Azaliawypoczynek Projektowanie stron wwwweb design Serwis ŻywiecczyznyŻywiec Salon fordford Nieruchomościnieruchomości SONnieruchomosci Beskidywakacje wczasy Eurofiranyfirany zasłonydekoracje Projektowanie stron internetowychprezentacje multimedialne

Nad Sołą i Koszarawą - nr 2 (178) - rok IX - 1 Luty 2006

  |poprzedni artykuł|  | |spis treści|  | archiwum|   | strona główna|   | następny artykuł|



Jukace

"Godnie święta" - święta Bożonarodzeniowe, Sylwester, Nowy Rok i święto Trzech Króli to okres, z którym związane są różne obrzędy i zwyczaje kultywowane po dzień dzisiejszy. Spośród różnych form kolędowania w Zabłociu - dzielnicy Żywca największym za-interesowaniem cieszyły się i cieszą się po dzień dzisiejszy jukace.
Jukace - inaczej "dziady" to swoisty folklor Zabłocia. Zabłocie zaś, do roku 1950 było odrębną gminą, więcej wiejską niż miejską. Oddziela go od Żywca rzeka Soła. Dziady zatem są zabłockie, a nie żywieckie. Dziś różnice te zanikają lub zanikły w ogóle. Strzelanie z batów i nieudolne naśladowanie zabłockich dziadów spotkać można na osiedlach i ulicach Żywca, bo tam mieszka dziś wielu Zabłocan, którzy na teren miasta przenieśli tradycję ojców. 50 lat temu było to nie do pomyślenia.
„Do zwyczajów dość popularnych należeli w okresie godów kolędnicy i "Herody" oraz przebierańce i jukace zabłoccy. Najlepiej wypadali Jukace, którzy byli specjalnością Zabłocia. Szli oni zwartą ławą ze Zabłocia ku Żywcowi. Składali się oni początkowo z klasycznej liczby 13 osób. W skład ich wchodzili obowiązkowo: śmierć z kosą, babka z kobiałką, kominiarz z drabiną, Żyd z workiem i diabeł z widłami. Pozostały orszak stanowili słynni strzylace z batogów długich na kilka metrów, którymi władali niebywale sprawnie. Szli całą ławą szerząc wesołą panikę wśród setek gapiów i przygodnych przechodniów. Początkowo wolno im było dochodzić jedynie do mostu drogowego na Sole, dzielącego Zabłocie od Żywca. W drugiej połowie lat trzydziestych XX wieku zakaz ten zniesiono i wpuszczano ich już potem aż do rynku, gdzie odbywały się ich centralne popisy."
Skąd się to wzięło tego nikt dokładnie nie wie. Większość jednak badaczy tego zagadnienia przychyla się do opinii, że poczatki tego typu kolędowania sięgają czasów Jana Kazimierza i najazdu Szwedów na Żywiec w XVII wieku.
Ja - mówi Jan Zyzak - "chodziłem" po wojnie, ale przed wojną chodził mój ojciec, a za austriackich czasów mój dziadek. Dzisiejsi jukace to już nie to, co było za moich czasów. "Chodzą dzieci, takie z podstawówki, a i ubiory poszły z modą. Nasz Tomek cały czas mówi, że nie pójdzie, a w ostatniej chwili decyduje się i dołącza do kompanii - dodaje żona Jana, Barbara. Dobrze, że w domu jest pas z dzwonkami, dziadowski bat i maska.
Ale dobre i to - cieszy - że tradycja jest podtrzymywana - dodaje drugi weteran sąsiad Henryk Piela.
O chodzeniu z jukacami dawniej myślało się cały rok, ale takie prawdziwe przygotowania ropoczynały się od świętego Mikołaja - kontynuuje Jan Zyzak. Najwięcej kłopotu sprawiało zdobycie kilkunastu dzwoneczków mocowanych do pasa. Różnie się kombinowało. Są prawdziwe z mosiądzu, ale są też robione na zamówienie z blachy - te dają gorszy dźwięk.
No i bat, i strzelanie z bata. Technikę strzelania z bata trzeba było opanować do perfekcji. Prawdziwy zabłocanin, co się na tym zna, nie wpuścił do domu kolędującego przed domem "dziada", jeżeli ten nie zademonstrował perfekcyjnego strzelania z bata. A nie jest to takie łatwe.
Bat składa się z krótkiego drewnianego trzonka i przymocowanego do niego lnianego powroza. Dawniej baty takie robili na zamówienie powroźnicy. Bat ma długość około 3 metrów, jest coraz to cieńszy, kończy się ciynioskiem i strzylockiem wykonanym z lnianych nici.
Kompania jukacy składała się ostatnio się z 50-70 chłopców po wojsku, ale nie żonatych. Dziś te reguły nie są już ściśle przestrzegane. Kompania taka ma swoją hierarchię i ustalone tradycją reguły nią rządzące. Kompania była tylko jedna, jakakolwiek konkurencja nie wchodziła w grę.
W razie spotkania "pseudodziadów" dochodziło zwykle do ich "rozbrojenia". Na czele kompanii stoi kasjer. Różni się od pozostałych czerwonym strojem i stożkową czapą /ciaką/. Ma on do pomocy pięciu poganiaczy. Poganiaczy można rozpoznać po lampasach naszywanych na spodnie. Ich kolor oznacza również miejsce jakie zajmuje on w piecioosobowej grupie poganiaczy. W czasie przesuwania się kompanii dwóch z nich idzie przodem, dwóch zamyka kolumnę, a jeden stale przebywa w bezpośrednim sąsiedztwie kasjera.
Następnymi w hierarchii są dziady. Jest ich najwięcej. Dziad musi legitymować się już stażem w chodzeniu z dziadami na niższym szczeblu. Dziad nosi bat, maskę i ciakę z rogami.
