Listy - polemiki - opinie
W numerze 19/146 w artykule pt. „Losy byłego Zakładu Doświadczalnego w Lipowej” jeden z pracowników tegoż Zakładu zastrzegając swój adres do wiadomości Redakcji przysłał nam obszerny list, który w całości opublikowaliśmy. W liście tym ukazał agonię kwitnącego kiedyś gospodarstwa i sposób w jaki do tego doprowadzono. Na apel Redakcji otrzymaliśmy kolejny list pracownicy tego gospodarstwa, który w całości publikujemy. Równocześnie prosimy zainteresowanych o nadsyłanie listów w tej sprawie. Po zakończeniu publikacji całość materiałów prześlemy do Wojewody Śląskiego i Delegatury Najwyższej Izby Kontroli w Katowicach.
Wspomnienia związane z pracą w Zakładzie Doświadczalnym Instytutu Zootechniki w Lipowej.
Był kwiecień 1967 roku, wkoło budziło się życie, w ogrodach kwitły najwcześniejsze kwiaty i drzewa. Było pięknie, ale ja ze swoją rodziną, wówczas mężem i roczną córką znaleźliśmy się na tzw. "zakręcie życia". Ja i mój małżonek skończyliśmy studia na Akademii Rolniczej w Olsztynie i odbywaliśmy staż pracy (wówczas takie obowiązywały) w 1000-hektarowym gospodarstwie koło Torunia. Możliwość zostania w gospodarstwie koło Torunia nie wchodziła w rachubę. Oboje z mężem szukaliśmy miejsca dla siebie blisko rodziców. Polecono nam Zakład Doświadczalny I.Z. w Lipowej. Z domu rodziców męża pojechaliśmy do Lipowej. Jadąc od strony Bielska wysiadłam na pierwszym przystanku w Kalnej. Byłam przerażona, oprócz pól i dwu, może trzech skromnych domów, nie było nic.
Kiedy znalazłam się w Gospodarstwie odczułam ulgę. Rozmowa z Dyrektorem, już śp. Eugeniuszem Pasieką, uspokoiła mnie.
Dyrektor był człowiekiem niezwykle dobrze ułożonym i sympatycznym i doskonale wiedział w jakim kierunku będzie rozwijał gospodarstwo. Przedstawił mi plany, jakie wiąże z ewentualnym zatrudnieniem mnie i mojego męża.
Zakład Doświadczalny I. Z. już wówczas posiadał oborę bezściołową, a w niej 100 sztuk krów mlecznych rasy czerwonej duńskiej. Krowy wysoko-mleczne wymagały dużej troski i dobrych pasz. Aby produkować zdrowe i wartościowe pasze, oprócz zabiegów agrotechnicznych, potrzebne było laboratorium, które badałoby zawartość podstawowych składników, które warunkują jakość pasz. Zorganizowanie takiego laboratorium Dyrektor powierzył mnie. W niespełna rok wszystkie konieczne badania robiliśmy u siebie. Był to duży krok do przodu. Badania pasz i mleka pozwalały nam nie tylko kontrolować produkowane pasze, ale i prowadzić właściwą selekcję krów.
Dyrektor Pasieka był dumny, ja oczywiście też.
Krowy mleczne i pozostałe zwierzęta były wówczas pod opieką dr. Henryka Żywczoka. W dziale produkcji zwierzęcej, obok krów mlecznych odchowywaliśmy również młode bydło opasowe, bardzo poszukiwane na rynkach zachodnich.
Nasze bydło opasowe było eksportowane do Włoch. Mleko odbierały Zakłady Tłuszczowe w Bielsku. To z naszego mleka produkowano wiele produktów nabiałowych, w które zaopatrywany był cały region i pobliski Śląsk. Obok produkcji zwierzęcej rozwijaliśmy produkcję rośliną, którą kierował Pan Bronisław Kubica.
Produkowaliśmy zboża, głównie pszenicę i jęczmień. Jęczmień pod zapotrzebowanie Browaru żywieckiego. Wymagania ze strony browaru były duże. Zawartość białka nie mogła przekroczyć norm ustalonych przez producentów piwa. Ciągłe badania na zawartość białka prowadzono w naszym laboratorium.
Produkowaliśmy również ziemniaki, w tej produkcji byliśmy naprawdę dobrzy. Uprawialiśmy wczesne odmiany ziemniaka poszukiwane na rynku. W ziemniaki dobrej jakości zaopatrywany był Szczyrk (wszystkie domy wczasowe Szczyrku).
Obok produkcji zbóż i ziemniaka uprawialiśmy bobik - wysokobiałkową roślinę - stosowaną wówczas jako dodatek do pasz treściwych.
Poziom produkcji roślinnej wzrastał z każdym rokiem.
