PROSTO Z MOSU - "EMERYTURA" ARCYKSIĘŻNEJ
Księżną Marię Krystynę Habsburg poznałem osobiście po raz pierwszy na briefingu, który zorganizowano z Jej udziałem w Nowym Zamku na piętrze. Ta urocza starsza dama zrobiła na mnie ogromnie sympatyczne wrażenie. Piszę "zorganizowano", gdyż długo nie wiedziałem o co w tym wszystkim chodzi. Otoczona "przyjaciółmi" odczytywała oświadczenie o krzywdach jakie dzieją się Jej w tym mieście. Widziałem kątem oka, że czytała to bez przekonania. I na tym mój kontakt z tą przemiłą panią się urwał. Zresztą dla mnie za wysokie progi.
Ale z dziennikarskiej ciekawości zacząłem drążyć temat nie tyle o Niej samej, co przyczyn, dla jakich wiele osób z żywieckiego i nie tylko żywieckiego establishmentu chciało przy Niej zabłysnąć.
Zrozumiałem wtedy, że przeuczciwa dama, nie znająca meandrów lokalnej polityki, ze względu na swe pochodzenie i nazwisko dawała się wciągnąć
w lokalne koterie.
Na ponury żart zakrawał proces sprowadzania księżnej ze Szwajcarii, który na wskutek nieporozumień, bądź walki politycznej w sferze lokalnej (była wtedy kampania wyborcza do samorządów) zakończył się procesem sądowym w Bielsku-Białej.
Również nie do końca wyjaśniona była sprawa Jej wszechobecnej opiekunki pani J. z Bielska-Białej, która w pierwszym okresie pobytu w Polsce księżnej Marii miała na Nią przeogromny wpływ.
I tutaj również sprawy pani J. zaszły aż do Instytutu Pamięci Narodowej, gdzie kryształowa opinia tej pani prezentowana przed obliczem księżnej została odbrązowiona i nastąpiło rozstanie z księżną.
Być na fotografii z księżną Marią to nobilitacja, szczególnie dla podrzędnych polityków różnych szczebli i różnych opcji.
Niepotrzebne wciągnięcie Jej w spór w sprawie pomnika na Targowicy, to tylko jeden z nielicznych przykładów rozgrywania lokalnych potyczek przez, za przeproszeniem, gównianych polityków.
Polityka polityką, ale wydawało mi się, że na tym nazwisku ktoś chciał chyba jeszcze zrobić biznes.
Zmieniający się "opiekunowie", rozszerzający się krąg wielbicieli, to tylko elementy rozgrywającej się batalii pod przykrywką księżnej Marii.
W czasie tych, powiem mocno, niecnych przetargów, władze miasta robiły swoje. Na miarę swoich możliwości przygotowywały lokum dla księżnej, którego jakość była stale kwestionowana przez tzw. "opiekunów", oraz dyskretnie wyjaśniały księżnej, by w tej dla Niej nowej, zgoła niecodziennej sytuacji, staranniej dobierała sobie przyjaciół.
Ta batalia zakończyła się szczęśliwie i jak pisaliśmy w poprzednim numerze (nr 20/147) arcyksiężna wróciła na stałe, przenosząc się z Davos w Szwajcarii do Żywca. Powtarzam tzw. "opiekunom" - do Żywca.
I ten kawałek historii z Jej życia zakończył się happy-endem.
Natomiast nie mogę pogodzić się z drugą batalią, którą prowadziły władze miasta Żywca, a konkretnie Burmistrz Miasta Antoni Szlagor z administracją rządową o przyznanie arcyksiężnej Marii Krystynie emerytury specjalnej.
Ta batalia to dla mnie farsa. Jeśli czytam, że premierowie lekką ręką przyznawali renty specjalne m.in. dla ministra nieudacznika - ksywa "sweter" czy też niejakiej pani Alicji Grześkowiak, która jako Marszałek Senatu zdążyła za nasze pieniądze zwiedzić cały świat,
i zrobiono to za parę dni po utracie przez nich stanowisk, a tu walka o parę groszy dla arcyksiężnej trwała prawie rok. To co? To są kpiny. Na razie o wysokości emerytury "specjalnej" nie mówię.
Trudno mieć pretensje do premiera Millera, który miał inne sprawy na głowie, choć większość po kolei spieprzył, czy też premiera Belki, który to wszystko chce do kupy poskładać. Ale pytam się, od czego w tym rządzie są urzędnicy biorący wysokie pensje, doradcy od wszystkich branż, czy wreszcie prawnicy, którzy powinni wniosek zaopiniować?
Komu należało przyznać emeryturę specjalną, jak nie osobie, która jest już jedną z ostatnich przedstawicieli rodu Habsburgów w Polsce, osobie, której rodzina nigdy nie zhańbiła się współpracą z okupantem, czy wreszcie osobie, której matka Alicja działała w strukturach podziemnych państwa polskiego w czasie okupacji, czy też osobie, której dobra Jej rodziny m.in. dwa zamki, lasy, folwarki, park oraz browar przeszły na własność Skarbu Państwa. Uznano jedynie prawo Habsburgów do inwentarza zamkowego (ok. 700 cennych przedmiotów), które jednak władza ludowa i tak przejęła. Rodzina musiała opuścić kraj. Wstyd mi za te rządy.
I wreszcie po długich staraniach w obliczu zagrożenia, że sprawa ujrzy światło dzienne poprzez program red. Jaworowicz "Sprawa dla reportera", jakiś kacyk rządowy podsunął chyba ze strachu przed opinią publiczną premierowi do podpisu decyzję o przyznaniu emerytury specjalnej w wysokości....uwaga: 1.200,00 zł (słownie: jeden tysiąc dwieście złotych - uwaga: brutto).
Księżna zachowała się jak na arystokratkę przystało, ze łzami w oczach ze wzruszenia podziękowała za ten przywilej.
Jak to się ma do wysokości emerytur byle pajaców, którzy w przeszłości więcej szkodzili niż działali na rzecz kraju? Jak to się ma do emerytur parlamentarzystów, którzy w trakcie jednej czy kilku kadencji więcej nabrali niż dali z siebie?
I już ostatnie pytanie. Przecież obecni właściciele browaru żywieckiego, oczywiście już nie polskiego, czytają prasę. Czy nie przyszło im do głowy, aby na ich liście płac księżna Maria znalazła się na pozycji numer 1, z odpowiednią kwotą? Z góry wiem, że pieniądze te jeszcze bardziej ułatwiłyby Jej codzienne życie, a znając Jej skłonność do oszczędnego życia, z nadwyżki pomagałaby biednym. Ot, i cała filozofia.
Kazimierz SEMIK