Rynek w Żywcu przez wieki
Jest to tytuł nowej książki Mirosława Miodońskiego. Niektórzy mieszkańcy królewskiego miasta Żywca nie wiedzą prawdopodobnie dlaczego "królewskiego". Nie wiedzą też, że Żywiec w dzisiejszych granicach to twór XX-wieczny, że jeszcze nie tak dawno w okolicach dzisiejszego Rynku funkcjonowały samodzielne gminy: Stary Żywiec, Isep, Zabłocie, Sporysz, nie mówiąc już o Oczkowie, Podlesiu czy Moszczanicy. Wnioskować z tego należy, że twór miejski zwany dziś Żywcem nie ukształtował się poprzez naturalny rozrost aglomeracji od wewnątrz, czyli od Rynku na boki, lecz poprzez wchłanianie sąsiednich skupisk typu podmiejskiego, które podobnie jak Rynek do czasu ich włączenia do miasta prowadziły samodzielny byt. Jedynie Rudza dość wcześnie w naturalny sposób zrosła się z Żywcem, ale nie zauważyłem czy autor "Rynku" fakt ten badał i odnotował. Należałoby z tego wnioskować, że dla monograficznych potrzeb miasta we współczesnych jego granicach należy oczekiwać podobnych opracowań dla Rudzy, Sporysza, Starego Żywca i Ispu, bo Zabłocie coś takiego już ma.
Mirosław Miodoński jest mocno ukorzenionym mieszkańcem Rynku. Nie dziwię się, że jakiś sen, jawa czy marzenie senne natchnęło go do opracowania historii tego - nie cały hektar liczącego - miejsca na ziemi. Jest to, jak sam autor to nazywa, 47 esejów nie powiązanych ze sobą ani rzeczowo ani chronologicznie. Moim zdaniem to błąd. Esej pierwszy np. zaczyna się w roku 1895, a ostatni traktuje o obchodach 700-lecia w 1968 roku, chociaż autor we wstępie zastrzega, że zamyka sprawę w roku 1945. A szkoda, moim zdaniem należało temat "pociągnąć" przez te następne 50 lat, bo działo się w tym czasie na Rynku tak wiele.
Podziwiam mrówczą i wieloletnią zapewne pracę autora, odbyte kwerendy w archiwach publicznych i zbiorach prywatnych, dziesiątki rozmów i wywiadów po to, by podać nam, mieszkańcom grodu "na tacy" gotowy produkt. Książka jest bogato i doskonale zilustrowana. Tam, gdzie brakowało odpowiednich fotografii, lukę wypełniła trafnymi - moim zdaniem - rysunkami i szkicami terenowymi Sylwia Sas-Jasicka. Szkoda, że redaktor techniczny nie rozciągnął niektórych zdjęć na całą szerokość strony, pozostawiając niepotrzebnie niezagospodarowane wolne miejsca. Książka ta relacjonuje nieznane szerzej, często burzliwe dzieje niektórych mieszkańców Rynku, co może być inspiracją do tworzenia genealogii rodzin i rodów żywieckich, albowiem ich zaczątki są już gotowe.
Wiedziałem, że coś takiego powstaje, ale muszę powiedzieć, że moje oczekiwania nie w pełni się ziściły. Moim zdaniem, książka jest za bardzo "uczona" lub "naukowa" jak kto woli. 45 stron przypisów na 180 stron tekstu, w dodatku niefortunnie - moim zdaniem - ulokowanych, to przesada, jeżeli książka ta adresowana jest do mieszkańców Rynku, a szerzej Żywca. Chyba, że jej adresatem jest kto inny, a ja o tym nie wiem, to przepraszam. Spodziewałem się, że będzie to coś w rodzaju opracowania Okuljara "W dawnym Żywcu". To się naprawdę dobrze czyta, a dowiedzieć się o naszym mieście można sporo. Cenne i wartościowe są tabele i kalendarium przy końcu książki oraz terenowe szkice Rynku na jej wewnętrznych okładkach. Składam tą drogą podziękowanie autorowi za historię tego fragmentu naszego miasta. "Ziarnko do ziarnka, a uzbiera się miarka".
Hieronim Woźniak
|