PROSTO Z MOSTU
KPINY Z WYBORÓW
Konia z rzędem temu, kto przekona mnie i nie tylko mnie, po co komu były wybory uzupełniające do Senatu Rzeczypospolitej, czy jak ja to nazywam Izby Wyższej Spokojnej Starości.
Choć nauczeni doświadczeniem, pozwalamy sobie w kraju na kolejny błąd. Ba, to nie błąd, a zbrodnia na finansach publicznych. Do frekwencji wrócę za chwilę, aby przedtem zadać parę pytań, na które prawdopodobnie nikt nie będzie umiał mi odpowiedzieć.
Co do zasadności czy też potrzeby istnienia tej Izby Wyższej napisano już tysiące stron, słyszałem, że było już masę rozpraw naukowych i kilkanaście prac magisterskich.
Konkluzja jest jedna. Nikt, oczywiście za wyjątkiem samych senatorów, nie umie odpowiedzieć na proste pytanie. Po co jedliśmy tą żabę?
Aby było śmieszniej, a zarazem drożej, zafundowano nam już kolejny raz w tamtej kadencji parlamentu ten cyrk wyborczy, choć przy odrobinie wyższej frekwencji.
Obecne wybory i to wynikające nie z przypadków losowych, a ze zwykłego wyrachowania byłych senatorów, a obecnie europarlamentarzystów, obnażyły tą instytucję, której na imię Senat.
Tłumaczenie się ordynacją wyborczą jest najgłupszym tłumaczeniem. Przecież, do jasnej cholery, to nie kosmici, Amerykanie czy Rosjanie ustanowili w tym kraju ordynację wyborczą. A zatem nie oni, a nasi parlamentarzyści tą ordynację uchwalali.
To co, żaden z parlamentarzystów nie umie liczyć, ile taka zabawa w wybory kosztuje budżet państwa, czyli nas podatników?
To właśnie ten Sejm poprzez głupie podejście do wyborów senackich jeszcze dogłębniej obnażył tą instytucję.
Pokażcie mi państwo cywilizowane, w którym do urn wyborczych idzie przeciętnie 5% wyborców. Były nawet informacje, że w niektórych komisjach jedynymi wyborcami byli członkowie komisji obwodowych. Mówiąc wulgarnie - wyborcy "olali" ten akt głosowania.
Po tej "klęsce" wyborczej Prezydium Sejmu na drugi dzień powinno zaproponować samorozwiązanie się parlamentu.
Pamiętam wybory sprzed roku 1989, gdzie "przegięcie" było w drugą stronę, ale nie z takim skutkiem.
Tutaj wyborcy dali wyraźny sygnał dla władzy, że żarty się skończyły. Dla mnie ta "szopka wyborcza" to jeszcze jeden dowód, że nasi parlamentarzyści są kompletnie oderwani od społeczeństwa, wprost go ignorując. Zastanawiam się nad tym, czy jest w tym kraju jakaś siła, która mogłaby oderwać wybrańców narodu od ich poselskich i senatorskich foteli. Kto wie, czy nie opłaciłoby się wyrwać te fotele i podarować je parlamentarzystom, aby tylko opuścili budowlę na Wiejskiej, zaś w salach Senatu otworzyć supermarket i dofinansowywać "biedny" Sejm z czynszu za wynajem.
To brzmi jak okropny żart, ale taka jest prawda. Naród się śmieje, że najważniejsze dni w Sejmie i Senacie to dni wypłat diet i innych apanaży.
Obawiam się jednak, że do terminowych wyborów nic się nie zmieni i będzie jak w tym powiedzeniu: "psy szczekają, a karawana idzie dalej."
***
ZAMECZEK CZY WAROWNA TWIERDZA
Zaniepokojony informacjami prasowymi na temat modernizacji Zameczku w Wiśle, postanowiłem przekonać się na własne oczy, czy prawdą jest, co też tam się wyrabia. Zdecydowałem się na odwiedzenie tegoż zakątka, gdyż przypomniałem sobie, że naście lat temu byłem w tym rejonie, a opowieści o motoryzacyjnych wyczynach premiera Józefa Cyrankiewicza bardzo mi się podobały.
To właśnie w tamtym czasie pan premier ze swoją świtą przebywał na tym Zameczku, a że był to człowiek z fantazją, uciekał "czajką" ochronie, która go odnalazła w knajpie w Milówce, jak z chłopami spokojnie pił wódkę.
Dlaczego o tym wspominam? Przypomniał mi to w ostatnią niedzielę góral z Kubalonki, który nie może do dziś zrozumieć, czemuż to dla obecnego, a chyba i przyszłych prezydentów Rzeczypospolitej, z sympatycznego Zameczku robi się warowny zamek.
Nikt nic nie może powiedzieć, co się w środku dzieje, choć ptaszki śpiewają o wyposażeniu poszczególnych pokoi w meble z drewna czereśniowego, łoża w baldachimy, a drzwi i okna w pozłacane klamki. Pal licho, przecież to zostanie w kraju. Nikt tego nie wywiezie, choć nie ma co liczyć, że przeciętny śmiertelnik może się tam przespać.
Diabli mnie chcieli wziąć, jak ten stary, poczciwy góral z Kubalonki zaperzył się, mówiąc nie o Zameczku, a o spustoszeniu otoczenia wokół Zameczku.
Wycięto kilkaset drzew (podobno zgodnie z planem, sic!), zryto ponad sześć kilometrów terenu pod drogę, która ma stanowić objazd wokół letniska dla prezydenta RP, bowiem publiczna droga łącząca Kubalonkę ze Szczyrkiem zagrażałaby spokojowi pary prezydenckiej.
Ten "drobiażdżek" czyli objazd wokół Zameczku ma kosztować "tylko" 2,4 mln zł.
Coś mi tu nie pasuje. Znam z opowiadań pana prezydenta i jego małżonkę i nie wydaje mi się, aby zafundowali sobie pod koniec kadencji takie fanaberie. Obawiam się, że cały ten cyrk to sprawa tzw. "gnid dworskich" które chciałyby "nieba przychylić" głowie państwa, a narażają go tylko na złość miejscowych górali, którym odcięto krótszy dojazd, oraz na kpiny zdrowej części społeczeństwa, która patrząc na tą rozrzutność, zmienia pozytywną opinię
o głowie państwa polskiego.
I tu również pytanie, które pozostanie bez odpowiedzi. Po co i na co im to wszystko było?
P.S. Z uwagi na chwilowy brak kontaktu z jedną z bohaterek programu WYPRAWA ROBINSON - żywczanką Kasią Drzyżdżyk oraz zbyt krótką emisję w TVN, szczegóły w następnym numerze.
Kazimierz SEMIK