Azaliawypoczynek Projektowanie stron wwwweb design Serwis ŻywiecczyznyŻywiec Salon fordford Nieruchomościnieruchomości SONnieruchomosci Beskidywakacje wczasy Eurofiranyfirany zasłonydekoracje Projektowanie stron internetowychprezentacje multimedialne

Nad Sołą i Koszarawą - nr 14(189) - rok IX - 15 Lipiec 2006

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|



Jaka ilustracja?

Głowa boli od nadmiaru informacji o propozycjach, projektach ustaw jakie PiS zamierza przeprowadzać i "poprawiać". To tak kontrowersyjne, a równocześnie praktycznie niemożliwe do prawidłowego i zadowalającego załatwienia wszystkich, lustracji osób, co do których istnieją podejrzenia o współpracę z SB. Jak bumerang wraca co jakiś czas ta sprawa do prasy, radia i telewizji, zgodnie z politycznym zapotrzebowaniem ekip rządzących.


W projektach PiS-u wyraźnie dominuje pogląd, że wszystko co jest w teczkach jest absolutną prawdą, jedynie teczka pana prezesa Kaczyńskiego jest w całości sfałszowana. Niedługo się dowiemy, że wszystkie teczki dotyczące członków rządzącej partii, jakie nie zostały jeszcze przez IPN odkryte, zostały sfałszowane. Szczyt hipokryzji.
Następną kwestią jest nierówne traktowanie osób oskarżanych o współpracę ze służbami PRL. Nic praktycznie nie wiemy, co zawierały teczki polityków i różnych innych osób już zlustrowanych. Jeżeli natomiast znajdzie się teczka duchownego, od razu wybucha cała afera, choć nikt jeszcze nie udowodnił mu rzeczywistej winy. Czy tak ma wyglądać ta sprawiedliwa lustracja?
Wiadomo nie od dziś, że duchowni byli pod szczególną "opieką" SB i znacznie częściej werbowano ich do współpracy, niż osoby świeckie. Kościół polski może mieć z tego tytułu słuszne obawy ujawniania zawartości teczek, choćby ze względu na możliwość ujawniania przez duchownych tajemnicy spowiedzi, za co zgodnie z Kan. 1388 Kodeksu Prawa Kanonicznego grozi nawet ekskomunika. Ale to sprawa samego Kościoła.
Osoby duchowne stanowią bazę postaw moralnych naszego społeczeństwa, kształtują oblicze etyczne i kręgosłup wiary,
i nie jest dla nas obojętne, jakimi ludźmi byli i są obecnie. Ale ludzie stanowiący trzon naszej władzy nie mogą w żaden sposób chować swojej przeszłości w zakamarkach. Mamy prawo żądać od nich ujawnienia wszystkich szczegółów dawnej przeszłości, czym się parali, czy obecnie zasługują w pełni na zaufanie. Żądamy tego począwszy od prezydenta, poprzez wszystkich urzędników państwowych i samorządowych. Tego wymaga interes społeczny.
Jestem zdania, że wszystkie esbeckie teczki, już w początku lat dziewięćdziesiątych, winny być spalone doszczętnie. Nie mieliby przeróżni cwaniacy oręża szantażu w stosunku do swoich oponentów. Spróbuję uzasadnić swoje przekonanie.
W PRL wszelakiego rodzaju fałszerstwa były na porządku dziennym. Zawyżano wyniki w produkcji, w przemyśle wydobywczym, handlu, rolnictwie, jednym słowem wszędzie. Szefostwa przedsiębiorstw i instytucji miały uzależnione swoje wynagrodzenia od wysokich premii uznaniowych, powiązanych z efektami w działalności. Zainteresowane więc były jak najlepszymi wynikami. Nikt nie sprawdzał tego, czy sprawozdawczość jest zgodna z prawdą. Czyżby SB było wolne od tej dewiacji? Kiedy tam szczególnie preferowano premiowanie.
Po pierwszej wojnie światowej wszyscy oficerowie Wojska Polskiego wywodzili się z armii trzech zaborców. Nikt ich nie lustrował. Nikt nie prześladował za przekonania. Ważne było, jaką postawę w danej chwili reprezentowali. To samo dotyczyło urzędników państwowych wszystkich szczebli. W przeciągu dwudziestu lat wszystko się unormowało, bo nie było "haków", którymi ktokolwiek mógłby straszyć swoich przeciwników. A przecież w początkach państwa polskiego nie wszyscy obywatele, nawet ci na stanowiskach, byli kryształowo czyści.
W czasie okupacji hitlerowskiej nie brakowało także wśród naszych ludzi kolaborantów, donoszących Niemcom na swoich sąsiadów, za co obwinionym groził obóz koncentracyjny, a często śmierć. O wielu takich ludziach było wiadomo, co czynili. Sam znałem kilku takich osobników. Kilku zginęło po wojnie
z rąk sowieckich, lub dostali się do więzień odpokutować swoje winy. Inni uciekli na Ziemie Zachodnie. Niektórzy jednak pozostali i po początkowych niechęciach ze strony miejscowej ludności zasymilowali się z biegiem czasu ze społeczeństwem. Dziś nikt z młodego pokolenia nie pamięta dawnych win. Stało się tak dzięki temu, że brak było ludzi zacietrzewionych, pamiętliwych, aroganckich i mściwych, podsycających nienawiść. Ludzie tego pokroju, fanatycy jakiejś idei, choćby deklarowali ścisłą przynależność do wiary i Kościoła, ale powodowali rozłam
w społeczeństwie, winni egzystować na marginesie społeczeństwa, aż zrozumieją, że tą drogą nic nie osiągną, bo prowadzi do nikąd. Lustracja, szczególnie w proponowanym przez PiS wydaniu, jest najgłupszym pomysłem, na jaki stać naszych domorosłych polityków.
Nie jestem także całkowicie przekonany, czy powołane przez biskupów niektórych Diecezji Komisje zdołają uporać się z tym zagadnieniem zważywszy, że dotychczas nic nie zrobiono w sprawie toruńskiej rozgłośni, choć Kan. 1369 cytowanego już uprzednio Kodeksu Prawa Kanonicznego, ogłoszonego przez Papieża Jana Pawła II w dniu 25 stycznia 1983 r., stwierdza wyraźnie:
" Kto w publicznym widowisku, w kazaniu, w rozpowszechnionym piśmie albo w inny sposób przy pomocy środków społecznego przekazu, wypowiada bluźnierstwo, poważnie narusza dobre obyczaje albo znieważa religię lub Kościół bądź wywołuje nienawiść lub pogardę, powinien być ukarany sprawiedliwą karą."
W sprawie lustracji osób duchownych uważam, że nadzwyczaj mądrze i roztropnie postąpił arcybiskup Tadeusz Gocłowski nie powołując kościelnej Komisji, ale desygnował do IPN własnego przedstawiciela. Uniknie w ten sposób zarzutów o stronniczość.


Tekst: Bronisław Sroka

 

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.