LIBERATOR Z JELEŚNI
W tym roku mija 65 lat od wybuchu II wojny światowej. Na temat jej przyczyn i skutków napisano już tony reportaży, publikacji i książek.
Również Żywiecczyzna ma swój udział w tej hekatombie. Wszyscy znają dramat żołnierzy września w forcie
w Węgierskiej Górce, masowe wysiedlenia ludzi czy też ostatnie dni przed wyzwoleniem miasta Żywca.
Na naszych łamach po raz pierwszy chcemy pokazać drobny epizod, który miał miejsce po prawie czterech latach wojny, czyli po jej koniec (w sierpniu 1944 roku),
a związany był z zestrzeleniem amerykańskiego samolotu "LIBERATOR" w Jeleśni.
Pisał o tym w 1991 roku na łamach "Gazety Żywieckiej" pan Stanisław Suchanek z Węgierskiej Górki w artykule "Widziałem Liberatora w Jeleśni”.
To właśnie pan Suchanek przysłał nam artykuł Wojciecha Krajewskiego zamieszczony w piśmie AEROPLAN w części historycznej pt: LIBERAROR w JELEŚNI, którego fragmenty za zgodą pana Stanisława Suchanka drukujemy.
...."Blisko 15 lat temu opublikowano w Skrzydlatej Polsce krótki list jednego z czytelników, zgłaszającego nieznany bliżej przypadek lądowania amerykańskiego samolotu bombowego pod miejscowością Jeleśnia koło Żywca. Wówczas nic nie zwiastowało, że uda się kiedyś dowiedzieć czegoś więcej na ten temat. Przypadek jednak sprawił, że nawiązałem korespondencyjny kontakt z Panem Charlesem Keutmanem - bombardierem Liberatora, który 60 lat temu właśnie tam zakończył swój lot.
Wojenna przygoda 19-letniego 2/Lt Charlesa Keutmana rozpoczęła się 16 sierpnia 1944 roku. Wraz z załogą po odebraniu nowiutkiego samolotu B-24H Liberator wystartował do lotu przez Atlantyk z kilkoma międzylądowaniami.
Załoga została przydzielona do 761 Eskadry 460 Grupy Bombowej stacjonującej w Spinazzola koło Bari we Włoszech. Samoloty grupy były oznaczone wymalowanym na nosie godłem przedstawiającym czarną panterę.
Feralny lot
Owego feralnego dnia celem była rafineria paliw syntetycznych w Oświęcimiu. Bombardier Charles Keutman został na ten cel przydzielony do załogi J. Wegenera w zastępstwie kontuzjowanego członka załogi.
Formacja wykonała w locie nad terenami okupowanymi wiele zwrotów, tzw. Turning Points, tak, aby Niemcy do końca nie byli pewni, jaki jest rzeczywisty cel nalotu. Oświęcim był silnie broniony przez baterie dział przeciwlotniczych. Niebo wypełniły obłoki eksplodowanych pocisków. I właśnie wtedy, tuż przed zrzutem bomb, samolot został trafiony....
Na pokładzie trafionego bombowca były niestety ofiary w ludziach. Odłamek eksplodującego pod kadłubem pocisku przebił podłogę samolotu i ugodził drugiego pilota, Portera.
Mniej więcej w 15 minut od chwili opuszczenia rejonu celu, pilot wydał rozkaz opuszczenia samolotu. Była godzina 12.00. Nad Sopotnią Wielką wyskoczyło czterech strzelców pokładowych znajdujących się w ogonie samolotu. Byli to: strzelec tylny i obaj strzelcy boczni i strzelec kulistej wieży podkadłubowej.
Mimo, że samolot opuścić mieli wszyscy, to członkowie załogi nie chcieli jednak w spadającym samolocie zostawić nieprzytomnego 2-go pilota Portera. Postanowiono założyć na niego spadochron, a następnie zrzucić go przez otwartą komorę bombową licząc, że na ziemi odnajdą go Niemcy
i udzielą pomocy lekarskiej... Nieprzytomny Porter opadał ku ziemi. Niestety, czynności te zajęły zbyt wiele czasu. Samolot leciał już na tak niskim pułapie, że na skok pozostałych członków załogi było za późno. Pilot John Wagner zdecydował się wtedy na wykonanie awaryjnego lądowania na dość równym otwartym polu.
Do dziś dobrą robotę pilota tak wspomina bombardier Charles Keutman: „...Przygotowałem się do lądowania zapierając się plecami o fotel pilota, a lewą stopą o górną wieżyczkę. Podczas lądowania samolot przełamał się niedaleko miejsca gdzie się znajdowałem, tak, że gdy tylko się zatrzymaliśmy po prostu wyszedłem przez powstały otwór na zewnątrz. Na szczęście samolot nie eksplodował ani nie zapalił się. Za chwilę ponad nami na wysokości około 200 stóp, przeleciały dwa Focke-Wulfy Fw-190. Podejrzewam, że przekazały one oddziałom naziemnym meldunek o miejscu, gdzie wylądowaliśmy. Wkrótce usłyszeliśmy pokrzykiwania, to nadchodzili Niemcy. Zbliżali się dosłownie ze wszystkich stron. Miejsce naszego lądowania okrążyła ciężarówka, z której w odstępach, jeden za drugim wyskakiwali żołnierze Luftwaffe, otaczając stopniowo samolot. Ucieczka była niemożliwa. Mieliśmy nadzieje, że strzelcom, którzy skakali wcześniej dopisało szczęście."
Jakie były ich dalsze losy?
Po przewiezieniu ich do Żywca polski lekarz Władysław Stawowczyk opatrzył rannych. Drugi pilot Porter zrzucony na spadochronie niestety z uwagi na upływ krwi zmarł.
Charlesa Keutmana zawieziono pociągiem do obozu jenieckiego dla oficerów Stalag Luft I, położonego nad Bałtykiem koło miejscowości Barth, na północ od Berlina. Był to dzień 26 września 1944 roku.
Naoczny świadek pan Stanisław Suchanek (wówczas 15-letni chłopak) tak to wspomina: „....Samolot był bardzo duży, imponował swym ogromem oraz wyposażeniem. Prawym skrzydłem wryty był w kartoflisko i z tej samej strony miał okopcone silniki, a także fragment skrzydła. Drugie skrzydło było uniesione w górę. Samolot był przełamany w połowie, z tym że dolna część kadłuba wraz z usterzeniem była prawie nie uszkodzona. Z kadłuba wypadła dolna kulista wieżyczka i wysypały się różne drobne elementy wyposażenia. Przód kadłuba wraz
z przednią wieżyczką strzelecką był częściowo zgnieciony"...
Po zakończeniu wojny Charles Keutman dostał się do Paryża, a później przez Anglię do Szkocji. Do USA powrócił na pokładzie Queen Elizabeth, wyładowanego po brzegi żołnierzami wracającymi do domu.
Wszyscy członkowie załogi Liberatora z Jeleśni, którzy przeżyli lądowanie wrócili szczęśliwie do USA.
W Polsce z całego wydarzenia pozostały wspomnienia okolicznych mieszkańców o awaryjnym lądowaniu dużego srebrnego samolotu. Jednak drobne kawałki blach, rurek czy plexi podobno do dziś można jeszcze znaleźć po okolicznych domach.
Na podstawie artykułu Wojciecha Krajewskiego - opracował K.Semik