Azaliawypoczynek Projektowanie stron wwwweb design Serwis ŻywiecczyznyŻywiec Salon fordford Nieruchomościnieruchomości SONnieruchomosci Beskidywakacje wczasy Eurofiranyfirany zasłonydekoracje Projektowanie stron internetowychprezentacje multimedialne

Nad Sołą i Koszarawą - nr 24 (199) - 15 XII 2006

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|



Pierwszy dzik

Odwiedzilem kiedys, w swoich lowieckich wloczegach, przyjaciela "po flincie" - Leszka Wisinskiego. Leszek mieszka w samej szyi Raczanskiego Worka. Tam, gdzie szum lasu usypia go wieczorem i budzi skoro swit rano, skoczne sarenki dokazuja na pobliskich polanach, a zajace zagladaja do okien jego domu. Jesienia wystarczy wyjsc przed dom, aby slyszec gdzie i jak rycza byki.
Ten doskonaly obserwator przyrody, zapalony oraz znakomity mysliwy, jest zarazem wspanialym gawedziarzem, ktory potrafi godzinami, w niezwykle interesujacy i barwny sposob opowiadac o mysliwskich przygodach, jakie w tej puszczanskiej krainie spotkaly jego czy innych mysliwych.
Leszkowi rosnie godny nastepca - syn Bartosz. Bartosz w tym roku rozpoczal swoj czwarty sezon lowiecki i juz moze pochwalic sie nie lada sukcesami. Jego nazwisko staje sie glosne wsrod najlepszych mysliwskich strzelb w kraju. W 2004 roku wchodzil w sklad druzyny, ktora godnie reprezentowala nasz okreg na ogolnokrajowych zawodach strzeleckich, a w tym roku uplasowal sie na czwartym miejscu w eliminacjach ligi strzeleckiej w swojej grupie. O jego sukcesach strzeleckich, o ktorych tak ojciec, jak i syn wyrazali sie bardzo powsciagliwie, wiele mozna by mowic. Na pewno jeszcze nie jeden raz o nich uslyszymy.
W czasie tej wizyty dowiedzialem sie o czyms, co mnie szczegolnie zaintrygowalo. Wysluchalem opowiesci o pierwszym, strzelonym przez niego dziku. Bartosz towarzyszyl swojemu ojcu w jego mysliwskich wypadach od najmlodszych lat. Prawidla sztuki mysliwskiej nie byly i nie sa mu obce. Tym razem jednak wybral sie na polowanie sam. Usiadl na ambonie, pod ktora podsypywal dzikom, aby je przynecic. Zasadzal sie na nie od wczesnej wiosny i po sladach odczytywal, ze zjawiaja sie na necisku, raz na tydzien lub dwa, ale spotkac sie z nimi bylo trudno. W maju dziki zaczely zerowac pod ambona z wieksza regularnoscia.
Jednego razu, kiedy siedzial na ambonie zauwazyl zerujacego dzika. Mial go idealnie w lunecie. "Pasl" go dlugo, nie mogac sie zdecydowac na strzal. Bo, a nuz to bedzie locha z mlodymi - myslal - jako, ze w dosyc wysokich trawach mogly krecic sie warchlaki. Odstrzelic loche od mlodych, - o tej porze roku byloby prawdziwym barbarzynstwem, nie mowiac juz o wstydzie oraz karze, jaka by go od kola spotkala. Postanowil wiec zaczekac na ojca, ktory z dluzszego wyjazdu mial za kilka dni wrocic i poprosic o pomoc w ocenie sytuacji.
Wrocil. Zasiedli na ambonie. Kilka minut po godz. 23.00 na skraju lasu ukazala sie czarna kula, wiadomo - dzik.
- Dzik! Ani chybi, dzik! Strzelaj - zawyrokowal ojciec.
Bartosz zlozyl sie do strzalu, uchwycil zwierza w krzyzu lunety, naciagnal przyspiesznik i czekal.
Czekal kiedy zwierz, ktory zblizal sie do zerowiska, idac na sztych, skreci nieco i poda komore lub da mozliwosc pewnego strzalu "za ucho". Zwierz ani myslal zmieniac pozycji. W pewnym momencie Bartosz zaczal miec watpliwosci czy to aby dzik, bo idac, jakby sie kolysal i dziwnie kiwal lbem.
- Tato! To nie dzik, bo dzik zachowuje sie inaczej, to chyba niedzwiedz!
- Cos ty! Gdziezby tu tak blisko domow byl niedzwiedz. Strzelaj!!!
- Przypatrz mu sie dobrze, tato! To niedzwiedz!!!
Leszek chwycil ponownie lornetke i zaczal mu sie przygladac.
- Masz racje synu, to niedzwiedz. Z dzikiem dzisiaj mozemy sie pozegnac.
Poogladali misia. Potem Leszek stuknal lekko reka w ambone, aby go odpedzic. Niedzwiedz na ten lekki stuk niezbyt gwaltownie zareagowal i poszedl w las. Ale po chwili wrocil. Leszek znowu stuknal, mis odszedl… wrocil… i taka zabawa powtarzala sie kilka razy. Wreszcie zasyciwszy glod poszedl w las. Dnialo. Oni jednak nie spieszyli sie ze schodzeniem z ambony, gdyz nie bylo pewnosci, czy ich drogi nie przecielyby sie gdzies z niedzwiedzim szlakiem, a na to specjalnie nie mieli ochoty.
I wtedy na polane wparowal dzik. Wyszedl szybko, jakby czail sie gdzies na skraju lasu, czekajac, kiedy mis zawalidroga odejdzie z jego zerowiska. Szybka ocena i wspolna decyzja…
Odyniec!!! Celny strzal za ucho i piekny wycinek zaczal rapeta pisac testament.
Bartosz drzal jeszcze z emocji, kiedy ojciec wreczal mu zlom, gratulujac pierwszego grubego zwierza, jakiego polozyl na rozpoczecie swojej lowieckiej przygody.
Ten wreczony zlom ma dla mnie bardzo symboliczna wymowe. On nie tylko wreczal mu zlom. Wprowadzajac go w arkana lowieckiej sztuki, przekazal synowi najszlachetniejsze lowieckie kanony, jakich powinien przestrzegac mysliwy, a gratulujac zdobytego trofeum, jakby gratulowal zdanego mysliwskiego egzaminu.
Wszak Bartosz mlody, napalony mysliwy, juz przy pierwszym spotkaniu z dzikiem mogl z emocji nie wytrzymac, mogl pociagnac za spust. On wolal odczekac i zasiegnac opinii mysliwego o wiekszym doswiadczeniu. Mogl wreszcie Bartosz zawierzyc decyzji ojca i polozyc niedzwiedzia.
Ale wpojona przez rodzica zasada dokladnego sprawdzenia celu przed pociagnieciem za spust przewazyla. Bylo ciemno, spotkanie z niedzwiedziem wydawalo sie najmniej prawdopodobne, a jednak… Nawet tak doswiadczony mysliwy jak ojciec mial prawo sie mylic.
Takiego spokoju, zimnej krwi oraz rozwagi zycze wszystkim mysliwym, a szczegolnie tym, ktorzy pierwszy raz trzymaja bron w rekach, gdyz warto na co dzien o zasadach etyki i innych lowieckich prawidlach pamietac.

Wszystkim mysliwym zycze czestego lamania strzelb, nie tylko na wigilijnym polowaniu. Zas sympatykom mysliwych i smakoszom dziczyzny obiecuje w nastepnym numerze co nieco o mysliwskich potrawach.


Stary Nemrod

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.