A ziemia powinna rodzić!
W jednym z poprzednich artykułów - "Jak zaorywać ugory" - pisałem
o działalności Okręgowego Towarzystwa Rolniczego w Żywcu w okresie międzywojennym, na polu szerzenia oświaty rolniczej i jakie to przynosiło efekty. Wspominałem również o podobnej działalności Kółek Rolniczych i Związku Młodzieży Wiejskiej w II połowie XX wieku. Oświata rolnicza wsparta nowoczesnymi odmianami zbóż i okopowych, a także bezpłatnym wapnowaniem gleb /Kto to dzisiaj pamięta??? Przepraszam i owszem. Wapnuje się także dzisiaj w gminie Łodygowice!!! Jedynie tutaj opracowany został przez PZDR w Żywcu - przy udziale gminy - plan wapnowania gleb, którego realizacja
w 70% finansowana jest przez WFOŚ w Katowicach, a pozostałe koszty pokrywa Urząd Gminy/ i nawozami mineralnymi, przyniosła efekty w postaci tak dużych urodzajów, że nie mogły ich pomieścić chłopskie stodółki i piwnice. Widać je także było w oborach, zlewniach mleka i na punktach skupu. Chociaż na zaspokojenie ówczesnych potrzeb konsumpcyjnych wciąż tego nie wystarczało. Jeszcze przed czterdziestu laty /1964 r./ użytki rolne na Żywiecczyźnie zajmowały obszar 50 tys. ha. Gospodarstwa były /i są/ tutaj niewielkie, jako że średnia wielkość nie przekraczała 2 ha, ale z bardzo wysoką obsadą inwentarza żywego. Utrzymywano na nich 44 tys. sztuk bydła, w tym
33 tys. krów, 24 tys. sztuk trzody chlewnej oraz 10 tys. sztuk owiec i 8 tys. koni. Do końca lat 80-tych następowały niewielkie zmiany. Przed dwudziestu laty na Żywiecczyźnie /w jej obecnych granicach/ w ponad 30 tysiącach gospodarstw, na łącznym areale około 41 tys. ha, hodowano prawie 32 tys. sztuk bydła - w tym 21 tys. krów, 18 tys. sztuk trzody chlewnej i blisko 20 tys. owiec.
Aktualnie powierzchnia użytków rolnych wynosi 31 tys ha, ale stopień ich rolniczego wykorzystania jest niewielki, co widać gołym okiem. Przybliżone szacunki mówią, że zaledwie co trzeci hektar jest należycie zagospodarowany. Znajduje to dobitny wyraz w pogłowiu inwentarza żywego. Dane ze spisu powszechnego z 2002 r. mówią, że pogłowie bydła jest w granicach - 11 tys. sztuk, w tym krów 6 tys., trzody chlewnej 1200 sztuk oraz 2600 sztuk owiec i 2500 sztuk kóz. Jedyne, co w tych danych jest pocieszające to to, że powraca zainteresowanie chowem kóz.
Znacznie zmalała także liczba gospodarstw. Gdyby liczyć wszystkie, także te od 0.5 ha to by ich 24 tys. Natomiast zgodnie z obecnie obowiązującą klasyfikacją jest ich o połowę mniej /12084/, gdyż za gospodarstwo rolne uważa się te powyżej 1 hektara. Mimo to także w tej grupie przeważają gospodarstwa drobne od 1 do 2 ha, które stanowią 60% ogółu gospodarstw. Gospodarstw powyżej 5 ha jest tylko około 300. Wśród nich znajduje się zaledwie około 20 gospodarstw o obszarze powyżej 15 ha, a więc takich, które w obecnych warunkach mogą ewentualnie rywalizować w produkcji rolnej.
Liczby te niezwykle dobitnie obrazują regres, jaki przeżywa całe polskie rolnictwo, gdyż sytuacja na Żywiecczyźnie jest jego lustrzanym odbiciem. Przytaczam je nie po to, aby nawoływać do rozdzierania szat, ale po to, aby wspólnie zastanowić się co robić, jakich szukać wyjść, żeby ziemia nie odłogowała, a młodzi ludzie nie musieli - podobnie jak w okresie międzywojennym - "uciekać na Saksy".
Poddawaniem się zaistniałej sytuacji i rozdzieraniem szat nic nie zrobimy. Nastały inne czasy. Tradycyjne rolnictwo - jakie dominowało na Żywiecczyźnie - gdzie każdy chciał mieć "kawałek pola", /0,5; 1,0; 2,0 ha/ i dorabiać sobie w pracach leśnych, w przemyśle, czy usługach zanika, bo ono jest po prostu nieopłacalne.
