Dzień Ziemi i co dalej???
24 kwietnia br. obchodziliśmy, po raz kolejny uroczyście, Międzynarodowy
Dzień Ziemi. Święto ustanowione z myślą o rozbudzaniu szacunku do naszej matki
- żywicielki. Święto to daje okazję do zastanowienia się nad przyszłością naszej
planety. Okazję nie tylko dla tych "wszechwładnych" decydujących
w makro skali o tym ile co roku trujących związków wypuszczanych jest w atmosferę,
czy "zasila" wody mórz i oceanów. I czy uchronimy naszą matkę - Ziemię
przed jądrową, bądź inną kosmiczną zagładą. Winno ono stanowić moment zastanowienia
także dla nas "zwykłych zjadaczy chleba", czy aby swoimi nierozważnymi
poczynaniami nie kaleczymy jej uroku, siły i piękna.
Jest takie powiedzenie, że komu dano więcej, od tego więcej wymagać należy.
Nas, mieszkańców Beskidów, matka Ziemia obdarowała wyjątkowo szczodrze. Zgodzą
się ze mną - myślę - moi krajanie, którzy coraz częściej odwiedzają różne ciekawe
zakątki świata, że tak malowniczych krajobrazów, niezwykle bujnej zieleni,
z pięknymi, w miarę jeszcze zdrowymi lasami, rozbrzmiewającymi śpiewem ptaków
i budzącymi respekt pomrukami dzikiego zwierza oraz krystalicznie czystych
rzek, których człowiek jeszcze, w zagubionych górskich dolinkach, nie zanieczyścił,
wielu rodaków i obcokrajowców nam zazdrości.
Potężne pnie drzew, wiekowe dęby - pomniki przyrody, odradzające się rojne
mrowiska, ogromne ostańce skalne, szumiące wodospady, dają świadectwo żywotności
i bogactwa naszej rodzimej przyrody. Zauroczeni niepowtarzalnym pięknem zacisznych
uroczysk, włodarze tej ziemi - beskidzcy górale - swoimi pomysłami dodatkowo
podkreślają jej oryginalność, eksponując co ciekawsze, rzadko spotykane "dziwy
natury". Oto dla przykładu: przy drodze z Czernichowa do Międzybrodzia
Bialskiego szczerzy na nas kły potężny potwór, ostrzegając przed zbyt szybką
jazdą, gdyż dalej są niebezpieczne zakręty, zaś pod Przegibkiem - w paśmie
Wielkiej Raczy - sędziwy krasnal zaprasza do zaspokojenia pragnienia wodą z
górskiego zdroju. To cieszy wzrok i cieszyłoby jeszcze bardziej gdyby…
Miałem w rodzinie wujka, weterana I i II wojny światowej, żołnierza Armii generała
Andersa, który po II wojnie światowej zamieszkał w Stanach Zjednoczonych, a
w latach 70-tych ub. wieku wrócił złożyć swoje prochy w Polsce. Kiedy podróżowaliśmy
nieco po naszym kraju zachwycał się nie tylko ojczystą przyrodą, ale także
dbałością o czyste, nie skażone i zanieczyszczone
środowisko, czego nie mógł powiedzieć o Ameryce.
W jego, może nieco przesadnej ocenie, Ameryka to jeden wielki śmietnik. Miło
mi było słuchać tych słów zachwytu nad pięknem naszej przyrody, nad naszym
czystym, ojczystym krajem. Co prawda, wówczas zazdrościliśmy Zachodowi ciekawych,
estetycznych opakowań, w których przyciągały oczy różnorodne towary, podczas
gdy u nas większość zakupów pakowana była w łatwy do spalenia papier.
A dzisiaj…
"
Cywilizacja" dociera do nas i to wcale nie tak wolno. Coraz bardziej rozbudowany
przemysł jednorazowych opakowań kartonowych, foliowych, czy blaszanych zaspokaja
nawet najbardziej wybredne gusty. Już przy zakupie kilka dkg. wędlin otrzymujemy
je elegancko zawinięte w folię. To higieniczne i estetyczne, ale…
Rodacy jakby zapomnieli, że o piękno, urodę i czystość środowiska - regionu,
w którym żyjemy dbać musimy wszyscy razem i każdy z osobna. Że do gromadzenia
odpadów służą kontenery, czy wyznaczone miejsca. I że czasy, kiedy nieliczne
szkła po rozbitych butelkach składało się "za stodołą", a zużyty,
dziurawy garnek wyrzucało do potoka, dawno minęły.
Że gromadzenie śmieci w foliowych workach, a potem wywożenie i wyrzucanie ich "byle
gdzie" to "kaleczenie" piękna tej ziemi, to rany zadawane naszej
unikalnej przyrodzie.
Niestety, zbyt często na skraju lasu, poboczu drogi, a nawet w nurcie wartkiego,
górskiego strumyka spotyka się wysypisko śmieci. Czyżbyśmy i w tej materii
wzorowali się na "kulturze Zachodu?" Czy i nam grozi
śmietnikowy zalew? Patrząc na te zjawiska braku kultury i bezmyślności, chciałoby
się głośno krzyczeć: "Góralu, czy Ci nie żal?!"
Antoni Urbaniec
