LOSY BYŁEGO ZAKŁADU DOŚWIADCZALNEGO W LIPOWEJ
W nawiązaniu do publikacji w nr. 8/2002 „Nad Sołą i Koszarawą” pt. Majątek Polskiej Akademii Umiejętności w Lipowej, oraz pełnej publikacji dr. Wacława Zyzaka w Kartach Groni nr XXII/2003 r., chciałbym się podzielić pewnymi refleksjami.
Z w/w publikacji wynika, że w 1608 roku folwark w Lipowej założył Mikołaj Komorowski. Czyli w 2008 roku gospodarstwo w Lipowej obchodziłoby 400-lecie istnienia.
Ponieważ mieszkam na obrzeżach gospodarstwa, chcąc nie chcąc obserwuję, co się tam dzieje.
Moja rodzina, jak i wiele rodzin z najbliższych okolic, była przez kilkadziesiąt pokoleń związana z tym gospodarstwem. Dlatego też podzielam zdanie dr. Zyzaka o niezrozumiałej decyzji Dyrektora Instytutu Zootechniki o likwidacji tak dobrego gospodarstwa.
Na podstawie w/w publikacji, jak i przekazów wielu pokoleń, można stwierdzić, że gospodarstwo w Lipowej zawsze przynosiło dochody, uzyskiwało bardzo wysokie plony i wydajności. Było wzorem do naśladowania przez innych. Wiem, że przez cały współczesny okres, kadra naukowa gospodarstwa prowadziła szkolenia rolnicze i udzielała na bieżąco porad w zakresie uprawy czy hodowli. W dużym stopniu to im rolnicy zawdzięczają podnoszenie wiedzy, stosowanie nowych odmian i materiału hodowlanego.
Dzięki tym radom, rolnicy zaczęli stosować nowe metody uprawy, wprowadzać nowe rasy bydła i owiec, jak również stosować sianokiszonki z młodej zielonki w połowie maja. Ponieważ byłem rolnikiem, zawsze brałem przykład z gospodarstwa w Lipowej.
Jeżeli tam rozpoczynano prace polowe, siewy czy zbiór zielonek, ja także te prace prowadziłem. Po zlikwidowaniu zakładu zaczęło się totalne jego niszczenie.
Na początek poszło zwalnianie pracowników, wysprzedaż sprzętu, materiału hodowlanego, bydła oraz zabranie owiec. Słyszałem, że w momencie likwidacji zakładu wydajność mleka od krowy wynosiła około 7000 litrów, teraz niecałe 5000. Z publikacji przytoczonych na wstępie wynika, że w okresie przedwojennym wydajność przekraczała 4000 litrów.
Obecnie gospodarstwo pokazuje, jak nie należy gospodarować. Wszystkie terminy agrotechniczne są opóźnione często o miesiąc
i więcej. Zapominają o koszeniu pierwszego pokosu w maju i koszą później niż rolnicy na siano. Obraz pól jest żałosny, uprawy zaniedbane i zachwaszczone. Pastwiska, które były chlubą gospodarstwa wyglądają gorzej jak chłopskie. Dziwię się, że ostatni dyrektor zakładu, który m.in. uczył rolników kiedy należy kosić, do tej pory pracuje i być może ze względu na podeszły wiek już o tym zapomniał.
Na polach leżą sterty obornika rozwleczone na kilku hektarach. Od kilku lat nie widziałem, żeby obornik służył do nawożenia pól. Uproszczono uprawę pól do średniej orki zimowej wykonywanej późną jesienią lub zimą. Efekt jest taki, że z odległości kilkuset metrów można policzyć ilość przejazdów pługa. Nie wiem, kto jest właścicielem tego majątku, ponieważ część majątku sprzedaje Instytut Zootechniki, część Spółka Grodziec.
Do tej pory sprzedano dwie mniejsze fermy - łącznie ponad 60 ha gruntów i obiekty gospodarcze. Przypuszczam, że majątek będzie dalej niszczony i wysprzedawany aż do końca. Sprzedając mieszkania pracownikom, przerzucono na nich odpowiedzialność za utrzymanie 40-letniej sieci wod-kan, a na jedno mieszkanie wielodzietnej rodziny nałożono obowiązek wybudowania kilkuset metrów linii elektrycznej, pozbawiając równocześnie dostawy prądu od 1 listopada 2003 roku. Zabierając owce, przeznaczono tradycyjnie wybudowaną owczarnię z glinobitką na jałownik. Przy ograniczonej ilości słomy, jałówki grzęzły w błocie po brzuch i roznosiły błoto po drogach. Garstka pracowników, która jeszcze pracuje, jest dobierana z przypadku i następuje ciągła rotacja na stanowiskach. Może chodzi o to, żeby nikt nie orientował się o co w tym wszystkim chodzi. Słyszałem, że toczy się kilka rozpraw w Sądzie Pracy. Pracownicy, którzy jeszcze pracują nie mogą składać zeznań, ponieważ grozi im zwolnienie z pracy, a pracownikom na stanowiskach kierowniczych proces cywilny za fałszowanie dokumentacji z godzinami nadliczbowymi.
Pracownicy omijając godziny nadliczbowe są zmuszeni do pracy w tak zwanym akordzie. Polega to na tym, że pracownik w ciągu dnia np. wykonuje siew, a w nocy orkę czy podobne prace, bez ewidencji godzin nadliczbowych. Bardzo mile widziane jest korzystanie z urlopu
i wykonywanie równocześnie pracy.
Myślę, że 400-lecie gospodarstwa będzie już tylko stypą, po zniszczonym jednym z najlepszych i najlepiej położonych gospodarstw
w okolicy.
Szkoda, że nikt nie zajął się tym problemem, nawet Ochrona Środowiska nie interesuje się tym, że gnojowica jest wywożona na pola przez cały rok, nawet przy metrowej warstwie śniegu. Myślę, że dopiero po ostatecznym wytyczeniu drogi do Zwardonia w pobliżu pól gospodarstwa, okaże się komu tak naprawdę na tej likwidacji zależało.
PS. Nazwisko i adres do wiadomości Redakcji. Do tematu wrócimy w jednym z następnych numerów, prosząc równocześnie o listy w tej sprawie.
(red.)