Zagmatwana rocznica
Najróżniejsze, najczęściej przeciwstawne opinie na temat stanu wojennego sprzed ćwierćwiecza zaczynają już nudzić przeciętnego zjadacza chleba, ponieważ im odleglejszy to czas, tym więcej narasta wokół sprawy mitów, przeinaczeń, a nawet domysłów, nie zawsze prawdziwych. Rzecz w tym, że tak naprawdę, ani przeciwnicy, ani zwolennicy owych tragicznych wydarzeń, nie grzeszą całkowitą bezstronnością. Przeciwnicy przytaczają argumenty przeczące wszelkiej logice o bezprawiu postępowania ówczesnych władz Polski, zwolennicy z kolei twierdzą, że stan wojenny uchronił nas przed jeszcze większym nieszczęściem. Nawet historycy nie są wolni od tych samych błędów. Nie zamierzam popierać opinii którejkolwiek ze stron, zbyt mało jest obiektywnej prawdy w tym, co się głosi. Uważam, że rację mają ci nieliczni, którzy mówią, że do dziś nie został rozstrzygnięty spór w wielu historycznych kwestiach. Czy Powstanie Listopadowe było potrzebne i korzystne dla naszego narodu, podobnie jak Styczniowe, czy Warszawskie. Do tej kategorii zaliczają także i stan wojenny.
Do generała Jaruzelskiego mam pretensje nie tyle o wprowadzenie stanu wojennego, ale o to, że w 1985 roku nie poparł Michaiła Gorbaczowa i jego pierestrojki, w czasie wizyty tego ostatniego w Polsce. Po to przecież przyjechał do nas. Niewątpliwie Europa dziś wyglądałaby zupełnie inaczej, a przemiany u nas również przybrałyby inne oblicze, bardziej ludzkie i nie tak bezmyślnie skomplikowane. Chyba i Rosja byłaby nam bardziej przyjazna.
Polska znalazła się na niebezpiecznym zakręcie dziejowym, grożącym wypadnięciem z toru, lub strawersowaniem na bocznicę bez wyjazdu.
W roku 1980 lubelscy kolejarze przyspawywali koła wagonów, by nie dopuścić do wywozu polskiej żywności do Związku Radzieckiego. Dziś, przy pomocy Unii Europejskiej walczymy o otwarcie rosyjskiego rynku dla naszej żywności, ale oni jej nie chcą. Przez niemal półwiecze wmawiano nam obłudnie przyjaźń i braterstwo ze Związkiem Radzieckim, dziś obydwa nasze kraje obrzucają się wzajemnie zniewagami, posądzając o najgorsze instynkty. Musimy błagać sąsiadów o interwencję w naszej sprawie, zamiast rzeczowo i po ludzku załatwiać to sami. Odrodziła się także zawsze niebezpieczna dla nas przyjaźń pomiędzy Niemcami i Rosją ponad naszymi głowami, która już kilkakrotnie w dziejach kończyła się dla nas tragicznie.
Nie sam stan wojenny był złem, ale forma, w jakiej został wprowadzony. Do dziś nie jestem w stanie pojąć, po co internowano te tysiące ludzi? Co chciano osiągnąć wysyłając wojsko i milicję do zakładów pracy? Czy miało to postać demonstracji siły, czy jeszcze coś innego pod tym się kryło? Oficerowie wyznaczeni na komisarzy przy każdym zakładzie pracy byli wszechwładnymi panami przez kilka miesięcy, nie znając absolutnie realiów gospodarczych. Spowodowali jedynie dodatkowe straty, frustrację kierownictw i załóg pracowniczych. Nie rozwiązano żadnego z problemów, a pogłębiono jedynie istniejące podziały, wzbudzono wzajemną nienawiść, trwającą do dziś i co gorsza, pogłębiającą się jeszcze.
Zastanawia mnie sprawa traktowania okresu PRL przez dzisiejszych władców, w czym prym wiodą ugrupowania populistyczne, a także pojedynczy wichrzyciele, pragnący niemal wykreślić z naszych dziejów ten okres czasu, a przynajmniej wytoczyć procesy
i ukarać ówczesnych ludzi władających Polską za wysługiwanie się obcemu mocarstwu. Łaskawi Panowie! To premier Churchill wraz z prezydentem Rooseveltem rzucili Polskę w objęcia Stalina. Ich także należałoby posadzić na ławie oskarżonych wraz z innymi. Jakiż ustrój w tamtych warunkach był możliwy do utworzenia w Polsce? Jedynie taki, na który godziła się Moskwa, a właściwie osobiście Josif Wissarionowicz Stalin. Czyżby o tym całkowicie zapomniano? Jeśli już sądzić i karać to tych, którzy dobrowolnie i z całym oddaniem wysługiwali się moskiewskim mocodawcom. Nie widzę jednak, by w tej kwestii coś robiono. Popatrzmy, jak inne kraje z dawnej sowieckiej orbity radzą sobie z tym problemem. Nie wylewajmy dziecka z kąpielą.
Zamiast iść do przodu, pokonywać ciągle narastające trudności, jakich nie szczędziła nam nigdy historia, grzebiemy się w zagmatwanej przeszłości, z której tak naprawdę nigdy nie wyjdziemy, jeśli nie zmienimy swojego postępowania.
Na porządku dziennym nie są rozważane sprawy istotne dla kraju i narodu, ale afery i pożałowania godne, hańbiące całą klasę polityczną wydarzenia, jak chociażby ostatnia seksafera w "Samoobronie", a nade wszystko gra osławionymi teczkami.
Ostatnie, tak gorszące ujawnienie kontaktów z SB Abpa Wielgusa przywodzi na myśl podejrzenia, że jakaś niewidzialna ręka tym wszystkim steruje, której nawet "specsłużby" pana ministra Wassermanna nie są w stanie wykryć, chyba, że same są w to uwikłane. Przecież to nie przypadek, że najpierw krąży jakaś pogłoska
o kontaktach z SB osoby, która akurat jest proponowana na wysokie stanowisko, w służbie cywilnej, lub w Kościele, potem
w prasie ukazuje się obszerny artykuł, co dana osoba przekazywała bezpiece i natychmiast znajduje się w IPN teczka ze szczegółami, której istnienia nikt wcześniej nawet nie podejrzewał. Podobnie było z Panią Gilowską i innymi osobami. Komuś wyraźnie zależy na ciągłym sianiu fermentu w Polsce, by destabilizować nasz kraj.
Pożywką zaś dla tego typu działań jest ciągłe podsycanie wzajemnych animozji, a nawet nienawiści przez ekstremalne jednostki niektórych ugrupowań politycznych. Nie będę tu wymieniał których, bo są one dobrze znane naszemu społeczeństwu.
I jeszcze jedna kwestia z tego tematu. Zażarcie zwalcza się u nas wszelkie przejawy współpracy z tajnymi służbami PRL. Zapomniano natomiast całkowicie o konfidentach i służalcach okupantów hitlerowskich, choć w wyniku ich denuncjacji ginęły w obozach koncentracyjnych setki, a może i tysiące ludzi. Zastanawiam się, czyżby hitlerowcy byli lepsi, mniej dla nas uciążliwi od bolszewików? Tamtym, dawniejszym, jakoś wybaczono. Wówczas nie było jeszcze "teczek".
Bronisław Sroka
|