Azaliawypoczynek Projektowanie stron wwwweb design Serwis ŻywiecczyznyŻywiec Salon fordford Nieruchomościnieruchomości SONnieruchomosci Beskidywakacje wczasy Eurofiranyfirany zasłonydekoracje Projektowanie stron internetowychprezentacje multimedialne

Nad Sołą i Koszarawą - nr 21 (148) - rok  VII - 1 Listopad 2004

  |poprzedni artykuł|  | |spis treści|  | archiwum|   | strona główna|   | następny artykuł|


 
WISŁA - KOSZARAWA tylko 2:0, a właściwie 1:1

Tego jeszcze w Żywcu nie było. Jak przysłowie mówi: "nie przyszedł Mahomet do góry, to przyszła góra do Mahometa".
W tych kategoriach trzeba rozpatrywać niedzielny mecz "Wisły" z "Koszarawą". Mogę powiedzieć, że dla zagorzałych kibiców "Koszarawy" obejrzenie drużyny "Wisły" na swoim stadionie było tym, czym dla kibiców "Wisły" mecz z "Realem".
Wprawdzie drużyna "Koszarawy" kilkakrotnie spotykała się z "Wisłą", ale były to spotkania treningowe czy okolicznościowe, a więc była to gra "o pietruszkę". W niedzielę było inaczej. Stawką był awans do dalszej gry w Pucharze Polski, gdzie apetyty rosły po remisie ze "Szczakowianką" i wygraną z "Tłokami Gorzyce".
Przygotowania do tego meczu trwały długo i to w niezbyt sprzyjającej atmosferze dla klubu. Zalecenia władz porządkowych i sportowych są bardzo rygorystyczne. Rozumiem, że doświadczenia z innych boisk niejednokrotnie były smutne, ale czy budowa "klatki" dla 50 kibiców drużyny gości, nie była szczytem głupoty? Tym bardziej, że do tej klatki nikt nie wszedł. A jak czytam w prasie codziennej, że koszt budowy tego "obiektu" wynosi niecałe 30 tysięcy złotych, to już jest barbarzyństwo.
Ale skoro tak musi być, to i tak nic nie zrobimy. Podziwiam władze miasta na czele z burmistrzem Antonim Szlagorem, starostą powiatu Andrzejem Zielińskim, a przede wszystkim Zarząd Klubu z jego prezesem Andrzejem Marszałkiem za konsekwencję w dążeniu, aby mecz mógł się odbyć właśnie na stadionie w Żywcu. Jest to również zasługa sponsora klubu Antoniego Kruczyńskiego, który choć z oddali, ale sterował przygotowaniami tak, by mecz odbył się na własnym stadionie, przy własnych kibicach.
I tak się stało.
Przy wspaniałej jesiennej pogodzie, w wypełnionym do ostatniego miejsca stadionie, obie drużyny przy burzy oklasków rozpoczęły spotkanie.
"Wisełka" - jak ją nazywają "krakusy" - stawiła się w Żywcu w komplecie, oprócz dwóch autentycznie kontuzjowanych graczy. Czyli jak to ktoś nazwał - "Polski Real" był cały.
Nie mnie komentować grę, bo zrobiły to na pewno lokalne czy nawet ogólnopolskie dzienniki, ale jedno było miłe. Choć "Koszarawa" stawało do walki jak biblijny Dawid z Goliatem, to ten słabszy, choć nie wygrał, ale zachował swoją twarz.
Znalazłem się przez parę minut wśród kibiców "Wisły", którzy choć żartobliwie, ale z nutką goryczy zastanawiali się czy to "Wisła", a na pewno nie "Koszarawa", jest w czwartej lidze.
Gdyby nie wiatr i słońce, które oślepiło żywieckiego bramkarza, to pierwsza połowa byłaby remisowa, a po boksersku licząc (za starych czasów) ze wskazaniem na żywczaków.
Druga połowa to również prawie, że równorzędna walka obu drużyn, choć akcja przeprowadzona przez Żurawskiego i wykończona przez Frankowskiego pokazała wartość nie tylko obu piłkarzy, ale i całego zespołu. Cóż, za darmo i na kredyt nie jest się mistrzem Polski.
Oczywiście i "nasi" nikomu od spódnicy nie odpadli. Jak nam się wszystkim wydawało, pomimo że "gryźli trawę", to jednak brakowało im wiary w siebie i stąd ta słaba skuteczność. A tu nie tylko trzeba było pokonać obronę "Wisełki", ale jeszcze prawie że już legendarnego Majdana.
Mój wnuk, który ze mną siedział, zapytał czy nie ma z Majdanem Dody. Nie bardzo wiedziałem o kogo chodzi, ale znajomi potwierdzili, że nie ma.
Wspaniałe sportowe widowisko, cudowna atmosfera na stadionie, gra fair obu zespołów, choć były faule. Ale to przecież nie warcaby, tylko piłka nożna.
Zachowanie kibiców świadczyło o ich znajomości zasad gry w piłkę nożną, choć widziałem trochę "odświętnych" kibiców, którzy chcieli w tym dniu zaistnieć w Żywcu. Ale to podobno jest normalne. Na pewno nie przeszkadzali.
Koniec meczu i brawa i to ogromne brawa, prawie że na stojąco, dla obu drużyn. I jeszcze ta frajda dla dzieci, gdzie "wiślacy" przez kilkanaście minut z uśmiechem rozdawali swoje autografy. Może dla kibiców nie wynik był ważny, ale ważne było to, że utytuowany zespół, jakim jest "Wisła" potraktował to pucharowe spotkanie z pełną powagą. A dowodem tego była (szczególnie w drugiej połowie meczu) reakcja na grę "wiślaków" jej trenera, legendarnego już Henryka Kasperczaka.
Przed meczem pytając Go o wynik odpowiedział oschle - a ile chcecie? Zaś trener "Koszarawy" na to samo pytanie powiedział: to nie jest najważniejsze, gdyż moje myśli są już przy następnej kolejce w lidze. A od wyników w lidze zależy czy będziemy mogli gościć na co dzień coraz lepsze drużyny z wyższej półki.
I na koniec trochę mniej przyjemnych refleksji. Przychodząc na stadion zdziwiłem się ilością wozów policyjnych i policjantów ubranych w kuloodporne kamizelki. Okazuje się, że przezorność nie była przesadzona.
Byłem świadkiem w czasie przerwy jak ni stąd, ni zowąd zaczęły się sypać reklamy na ogrodzeniu i pojawiły się ogolone głowy "młodych gołowąsów", dla których takie spotkanie to okazja do kolejnej rozróby.
I co najgorsze nie byli to obcy, ale swoi. Dlatego też proponuję, aby tą klatkę zostawić na boisku, ale odwrócić ją w kierunku odwrotnym i wsadzać do niej tych "pseudokibiców".
Ale w sumie, to chwała organizatorom za wspaniałe przygotowanie obiektu. Serdeczne dzięki dla obu drużyn za fantastyczną grę, oraz brawa dla publiczności za takt i kulturę przed, w trakcie i po meczu.
Warto być na takich meczach. Piłkarze "Koszarawy" - głowa do góry!

Tekst: Kazimierz Semik
Foto: Karol Gąsior

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.