Nowoczesne gospodarstwo rolne coraz bardziej zaczyna przypominać przedsiębiorstwo produkcyjne, w którym rolnik - menadżer - prowadzi najnormalniejszą księgowość i z ołówkiem /komputerem/ w ręku odnotowuje wszystko co mu się opłaca, a co nie. Do tego zapisywania wszystkiego /nie zawsze chętnie przez rolników akceptowanego/ zobowiązują także wymagania Unii Europejskiej. Stąd przyszłość przed dużymi indywidualnymi gospodarstwami rolnymi, czy /pisałem o tym już w początkach naszego przystępowania do Unii/ grupami producentów rolnych, które pozwoliłyby rolnikom na otrzymywanie dopłat nie tylko do większych /10-arowych/ działek, ale do prawie całej posiadanej ziemi, a także - dzięki wspólnemu użytkowaniu maszyn i urządzeń i zaopatrywaniu się w nawozy sztuczne, sadzeniaki, materiał siewny itp. - pozwalałyby na znaczne obniżenie kosztów produkcji. Zaś przy obecnej "zbiurokratyzowanej" ewidencji rolnej, wymagania w stosunku do gospodarstw indywidualnych, czy grup producenckich niewiele by się różniły, a - w niektórych sytuacjach - wspólna księgowość może dla wielu byłaby wybawieniem.
Nie oznacza to oczywiście, że tylko duże przedsiębiorstwa rolne mają szansę istnienia. Dobrze prosperować mogą także niewielkie gospodarstwa rolne wówczas, kiedy obiorą wąski kierunek specjalizacji. Może to być np. produkcja zdrowej żywności, gospodarstwo szkółkarskie, rolno-leśne, czy agroturystyczne. Dla rolników, posiadaczy ziemi oraz całej otoczki organizacji
i instytucji obsługi rolnictwa najważniejszym problemem powinno być dobre zagospodarowanie ziemi. Cieszy fakt, że dopłaty, jakie otrzymujemy z Unii zmobilizowały posiadaczy większych - odłogujących - działek rolnych do ich koszenia. Przynajmniej będzie mniej rozsiewanych chwastów, zakrzaczonych łąk i mniej pożarów przy wypalaniu łąk.
Rodzi się jednak pytanie? Jaki poza tym pożytek jest z tego, że trawa zamiast zasychać na łące, gnije
w kopie, no i jak długo Unia zechce do tego "marnotrawstwa" dopłacać.
Ziemia powinna rodzić!!! Nieważne, czy wyda plony w tym roku, czy zbierać je będą nasi potomkowie za sto lat. Ziemia powinna rodzić!!! Dlatego popierać winniśmy wszelkie inicjatywy, które tej idei służą.
Godna pochwały, uznania i daleko idącej pomocy jest inicjatywa takich pionierów właściwego wykorzystania ziemi jak: młode małżeństwo Sylwia i Artur Firgankowie, którzy wysoko w górach zakupili 10 ha pola i założyli gospodarstwo agroturystyczne. Byłem, widziałem, ziemia jest zagospodarowana i utrzymana w wysokiej kulturze. Pisałem o tym w artykule "Daleka droga". Godne uznania i pochwały są poczynania małżeństwa Sanetrów, przestawiających swoje gospodarstwo na usługi w turystyce konnej. Agroturystyka ma przed sobą niewątpliwą przyszłość, gdyż ludzie z miast w ucieczce przed cywilizacyjnym pośpiechem i zgiełkiem coraz częściej odpoczynku szukać będą w ucieczce na wieś. Rozwój agroturystyki ma ogromne znaczenie nie tylko dla właścicieli gospodarstwa, ale także dla społeczności i władz lokalnych. Jak wykazują badania, każde nowe, zagospodarowane miejsce w turystyce wywołuje popyt na 5 nowych miejsc pracy w szeroko rozumianej obsłudze okołoturystycznej. Może więc agroturystyka stanowić jedną z istotnych form aktywizacji gospodarczej regionu. Cieszą także właściwie prowadzone gospodarstwa wielkoobszarowe braci Janusza i Michała Midorów w Pietrzykowiacach, Janusza Kastelika w Gilowicach i wielu im podobnych, gdyż to one będą dawać świadectwo obliczu nowoczesnego rolnictwa w Beskidach.
Antoni Urbaniec
|