Przymierze z Tatrami - pół wieku później
Kiedy losy wojny z równin Wileń-szczyzny rzuciły mnie do górzystego Żywca i z nim związały do dzisiaj, to już od tego wczesnego dzieciństwa pokochałem góry. Początkowo biegałem po pagórkach i potokach, ulubiony był Śliżowy Potok, a potem dalej i wyżej. Mając 11 lat, w 1947 roku organizuję czteroosobową wyprawę (rówieśników) szlakiem: Żywiec-Lipowa-Skrzyczne-Malinowska Skała-Lipowa-Żywiec. Wyposażeni w pałatkę, koc, siekierkę, jakąś kuchenkę spirytusową, patelnię i garnek, mając za wyżywienie cztery bochenki chleba, kawałek słoniny (ca 2 kg), kilkanaście jaj, trochę cukru i jakieś piórka herbaty. Dowolności chodzenia w tym czasie i w tym terenie nie było - AKOWCY jeszcze nie złożyli broni, więc z daleka od schroniska i od ludzi, ale w pobliżu strumieni, które zapewniały wodę dla "kuchni i łazienki". Ta samodzielna wyprawa, głęboko przeżywana, zapamiętana została na zawsze.
Rok 1949 - uczestniczę w zorganizowanej szkolnej wycieczce wędrownej, a w jej ramach Pilsko (pamiętam piękne schronisko, które spłonęło w 1953 r.) i Królowa Beskidów - Babia Góra. Tutaj ciekawostka - na terenie dzisiejszego "małego targu" były ruiny budynku po zbombardowaniu Żywca w czasie działań wojennych. Dyrektor szkoły Bronisław Preidl, wspaniała postać, a jakoś zapomniana, organizuje "odpłatny czyn społeczny" uporządkowania tego terenu. Nie jest mi wiadomo kto płacił, lecz za zarobione w ten sposób pieniądze pokryto koszt tej wycieczki i zostało jeszcze na wycieczkę do Krakowa. Podczas tej wędrówki po górach moja miłość do nich pogłębia się, zaś w 1954 roku nastąpiło dozgonne z nimi przymierze. Właśnie w tym roku prof. Marian Kuziak i prof. Mieczysław Zaręba w Technikum Mechanicznym w Sporyszu, którego byłem uczniem, organizują obóz wędrowny w Tatrach. Bazę stanowiła stodoła, spanie na sianie, gdzieś pod Gubałówką.
Program obozu był bogaty, m.in. Morskie Oko, Dolina Pięciu Stawów przez Szpiglasową Przełęcz. W Pięciu Stawach prof. M. Kuziak daje nam lekcje wspinaczki oraz zjazdu na linie. Każdy mógł doświadczyć tej przyjemności
i tutaj też nie zabrakło mojej osoby.
Dokładnie pół wieku później przeżywam uroki wspinaczki klasycznej. Klub Wysokogórski w Katowicach kończy kurs sprawdzianem wspinaczki w Tatrach. Postanowiłem dołączyć do abiturientów kursu jako eksternista. Moim pragnieniem było wejście na Mnicha, to najpopularniejszy szczyt wspinaczkowy w Polsce. Ten spektakularny szczyt skalny zawsze bardzo mnie intrygował. Ponadto miałem jakieś poczucie niespełnienia w stosunku do Tatr Polskich. Miałem zrobione, mogę powiedzieć że dobrze, Tatry Słowackie: wejścia na Gierlach 5-krotne, Łomnicę, Lodowy, Wysoką, Kończystą i wiele innych, a z naszych tylko te szlakowe, więc coś trzeba robić.
W grupie na kursie miałem swoich ludzi - Alinka i Andrzejek załatwiali mi możliwość realizacji mego marzenia,
a instruktor Paweł wydał przyzwolenie.
Pakuję co mam osobistego do wspinaczki i jazda do Tater.
W schronisku w Morskim Oku, pani kierowniczka Maria Łapińska bardzo serdecznie mnie przyjmuje, oczywiście słynną, wspaniałą szarlotką i równie wspaniałą herbatką z cytry-nką. Jak to doskonale smakowało... Atmosfera w schronisku, mimo ogromu ludzi, wspaniała - czuję to również
i ja.
Po spotkaniu Pawła, informuję go
o moim pragnieniu wejścia na Mnicha. Okazuje się jednak, że grupa zrobiła Mnicha przed moim dołączeniem. Paweł proponuje więc szerszy program, na który się zgadzam. Zaczynamy od Żabiej Czuby i Żabiego Szczytu Niżnego, urocze szczyty - poszło dobrze.
Drugi dzień, to wejście na Mięguszowiecki Szczyt Wielki (potocznie MSW lub Mięgusz). Ten urwisty szczyt należy do najwspanialszych w Tatrach i dla ludzi kochających Tatry stanowi ambitny cel.
Pierwsze wejście na ten szczyt: Ludwik Chałubiński z przewodnikami Wojciechem Rojem i Maciejem Sieczką dnia 28 czerwca 1877 roku. Mam ogromną tremę, bo wiem, że skala trudności jest wysoka, w tym zjazdy na linie prawie 50-metrowe. Czy lekcja prof. M.Kuziaka w asyście prof. M.Zaręby sprzed pół wieku zda egzamin? Pomyślałem, trudno, "do odważnych świat należy".
Od Morskiego Oka wychodzimy przy niezbyt dobrej pogodzie, nad Mięguszami i Rysami czarne chmury wiszą, mam obawy, czy wytrzyma, ale Paweł jest optymistą i mówi: "oby ten wał chmur nie przedarł się przez ten mur gór na naszą stronę". Ku naszemu szczęściu było coraz lepiej. Wprawdzie wyżej potwornie wiało, ale miejscami przejaśniało się.
C/D/N
Edmund Zaiczek