Dziejów głupoty w Polsce ciąg dalszy
Motto:
Wzrusz, Boże, serce wolnego narodu,
zrzuć zasłonę z jego oczu,
aby wiedział, że wolność źle czynienia
jest znakiem niedoskonałości rządu,
a nie prerogatywą wolności!
Andrzej Zamojski na sejmie 1763 r.
Atmosfera polityczna, do jakiej doprowadziły "polskie elity" szczególnie w ostatnich miesiącach zniechęciła mnie do tego stopnia do wypowiadania się na tematy społeczno - polityczne, że postanowiłem zamilknąć. Aliści, licho mnie poniosło do sięgnięcia po książkę Aleksandra Bocheńskiego pod tytułem: "Dzieje głupoty w Polsce" i doszedłem do wniosku, że milczeć mi nie wolno.
Warto. Naprawdę warto sięgnąć po ostatnie wydanie tej książki, aby zrozumieć, że w naszych - pożal się Boże, elitach politycznych nigdy nam oszołomów i różnej maści "nawiedzonych" nie brakowało. Że wbrew wszelkiej logice pchali i pchają ten kraj ku upadkowi i zagładzie. Także w dzisiejszych zapędach, niektórych naszych politykierów nic się nie zmieniło!!!
Podnoszą się głosy o potrzebie rozwiązania sejmu i rozpisaniu przyśpieszonych wyborów. Muszę powiedzieć, że pogląd ten coraz bardziej podzielam. Ale równocześnie zadaję sobie pytanie, kto najbardziej prze do tych przyśpieszonych wyborów?
Kto chce zasiąść na poselskich ławach
i w czyim imieniu sprawować władzę?
Czy nie lepiej za tym, w tym nerwowym podnieceniu, jak to się mówi "policzyć do trzech", ochłonąć, ocknąć się z tego amoku, zobaczyć, co zrobi nowy rząd i dopiero wówczas myśleć o wyborach. A może w międzyczasie pojawią się nowe, ciekawe osobowości i faktycznie będzie z kogo wybierać? Wszak ci, którzy tak mocno prą do przyśpieszonych wyborów już rządzili. Co prawda pod innymi "sztandarami", ale rządzili.
I czego dokazali???
To, czym karmi ten naród, wybrany przez niego sejm. To, co wyprawiają różni "politycy", szczególnie teraz, po naszym wstąpieniu do Unii Europejskiej, przeciętnemu obywatelowi w głowie się nie mieści. Obym był złym prorokiem twierdząc, że prowadzi to do IV rozbioru Polski. Przy czym zło upatruję nie w tym, w czym próbują go widzieć owi "eurosceptycy", ale właśnie w ich działaniu i klimacie, jaki sobie zgotowaliśmy owym "Nicea albo śmierć" i nie tylko.
Sytuacja w dzisiejszej Polsce przypomina mi podobną, jaką mieliśmy w początkach XVIII w. Opisuje ją Aleksander Bocheński, polemizując z poglądami Konopczyńskiego. Pisze on: "Dobro narodu, interes narodu ówczesny i przyszły, dążność do wzniesienia się w hierarchii międzynarodowej, /podkreślenie moje A.U./ ten cel nacjonalizmu nie jest dla Kopczyńskiego jasnym sprawdzianem, według którego osądzać należy naszą politykę wieków ubiegłych. Dla niego ważne jest, czy dane pociągnięcie było "narodowe" czy "nienarodowe", czy było skierowane przeciw obcym czy też nie".
Oceniając stan ducha narodowego tamtej epoki powiada: "Upadek moralny i polityczny narodu był faktem stwierdzonym i dokonanym (...) Współpraca z takim narodem była, więc fikcją, tak jak fikcją była jakakolwiek pozytywna siła narodu. Siłą narodu jest zawsze tylko zdolność wspólnego podporządkowania się jego racji stanu, zdolność poświęcenia doraźnych interesów dla pozyskiwania lepszego miejsca w hierarchii międzynarodowej. Siłę taką może dać patriotyzm, ofiarność, duch poświęcenia. Skoro - obojętne dlaczego - cnoty te zanikną, siłę narodowi może dać tylko i jedynie posłuszeństwo. Można i trzeba było w początkach XVIII wieku pracować nad odrodzeniem ofiarności i oświaty".
Tyle A. Bocheński, a ja przepraszam za zbyt przydługie cytaty, ale nawiązując do ostatniego zdania chciałbym dodać: można i trzeba teraz i to na gwałt trzeba.
Czy inaczej jest dzisiaj?
Powie ktoś, że niepotrzebnie biję na alarm i dobrze, żeby tak było.
A jak historia potoczy się kołem?
Wszak majątek narodowy w zasadzie został już wyprzedany. Banki i prasa także w obcych rękach. Ten czwarty rozbiór Polski wcale nie musi oznaczać najazdu obcych wojsk. On może się odbywać przejmowaniem przez obcokrajowców funkcji i stanowisk w naszym kraju. Zresztą już to ma miejsce. I nie chodzi o to, aby walcząc o "polskość" wzorem bojówek narodowców "bić Żyda", bo to do niczego nie prowadzi.
Chodzi o to, aby wszystkie myślące, patriotyczne siły w naszym kraju podjęły batalię o jedność moralno-polityczną narodu,
o ducha narodowego, o wewnętrzną dyscyplinę. Abyśmy na zewnątrz przestali być odbierani jako nie ucywilizowana, azjatycka dzicz, której przewodzi kilku czy kilkunastu plemiennych watażków, ale jako nowoczesny naród.
Chodzi o to, aby polska polityka zagraniczna przynosiła nam uznanie w świecie, a przede wszystkim wśród ościennych państw.
Chodzi o to, abyśmy będąc w Unii Europejskiej dążyli do jedności i siły tego organizmu, a nie prowadzili rozbijacką robotę.
I żebyśmy stanowili silne ogniwo tej jedności.
Chodzi o to, aby będąc liczebnie największym narodem, /bo z tym potencjałem ekonomicznym to jest różnie/ wśród nowo przyjętych, starali się reprezentować także interesy tych mniejszych, a nie wychodzili z hasłami, od których nawet nasi sąsiedzi się odcinają.
Chodzi, więc o to, jak to w latach osiemdziesiątych śpiewano w prawie sztandarowej piosence ruchu solidarnościowego, aby Polska była Polską, także w Unii Europejskiej.
Piszę o tym wszystkim, bo czuję potrzebę zabrania głosu.
Wołania o naprawę Rzeczypospolitej. Obawiam się jednak, że będzie to "głos wołającego na puszczy", o przepraszam, nie na puszczy, w buszu. W naszym polskim buszu.
Antoni Urbaniec