś mądry, który przekonał "bliźniaka nr 2" i Dziennik Ustaw zdążył ukazać się w terminie czyli 15 maja.
A tak całkiem poważnie - jest to świadome działanie polskiego szefa rządu przeciw rzeszy swoich obywateli. Tak być nie powinno. Sztuką jest umieć przegrać, a tego niestety bracia nie znoszą.
Praktycznie zawłaszczyli w tym państwie wszystko. Został im jeszcze tylko Trybunał Konstytucyjny. Ale z tym to już będzie gorzej, gdyż tutaj wchodzimy w delikatną materię, jaką jest Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej.
Próby zawłaszczenia tego organu nie będą łatwe, choć w tym kraju różne rzeczy już się zdarzały.
Póki co zamach stanu nam nie grozi, bo bracia musieliby obalić samych siebie,
a znając ich przywiązanie do władzy na pewno tego nie zrobią. Przedterminowe wybory też chyba nam nie grożą, gdyż partie satelickie nie wnoszące nic do pracy tej koalicji mają bardzo wiele do stracenia.
Czuję, że będziemy się dusić w tej koalicyjnej atmosferze i tylko jest prośba, aby czasem nie wepchali się do gospodarki, bo to już wtedy koniec świata.
Kazimierz Semik
|