W latach siedemdziesiątych produkcja była tak duża, że nasze powierzchnie magazynowe, które były konieczne zwłaszcza w latach mokrych, były za małe. Istniała konieczność budowy dodatkowego magazynu zbożowego.
Obok produkcji zbóż i ziemniaków, bobiku, produkowaliśmy również pasze zielone tzw. siano, sianokiszonki i kiszonki, zabiegaliśmy aby były wysokiej jakości, ponieważ to gwarantowało wysoką wydajność mleczną krów oraz dobre przyrosty bydła rzeźnego.
Gospodarstwo było źródłem, w którym miejscowi rolnicy zaopatrywali się w plenne odmiany pszenic, ziemniaków oraz wysokowydajne krowy mleczne.
Obok produkcji i szerzenia kultury rolnej prowadziliśmy również dydaktykę młodej kadry rolników. Młodzież pobierająca nauki w miejscowych technikach rolniczych oraz na Akademii Rolniczej w Krakowie odbywała u nas praktykę i staże rolnicze. Najlepsi zostawali w naszym gospodarstwie lub zajmowali znaczące stanowiska w miejscowych instytutach.
Reasumując, można powiedzieć, że działaliśmy dla dobra i rozwoju gminy i regionu. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych Zakład Doświadczalny był na pewno kwitnącym gospodarstwem rolnym. Wszystko działo się dzięki kilkuosobowej grupie pracowników inżynieryjno-technicznych oraz pracownikom, którzy bezpośrednio zaangażowani byli w produkcję. Pracownicy mieli zagwarantowane dobre warunki mieszkaniowe i płacowe, co pozwalało im na godziwe życie. Na początku lat osiemdziesiątych wybudowano pod kierunkiem śp. Eryka Piechaczka dom
o komfortowych jak na owe czasy mieszkaniach. Część pracowników przeniosła się do tych mieszkań, głównie pracownicy bezpośrednio pracujący w produkcji. Pracownicy inżynieryjno-techniczni, nie wszyscy, ale znaczna ich część rozpoczynała budowę własnych domów. Nie było to mile widziane. Zbliżał się czas przemian, coraz częstsza krytyka wszystkiego co jest państwowe, wprowadzała niepokój w życiu naszego Zakładu.
Mój mąż został służbowo przeniesiony na stanowisko Prezesa Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Lipowej.
Czas ogólnego niedostatku i pustych półek w sklepach to okres prezesury męża. Ten okres bardzo negatywnie odbił się na zdrowiu małżonka. W kraju rozpoczął się okres transformacji gospodarki. Dotykała ona głównie Państwowych Gospodarstw Rolnych. Zakład Doświadczalny Instytutu Zootechniki w Lipowej prosperował dobrze i problem nas nie dotyczył. Instytut Zootechniki
w Krakowie bronił się dostatecznie dobrze.
W roku 1983 mój małżonek podjął pracę na przejściu granicznym w Cieszynie i zamieszkał w naszym domu. Ja z Zakładem Doświadczalnym I.Z. w Lipowej rozstałam się w roku 1985. Po 20-tu latach pracy żegnałam Zakład z dużym smutkiem i niepokojem. W tym czasie Gospodarstwo było w dobrej kondycji, moje laboratorium zaopatrzone w konieczny sprzęt, pracowało i spełniało wszystkie zapotrzebowania.
Sytuację w Zakładzie Doświadczalnym obserwowałam z daleka, moja praca zawodowa i choroba męża nie pozwalały mi na częste kontakty z Gospodarstwem w Lipowej.
Po śmierci męża w roku 1999 pojechałam do Zakładu. Widziałam, że nie jest dobrze, ale produkcja trwała. Sądziłam wówczas, że jeśli Zakład przetrwał ten bardzo trudny dla rolnictwa okres, teraz gdy wiadomo już ile i jakie błędy popełniono w zakresie polityki rolnej, może być tylko lepiej. Z treści publikacji w Nr 19/146 wynika, że tak nie jest. Dzisiaj może są inne motywacje, ale pozostaje faktem, że tej wielkości gospodarstwo (około 350 ha) pozwala na właściwe zarządzanie, a warunki glebowo klimatyczne na uzyskiwanie dobrych plonów. W sytuacji gdy weszliśmy do Unii, gdy wiadomo, że rolnictwo będzie wspierane poprzez kierowanie środków pieniężnych i innych pomocy w tę gałąź gospodarki, a żywność polska jest poszukiwana na rynkach Unii, winniśmy rozwijać tę produkcję i podejmować właściwe decyzje. Decyzje, które pozwolą rozwijać to gospodarstwo. Rozwój leży
w interesie miejscowej społeczności, Gminy i Regionu.
dr Regina Piechaczek
43-253 Pielgrzymowice, ul. Dębowa 10, tel. 032/4723 127
Droga Redakcjo!
