Jaka ilustracja?
Głowa boli od nadmiaru informacji o propozycjach,
projektach ustaw jakie PiS zamierza przeprowadzać i "poprawiać".
To tak kontrowersyjne, a równocześnie praktycznie niemożliwe do prawidłowego
i zadowalającego załatwienia
wszystkich, lustracji osób, co do których istnieją podejrzenia o współpracę
z SB. Jak bumerang wraca co jakiś czas ta sprawa do prasy, radia i telewizji,
zgodnie z politycznym zapotrzebowaniem ekip rządzących.
W projektach PiS-u wyraźnie dominuje pogląd, że wszystko co jest w teczkach
jest absolutną prawdą, jedynie teczka pana prezesa Kaczyńskiego jest w całości
sfałszowana. Niedługo się dowiemy, że wszystkie teczki dotyczące członków rządzącej
partii, jakie nie zostały jeszcze przez IPN odkryte, zostały sfałszowane. Szczyt
hipokryzji.
Następną kwestią jest nierówne traktowanie osób oskarżanych o współpracę ze
służbami PRL. Nic praktycznie nie wiemy, co zawierały teczki polityków i różnych
innych osób już zlustrowanych. Jeżeli natomiast znajdzie się teczka duchownego,
od razu wybucha cała afera, choć nikt jeszcze nie udowodnił mu rzeczywistej
winy. Czy tak ma wyglądać ta sprawiedliwa lustracja?
Wiadomo nie od dziś, że duchowni byli pod szczególną "opieką" SB
i znacznie częściej werbowano ich do współpracy, niż osoby świeckie. Kościół
polski może mieć z tego tytułu słuszne obawy ujawniania zawartości teczek,
choćby ze względu na możliwość ujawniania przez duchownych tajemnicy spowiedzi,
za co zgodnie z Kan. 1388 Kodeksu Prawa Kanonicznego grozi nawet ekskomunika.
Ale to sprawa samego Kościoła.
Osoby duchowne stanowią bazę postaw moralnych naszego społeczeństwa, kształtują
oblicze etyczne i kręgosłup wiary,
i nie jest dla nas obojętne, jakimi ludźmi byli i są obecnie. Ale ludzie stanowiący
trzon naszej władzy nie mogą w żaden sposób chować swojej przeszłości w zakamarkach.
Mamy prawo żądać od nich ujawnienia wszystkich szczegółów dawnej przeszłości,
czym się parali, czy obecnie zasługują w pełni na zaufanie. Żądamy tego począwszy
od prezydenta, poprzez wszystkich urzędników państwowych i samorządowych. Tego
wymaga interes społeczny.
Jestem zdania, że wszystkie esbeckie teczki, już w początku lat dziewięćdziesiątych,
winny być spalone doszczętnie. Nie mieliby przeróżni cwaniacy oręża szantażu
w stosunku do swoich oponentów. Spróbuję uzasadnić swoje przekonanie.
W PRL wszelakiego rodzaju fałszerstwa były na porządku dziennym. Zawyżano wyniki
w produkcji, w przemyśle wydobywczym, handlu, rolnictwie, jednym słowem wszędzie.
Szefostwa przedsiębiorstw i instytucji miały uzależnione swoje wynagrodzenia
od wysokich premii uznaniowych, powiązanych z efektami w działalności. Zainteresowane
więc były jak najlepszymi wynikami. Nikt nie sprawdzał tego, czy sprawozdawczość
jest zgodna z prawdą. Czyżby SB było wolne od tej dewiacji? Kiedy tam szczególnie
preferowano premiowanie.
Po pierwszej wojnie światowej wszyscy oficerowie Wojska Polskiego wywodzili
się z armii trzech zaborców. Nikt ich nie lustrował. Nikt nie prześladował
za przekonania. Ważne było, jaką postawę w danej chwili reprezentowali. To
samo dotyczyło urzędników państwowych wszystkich szczebli. W przeciągu dwudziestu
lat wszystko się unormowało, bo nie było "haków", którymi ktokolwiek
mógłby straszyć swoich przeciwników. A przecież w początkach państwa polskiego
nie wszyscy obywatele, nawet ci na stanowiskach, byli kryształowo czyści.
W czasie okupacji hitlerowskiej nie brakowało także wśród naszych ludzi kolaborantów,
donoszących Niemcom na swoich sąsiadów, za co obwinionym groził obóz koncentracyjny,
a często śmierć. O wielu takich ludziach było wiadomo, co czynili. Sam znałem
kilku takich osobników. Kilku zginęło po wojnie
z rąk sowieckich, lub dostali się do więzień odpokutować swoje winy. Inni uciekli
na Ziemie Zachodnie. Niektórzy jednak pozostali i po początkowych niechęciach
ze strony miejscowej ludności zasymilowali się z biegiem czasu ze społeczeństwem.
Dziś nikt z młodego pokolenia nie pamięta dawnych win. Stało się tak dzięki
temu, że brak było ludzi zacietrzewionych, pamiętliwych, aroganckich i mściwych,
podsycających nienawiść. Ludzie tego pokroju, fanatycy jakiejś idei, choćby
deklarowali ścisłą przynależność do wiary i Kościoła, ale powodowali rozłam
w społeczeństwie, winni egzystować na marginesie społeczeństwa, aż zrozumieją,
że tą drogą nic nie osiągną, bo prowadzi do nikąd. Lustracja, szczególnie w
proponowanym przez PiS wydaniu, jest najgłupszym pomysłem, na jaki stać naszych
domorosłych polityków.
Nie jestem także całkowicie przekonany, czy powołane przez biskupów niektórych
Diecezji Komisje zdołają uporać się z tym zagadnieniem zważywszy, że dotychczas
nic nie zrobiono w sprawie toruńskiej rozgłośni, choć Kan. 1369 cytowanego
już uprzednio Kodeksu Prawa Kanonicznego, ogłoszonego przez Papieża Jana Pawła
II w dniu 25 stycznia 1983 r., stwierdza wyraźnie:
" Kto w publicznym widowisku, w kazaniu, w rozpowszechnionym piśmie albo
w inny sposób przy pomocy środków społecznego przekazu, wypowiada bluźnierstwo,
poważnie
narusza dobre obyczaje albo znieważa religię lub Kościół bądź wywołuje nienawiść
lub pogardę, powinien być ukarany sprawiedliwą karą."
W sprawie lustracji osób duchownych uważam, że nadzwyczaj mądrze i roztropnie
postąpił arcybiskup Tadeusz Gocłowski nie powołując kościelnej Komisji, ale
desygnował do IPN własnego przedstawiciela. Uniknie w ten sposób zarzutów o
stronniczość.
Tekst: Bronisław Sroka