Wizyta rodziny Kornhauserów w Rajczy
W okresie międzywojennym Polska była krajem wielonarodowościowym. Według spisu z 1938 roku w Polsce było 24 mln Polaków, 7,3 mln Ukraińców, Białorusinów i Litwinów, 3,3 mln Żydów oraz 0,5 mln Niemców.
W tej mozaice narodowości, cieszącej się znaczną swobodą obywatelską dużą rolę odgrywali Żydzi. Zamieszkiwali oni obszar całej Polski, ze szczególną koncentracją na terenach wschodnich Rzeczypospolitej oraz w wielkich miastach. W Krakowie na przykład, większość mieszkańców dzielnicy Kazimierz stanowili Żydzi. Trudnili się oni handlem i rzemiosłem, pracowali
w bankach i instytucjach państwowych, sądach, prokuraturze i innych urzędach.
Stanowili zwartą społeczność, wyodrębniając się spośród innych grup etnicznych i narodowościowych. Elementem, który pozwolił im zachować swoją tożsamość była religia. Wyznanie było zwornikiem, który łączył Żydów całego świata. Religia Mojżeszowa wyznaczała im miejsce narodu wybranego, który zawsze miał nadzieję powrotu do swojej Ziemi Obiecanej. Przez prawie dwa tysiące lat, żyjąc w rozproszeniu, zachowali religię
w swej pierwotnej formie, język oraz obyczaj oparty na wyznaniu. Rabini uczyli dzieci żydowskie religii przodków i ojców oraz wpajali im zasady talmudu. Obowiązkowe obrzezanie było znamieniem, które pieczętowało przynależność do społeczności żydowskiej.
W Rajczy, podobnie jak w innych większych miejscowościach, mieszkało sporo rodzin żydowskich. Dziś wielu młodych Rajczan nie wie, że w okresie przed drugą wojną światową, Żydzi stanowili tu znaczną kolonię, że opanowali prawie cały handel, że liczne żydowskie karczmy usytuowane były
w najdogodniejszych punktach Rajczy. Żeby ocalić tę społeczność od zapomnienia, wspólnie z Panem Stanisławem Hulbojem, opracowaliśmy rejestr rodzin żydowskich zamieszkałych w Rajczy i opublikowaliśmy go w wydawnictwie "Ryte na szpaltach" Władysława Bułki, wydanym w Żywcu w roku 2004. Doliczyliśmy się 40 rodzin. Gdyby przyjąć, że były to rodziny czteroosobowe to liczba Żydów wyniosłaby 160 osób. Ponieważ w tamtym czasie rodziny były z reguły wielodzietne, Żydów musiało być znacznie więcej.
Kiedy w 1939 r. wkroczyli do Rajczy Niemcy, natychmiast przystąpili do rejestracji Żydów i nakazali im nosić opaski z gwiazdą Dawida. Potem skoszarowali ich w sanatorium w Rajczy, skąd wychodzili pod nadzorem, do rozbiórki domów w Rycerce Dolnej. Wreszcie wywieźli ich do punktu zbornego (getta) w Suchej. Potem transportowano Żydów do obozów zagłady i masowo ich mordowano. Nie wiem w jakich obozach zakończyli tragicznie swój exodus. Znikoma część przeżyła gehennę i jakimś cudem ocalała. Do tych ocalałych zalicza się Leon Kornhauser.