Na ciace wypisany jest nadchodzący nowy rok.
W miejscach publicznych musi pozostawać anonimowym, maski nie wolno mu podnosić i pozwolić się rozpoznać. Ubranie dziada jest dowolne, wykonane według własnego pomysłu. Dawniej obowiązkowo noszony był kożuszek z włosem odwróconym na zewnątrz.
Następnymi w hierarchii kompanii dziadowskiej są: kominiarz, diabełek i baba. Kominiarz ubrany jest na czarno, na głowie nosi cylinder, a atrybutem jego pozycji jest drabinka. Diabełek musi być czarny, z rogami i widłami. Babka nosi na głowie chustę, na szyi korale z ziemniaków, a na rękach nosi "dziecko", czasem jeszcze parasol. Twarz kominiarza, diabła i babki jest odkryta, dlatego role te jako rozpoznawalne nie są chętnie przyjmowane. "Chciałem chodzić z dziadami, ale zrezygnowałem, gdy przydzielono mi rolę babki. Wstydziłem się - wspomina Stefan Czaniecki.
Istnieje też ustalony tradycją porządek kolędowania dziadów.
Tak. Porządek jest określony i po dzień dzisiejszy jest przestrzegany. Kolędowanie zaczyna się w noc sylwestrową zbiórką na placu przed dworcem kolejowym w Żywcu.
W tej części biorą udział jukace wyłącznie dorośli w liczbie około 20-30 osób. Tu otrzymują numerki, ostatnie instrukcje i stąd o północy udają się na odbywające się w mieście zabawy sylwestrowe. Przed wojną odwiedzali zabawy tylko w Zabłociu. Obecnie Zabłocie jest pierwsze, ale potem przekraczają most i udają się do Żywca.
Dziady na zabawie sylwestrowej są zawsze dla mnie i wszystkich uczestników zabawy sylwestrowej wielką atrakcją - wspomina A. Prochownik. Gdy już wybiła godzina dwunasta i wszyscy składali sobie noworoczne życzenia z daleka słychać było ten wspaniały, rytmicznie wybijany w takt biegu dźwięk setek zawieszonych u pasa dzwoneczków. Idą. Już są. Na sali podniecenie. Wszyscy wstają z miejsc, robią miejsce tym niecodziennym gościom. Tanecznym krokiem wpadają na salę. Pięknie i kolorowo ubrani. Wszędzie słychać rytmiczny dźwięk dzwoneczków. Ich szef podchodzi do mikrofonu, składa uczestnikom zabawy życzenia noworoczne. Potem jest taniec dla dziadów. Każda poproszona do tańca panna czuje się wyborem zaszczycona. Na koniec kółeczko wokół sali i gęsiego żegnani brawami opuszczają bal i udają się na następny. Tak mija im czas prawie do rana.
O godzinie 5. w dzień Nowego Roku wszyscy - także ci, którzy nie uczestniczyli w nocnej eskapadzie, zbierali się w kościele parafialnym w Zabłociu. Tu odbywała się tradycyjna msza dla dziadów, na którą przybywało wielu ciekawskich, by być blisko tego atrakcyjnego widowiska folklorystycznego. Ksiądz Słonka - wspomina Jan Zyzak, darzył dziadów szczególną sympatią, kilka razy uczestniczył nawet w zabawie dziadowskiej.
Po mszy przemarsz do browaru. Tu rozdanie reszty numerów, sprawdzenie listy i w drogę na indywidualne kolędowanie po Zabłociu, jednak też według tradycyjnego rytuału. Przed wojną, jak wspominają starzy, na spotkanie w browarze przychodził arcyksiążę Karol Olbracht Habsburg i wręczał upominek w postaci hektolitrowej beczki piwa, którą wypijano na zabawie. Bywało też za dobrych czasów, że słynni masarze żywieccy obdarowywali dziadów pętami kiełbasy.
Pierwsi wychodzili kominiarze, babki i diabły, po nich dziady i reszta. Teraz każdy kolędował indywidualnie, szedł do domu narzeczonej, rodziny, znajomych.
I tu - opowiada Henryk Piela - obowiązywał rytuał. Przed domem należało się popisać strzelaniem z bata. Potem gospodarz prosił do domu. Tu przybysz składał noworoczne życzenia, był też bacznie obserwowany. Jeżeli "gość" był obeznany w "rzemiośle" to otwierał szaba-śnik, a tam przygotowane były kiszki, kiełbasa. Gospodyni zaraz częstowała i kolędę dali. Jeśli o tym nie wiedział to i z niczym wyszedł.
Żeby bractwo się nie rozproszyło wyznaczone były trzy punkty zborne. O 10.00 na wiadukcie kolejowym na Browarnej, o 11.00 na dworcu kolejowym i o 12.00 "pod Góralem" i na moście solnym. Tu kończyło się kolędowanie. Tam gromadziło się też mnóstwo ciekawskich, którzy dopingowali do harcowania. Ostatnim akordem było odstrzelanie z batów w stronę Żywca i odmarsz do Cegielni Sanetrowej na ulicy Wesołej. Tam następowało rozwiązanie kompanii kolędniczej, składka na zabawę dziadowską i na dzwony do kościoła. Wysokość składki uzależniona była od szczebla jaki kto zajmował w hierarchii. Kasjer dawał najwięcej, babka najmniej. Tu ustalano też termin zabawy dla dziadów. Na zabawę zamkniętą zapraszano dawnych kasjerów, no i oczywiście każdy swoją dziewczynę. Wypijano otrzymaną beczkę piwa, dzielono się doznaniami i układano plany na rok następny.
O przebiegu tegorocznych godów napiszemy w następnym numerze.

Hieronim Woźniak


do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.