Przymierze z Tatrami - w pół wieku później
Zaczyna się część najbardziej ekstremalna, granią na szczyt Mięgusza Wielkiego. Moje doświadczenie wspinaczkowe - stosunkowo marne, więc ścianki
i turniczki pokonuję z mocno bijącym sercem, a tętno wali jak CKM, ale taka wspinaczka to też rozkosz. Cóż, brak treningu w tym zakresie, lecz koncentracja i uwaga na najwyższym szczeblu. Jeden błąd i może skończyć się tragicznie, tym bardziej, że psychoza działa, bo poprzedniego dnia na Rysach zginął człowiek.
Ta wspinaczka i każdy krok był walką o spełnienie pragnienia, wysiłkiem woli realizacji marzenia. Udało się wejście na Mięguszowiecki Szczyt Wielki. Tego nie zakładałem nawet w najskrytszych marzeniach, tym bardziej mając na uwadze mój wiek. Gratulacje i uściski pieczętują mój sukces. Ale to jeszcze nie koniec, czeka upragniony Mnich. Gorączka się podnosi, czy dam radę? Wprawdzie Paweł powiada, że jest łatwiej niż na Mięgusza, ale to już 9 godzin wspinaczki za nami, nogi,
a zwłaszcza kolana dobrze czuję, a jeszcze od chwytów bolą palce, bo już skóra na nich prawie przetarta. Zaczyna być ciężko. Alinka mówi: „może zostań jeden dzień dłużej i rób Mnicha jutro". Pogoda zrobiła się cudowna, skała miła i przyjemna - cieplutka, z uciechą się dotyka, decyduję, że idę! Paweł mnie popiera i widzę, że chce mi pomóc zrealizować mój upragniony Mnich. Mnich liczy 2068 m n.p.m., a pierwszego wejścia dokonał Jan Gwalbert Pawlikowski z przewodnikiem Maciejem Sieczką w 1879 r. Ten skalisty, granitowy posąg, iglica skalna to charakterystyczna postać modlącego się mnicha, niegdyś uważany za niedostępny i za najtrudniejszy szczyt tatrzański.
Dzisiaj Mnich jest najpopularniejszym wspinaczkowym wierzchołkiem w Polsce, choć skala trudności, moim zdaniem, na jego wierzchołek jest wyższa niż na Mięgusza. Udało się wejść na szczyt, na którym było bardzo ciasno. Pamiątkowe zdjęcie, trochę kontemplacji czy zadumy i zjazd na linie, który mi się coraz bardziej podoba, ale żeby zjechać to trzeba najpierw wejść. Taki zjazd w otchłań dostarcza wspaniałego przeżycia.
Wracam do schroniska. Pani Maria Łapińska składa mi serdeczne gratulacje, cieszymy się ogromnie we dwoje, to bardzo miłe.
W 50. rocznicę mojego pierwszego zjazdu na linie, z rozrzewnieniem i łezką w oku wspomniałem lata mojej młodości i lekcję prof. M.Kuziaka. W życiu człowieka oraz w przyrodzie nie ma powtórzeń, są tylko wyjątkowe, na zawsze przemijające chwile.
"Tatry nie są zwykłym pięknem, są pięknem ponad inne piękna. Tam, gdzie piękno łączy się z tęsknotą za pięknem, rodzi się miłość. Góry trzeba ukochać, później idziemy w nie jakby oczyszczeni
z trosk i problemów, hartujemy zdrowie zmaganiami fizycznymi, a silną wolą często pokonujemy samych siebie. Jeżeli kochamy góry, to wszystko w nich jest piękniejsze, miłość i przyjaźń, sami jesteśmy lepsi". Tak pisał słowacki fotografik o Tatrach i jest to niepodważalna prawda, którą oby jak najwięcej ludzi chciało przeżyć.
Do opisu przeżyć załączam parę fotografii, gdyż fotografia ma to do siebie, że potrafi przywołać wspomnienia z przeżycia piękna i radości, przeżycia strachu i grozy, chociaż niejednokrotnie nie do końca, gdyż są cuda, których fotografia nie jest w stanie oddać i są nie do opisania.
Wiele przeżyłem i tymi przeżyciami pragnę się z Szanownymi Czytelnikami i Redakcją podzielić, a moi przyjaciele zadają pytanie: co ten Mundek jeszcze wymyśli?
No cóż, latka szybko uciekają i trzeba się śpieszyć, bo jeszcze jest wiele wspaniałych rzeczy, które warto zobaczyć, doznać i przeżyć, czego wszystkim życzy piszący te słowa Edmund Zaiczek.
Pozostaję z poważaniem i szacunkiem
Edmund Zaiczek