Żydami z Rajczy zainteresowałem się w roku 1996. Pomyślałem, że trzeba zrobić coś, aby nie zapomniano całkowicie o tej społeczności. Od wojny upłynęło już pół wieku. Wyrosły nowe pokolenia, dla których straszna okupacja i zbrodnie na narodzie żydowskim, ale i również na Polakach to tylko historia. Zacząłem gromadzić informacje zapamiętane przez jeszcze żyjących starszych mieszkańców Rajczy i na tej podstawie napisałem tekst "Społeczność żydowska w Rajczy" i opublikowałem go w Gazecie Żywieckiej, a potem "Kalendarzu Żywieckim" w roku 1996. Od znajomych
z Żywca zdobyłem adres pana Leona Kornhausera mieszkającego w Natanii w Izraelu i na ten adres posłałem mu Kalendarz. Odpowiedź nadeszła szybko. W bardzo długim liście, poprawną polszczyzną dzielił się radością, że podjąłem się dokumentowania losu Żydów z Rajczy. Potem było jeszcze kilka listów i telefony, aż do jego śmierci we wrześniu 2006 r. Dwukrotnie przyjechał do nas do Rajczy. Pierwszy raz, kiedy z synem Mosze uczestniczył w Marszu Żywych w Oświęcimiu. Rozmawiało sie
z nim jak z bratem. Jego osobowość bardzo otwarta i przyjazna stwarzała okazje do długich rozmów i wynurzeń, gdzie radość dnia dzisiejszego
i tragizm okresu wojny przeplatały się ze sobą. Druga wizyta odbyła się
w 2001 roku w sierpniu. Przyjechał z żoną Herminą. Zamieszkali w hotelu w Ustroniu, bo w okolicach tego miasta żyła dawniej rodzina żony. Po tych spotkaniach opisałem losy dr. Leona Kornhausera i opublikowałem je
w czasopiśmie "Nad Sołą i Koszarawą, w artykule pt. "Niezwykły życiorys jednego z pięciu braci Kornhauserów - doktora Leona Kornhausera". Ponieważ zbliżało się 100-lecie Liceum Ogólnokształcącego w Żywcu namówiłem Go, aby napisał tekst do Księgi Pamiątkowej, której publikację zaplanowano wcześniej. Napisał o swoim profesorze Walentym Augustynowiczu, który okazał mu pomoc w ukończeniu szkoły po powrocie z obozu.*
Zapraszał mnie kilkakrotnie do wizyty w Izraelu. Ponieważ było tam niespokojnie ustaliliśmy z żoną, że wizytę odłożymy na później. Nie pojechaliśmy tam, a szkoda.
W październiku 2006 otrzymaliśmy telefon z Izraela od córki pana Leona, Dalii z powiadomieniem o śmierci ojca i informacją, że odwiedzą Rajczę całym rodzeństwem wspólnie z małżonkami.
Przyjechali 11 listopada 2006 roku w składzie: Dalia z mężem, bracia: Mulik i Mosze z żonami oraz ich kuzyn - lekarz. Byli podekscytowani wizytą w kraju rodziców. Oprowadziłem ich po wszystkich miejscach, z którymi kiedyś związany był ich ojciec i dziadkowie. Dalia mówiła dobrze po polsku, a bracia rozumieli dużo, więc nie było kłopotu z komunikowaniem. Dowiedziałem się, że Dalia i Mulik są dentystami, a Mosze jest adwokatem. Ich współmałżonkowie też pokończyli studia i jeden z nich pracuje jako wykładowca na wyższej uczelni. Interesowali się drzewami jabłoni z kolorowymi owocami, zielenią krzewów i traw, bo dla nich mieszkających w klimacie suchym, ta zieleń to egzotyka. Potem pojechałem z nimi na cmentarz
w Milówce (kirkut), gdzie spoczywają ich dziadkowie o nazwisku Citron. Macewy dobrze utrzymane i czytelne były oczkiem w głowie ojca, bo to przecież jedyny realny ślad ich zamieszkania na tej ziemi. Opowiadał mi, że chciał zabrać te nagrobki do Izraela, ale miał problem z Ministerstwem Kultury, a nie miał na tyle siły, aby pokonać tę barierę biurokratyczną.
Wzruszeni prawnukowie odmówili tu modlitwę według ich obyczaju i zapalili świece. Ja modliłem się razem z nimi za ich krewnych, rodziców, którzy zostali zamordowani w Oświęcimiu i za Leona Kornhausera, którego szanowałem jak brata. Kiedy rozglądałem się po tym żydowskim cmentarzu, ubolewałem, że tak niewiele pozostało tu nagrobków, po tak znaczącej i licznej kiedyś społeczności żydowskiej. Dzięki światłym ludziom udało się zachować ten cmentarz. Obecnie toczy się w Warszawie proces o przekazanie go gminie Żydowskiej. Podobny kirkut w Żywcu ma już uregulowany status prawny.
Po wyjściu z cmentarza pożegnałem rodzeństwo Kornhauserów. Pojechali do Ustronia, do rodzinnych stron matki, aby i tam szukać śladów zamieszkania swoich krewnych.
* "Leon Kornhauser - ,,Promień słońca, pomimo smutnej przeszłości" Księga Jubileuszowa 100-lecia Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika w Żywcu - Żywiec 2004 str. 115.
Stanisław Porwisz
|