Już od dłuższego czasu zabierałam się do podziękowania za to, że istniejecie i podzielenia się kilkoma uwagami na temat "Nad Sołą i Koszarawą".
Moje korzenie to właśnie Żywiecczyzna, ale od pięciu lat mieszkam na Pomorzu Zachodnim. W czasie świątecznych i wakacyjnych pobytów u rodziny nad Sołą z zainteresowaniem przeglądam Wasze pismo. Muszę przyznać, że sama szata graficzna przyciąga - kolorowe zdjęcia, rozsądny format, dobry papier. A ponadto - to, co najważniejsze: treść. Cieszę się, że również siedząc na "dalekiej północy" (do Żywca mam 600 km drogi), mogę czytać Wasze czasopismo, korzystając z internetu.
Tęskniąc za urodą beskidzkiej przyrody chętnie czytam artykuły jej poświęcone, autorstwa panów Urbańca i Pszczółki. Wszystko, co jest związane z regionem, przykuwa moją uwagę. Mieszkając na Pomorzu odczuwam brak regionalnej kultury, tradycji, obyczajów, nawet regionalnej kuchni. Stąd też uważam, że powinniście Państwo regionalizmowi poświęcać dużo uwagi i nie spychać go na margines. Chętnie poczytałabym o zwyczajach górali żywieckich więcej. Pamiętam, że nawet tradycje bożonarodzeniowe (nawet dania) różnią się między sąsiednimi wsiami. Są to ciekawe rzeczy i jesteście (jesteśmy) bogaci, że macie (mamy) taką wspaniałą kulturę, której mieszkańcy moich aktualnych okolic mogą tylko pozazdrościć.
Gratuluję odwagi autorowi cyklu "Prosto z mostu". Na przykład rozmyślania na temat sensowności istnienia Senatu są bardzo ciekawe i naprawdę odważne. Rzadko można coś takiego spotkać w lokalnej, samorządowej prasie, która licząc na zastrzyk gotówki od władz, schlebia jej przedstawicielom bezkrytycznie, stając się często "szczekaczką" propagandową. Jestem osobą jeszcze dość młodą (34 lata) i zainteresowaną sprawami młodych. Lubię czytać o ich sukcesach, zainteresowaniach, sposobach spędzania wolnego czasu. Cieszę się, że Wasza Redakcja propaguje pożyteczne hobby, jak na przykład filatelistyka. Swoją drogą to dzięki Waszemu pismu widzę, że Poczta Polska wydaje też inne znaczki, a nie w kółko tylko dworki i inne bohomazy.
Mam w domu kilka teraz już archiwalnych numerów "Nad Sołą
i Koszarawą" i chętnie pokazuję je moim znajomym, którzy również wyrażają się z uznaniem o Waszym piśmie. Jest więc ono swego rodzaju wizytówką i reklamą Żywiecczyzny.
Jeszcze raz GRATULUJĘ tak dobrego pisma, DZIĘKUJĘ za to, że istniejecie w internecie i w świecie rzeczywistym oraz ŻYCZĘ sukcesów i rzeszy wiernych czytelników.
Z poważaniem Elżbieta Ślebzak
Szanowny Panie Redaktorze!
Jestem stałym czytelnikiem Waszego dwutygodnika "Nad Sołą
i Koszarawą". Czytanie rozpoczynam od felietonów Pana redaktora. Z zainteresowaniem czytam je i chociaż nie z wszystkimi spostrzeżeniami mogę się zgodzić, to w zdecydowanej większości oceniam je pozytywnie. Niestety, w numerze 23 z dn. 01.12.2004 pozwolił Pan sobie na stwierdzenie, które czytelnicy, a zwłaszcza niesympatycy SLD mogą uznać za co najmniej kontrowersyjne. Jest rzeczą oczywistą, że telewizja publiczna - jak sama nazwa wskazuje - powinna być niezależna od wpływów partyjnych i to zarówno tych z lewej strony sceny politycznej (co w ostatnich latach nie zawsze było realizowane), jak również tych z prawej strony sceny politycznej (co prawdopodobnie może nastąpić). Dlatego lewica nie powinna mieć pretensji do Pani Danuty Waniek, Przewodniczącej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji za to, że nie umiała lub nie chce (niepotrzebne skreślić) utrzymać wpływy lewicy w telewizji publicznej.
Można przypuszczać skąd takie sentymenty za dominującymi wpływami lewicy w telewizji publicznej w niektórych kręgach ludzi lewicy. Fakt, że Pan Redaktor też ma takie resentymenty, to proszę mi pozwolić wierzyć, że to tylko są myśli na użytek niniejszego felietonu.
Z wyrazami szacunku Jan Szupina
|