Refleksje nad polska szkola
Dramat polskiego systemu oswiaty polega na tym, ze tworcy zmian w swoim reformatorskim zapale zapomnieli o fundamentalnym pytaniu - co jest istota edukacji? Czytajac badz sluchajac wypowiedzi politykow i tzw. znawcow, odnosze wrazenie calkowitego pomieszania materii. Eksponowane sa sprawy blahe, natomiast to co najwazniejsze schodzi na plan dalszy lub w ogole nie istnieje w dyskursie publicznym.
Na szkolnictwie, podobnie jak na sporcie i zdrowiu, znaja sie wszyscy. Mozna bezkarnie wypowiedziec kazda niedorzecznosc, bo jej weryfikowalnosc jest o wiele trudniejsza niz w przypadku innych dziedzin zycia. Kolejni ministrowie mogli wdrazac swoje najbardziej szalone pomysly, poniewaz w przypadku oswiaty skutki - pozytywne lub negatywne - ujawniaja sie po kilku, a nawet po kilkunastu latach. I tak oto kumuluja sie fatalne decyzje wszystkich rzadow III Rzeczpospolitej.
Zasadnym staje sie postawienie pytania, co wyznacza najglebszy sens edukacji? Co stanowi jej nieredukowalny rdzen? Otoz wydaje sie, ze jest nim chec poszukiwania i docierania do prawdy w oparciu o relacje mistrz - uczen. Tylko ta relacja jest prawdziwie podmiotowa, bo kazdy mlody czlowiek jest niepowtarzalny, kazdy stanowi odrebny mikrokosmos. Mistrz pomaga odnalezc uczniowi swoja wlasna droge bez narzucania czegokolwiek, otwierajac go w roznych obszarach i delikatnie stymulujac proces samopoznania. Mistrz powinien byc nie ze swoim uczniem, ale przy swoim uczniu, stosujac sie do reguly by przede wszystkim nie przeszkadzac. Podmiotowosc adepta winna byc szanowana na kazdym etapie jego ksztalcenia. Jest ona wartoscia podstawowa, fundamentem calego procesu, poniewaz u jej podstawy lezy przekonanie, ze czlowiek jest istota wolna. Wolnosc jest bezwyjatkowa. Obejmuje calosc osoby albo nie ma jej wcale. Jesli na tym gruncie spotkaja sie ze soba mistrz i uczen, to mozna byc pewnym dobrych efektow.
Jak to wyglada w polskiej szkole? Nie zamierzam nawet udowadniac, ze jest inaczej, bo to oczywistosc, ktorej wszyscy doswiadczamy na co dzien. Pracujemy w zespolach klasowych liczacych nieraz po 35 osob, a na przyklad w zywieckich szkolach ponadgimnazjalnych zdarzaja sie
i liczniejsze. Czy mozna podmiotowo - uwzgledniajac pelne znaczenie tego slowa - traktowac ucznia, pracujac w takich warunkach? Proba odpowiedzi na pytania retoryczne jest czynnoscia jalowa, wiec nie podejmuje sie jej udzielac. Nawet nasz najwiekszy wysilek idzie na marne, jesli na szali polozymy koszty i rezultaty. Mecza sie uczniowie, ktorzy, bardziej instynktownie w wiekszosci, odczuwaja bezsens systemowych rozwiazan, a pobyt w szkole traktuja jako strate czasu. A oni czasu tracic nie chca. Mecza sie nauczyciele, ktorzy bezposrednio doswiadczaja frustracji mlodych ludzi, a rownoczesnie musza sprostac wciaz rosnacej skali wymagan. Podlegaja kontroli ze strony dyrektora, wizytatorow, rodzicow, uczniow i dziennikarzy. Dodatkowo uporac sie musza z zagrozeniami dla ich zdrowia i zycia. Z roku na rok zwiekszaja sie obciazenia, ktorym nauczyciel musi sprostac, a zabiera sie mu i tak nieliczne narzedzia. Frustracja rosnie jednoczesnie po obu stronach klasowego biurka. To nieslychanie niebezpieczny proces, bo moze doprowadzic do niekontrolowanego wybuchu. Polska oswiata to kraina absurdu. Placi sie nauczycielowi za lekcje z tzw. siatki godzin, ktorych efektywnosc jest niska z powodow wyzej wspomnianych, a nie ma pieniedzy na kolka zainteresowan, ktorych efektywnosc jest wysoka. Dla najbardziej uzdolnionych uczniow uczestnictwo w takich kolach moze byc jedyna racja ich przebywania w szkole. W momencie gdy przestaja one funkcjonowac, upada takze ta jedyna racja. Starostwa, czyli organy prowadzace publiczne szkoly ponadgimnazjalne, licza kase, traktujac poziom nauczania jako sprawe wtorna. Mamy tu do czynienia z klasycznym konfliktem interesow, kwadratura kola. Starostwo zywieckie od kilku juz lat nie placi za zajecia dodatkowe w szkole, ale rosnie liczba etatow w Powiatowym Zarzadzie Oswiaty. A to ze szkola nie jest
w stanie przedstawic mlodym ludziom atrakcyjnej oferty spedzania wolnego czasu lub pracy samoksztalceniowej, kogoz to obchodzi! Grunt, zeby sie kasa zgadzala. Podobnie rzecz ma sie z dodatkami za wychowawstwo. W zywieckich szkolach srednich jest to 26 zl na miesiac, podczas gdy w powiecie sasiednim ok. 80 zl. Jasne, nie pieniadze sa tutaj najwazniejsze, ale to one, a raczej ich brak powoduje, ze rzeczywistosc szkolna jest az tak siermiezna.
Patrzac z perspektywy interesow organow prowadzacych, najlepiej by bylo zatrudniac samych nauczycieli stazystow i kontraktowych, bo im placic trzeba najmniej. Z kolei najbardziej wykwalifikowani, ktorzy uzyskali juz stopien nauczyciela dyplomowanego, sa sporym obciazeniem dla budzetu. Czy moze zatem dziwic fakt, ze tegorocznej matury nie zdalo dwadziescia procent abiturientow, choc stopien trudnosci nowej matury jest o wiele nizszy od wczesniejszego egzaminu dojrzalosci? Dziwic nie moze i nie powinien. Tegoroczna kleske maturalna traktowac nalezy jako wykladnik obecnego stanu polskiej oswiaty. Poki polskimi szkolami zarzadzac beda starostowie i wojtowie, poty te absurdy nie znikna.
Dramat polskiej szkoly polega na tym, ze system nie tylko nie ulatwia pracy nauczycielowi, ale by dobrze pracowac, musi mu sie przeciwstawic. Ci, ktorzy nie przyjmuja bezkrytycznie kazdego absurdu wymyslonego w budynku ministerstwa, probuja tworzyc wlasne obszary sensu. Procz rozwiazywania oglupiajacych i zupelnie wyjalawiajacych umysl testow, probuja jeszcze bawic sie w teatr albo zorganizowac wycieczke naukowa, probuja pracowac indywidualnie z uczniami najzdolniejszymi, by chociaz im umozliwic osiagniecie sukcesu. Probuja wyjsc z tej systemowej strefy szarosci, choc placa za to ogromna cene. I to oni wlasnie tworza fundament, na ktorym stoi ten budynek zwany edukacja. Nie politycy, nie kuratoria, nie urzednicy gminni i powiatowi, ale oni - wykonujacy prace u podstaw.
Rola kazdej wladzy jest takich ludzi wspierac, pomagac im, poki jeszcze do cna nie zgorzknieja lub nie wyjada z kraju.
Jan Stasica
|