Wspomnienia o Żydach w Milówce
Gdy sięgam pamięcią do lat dzieciństwa, to zawsze kojarzą mi się one ze sklepami żydowskimi w Milówce, w których co dzień robiliśmy drobne zakupy. Dlatego też pisząc o historii Milówki, nie sposób pominąć Żydów, którzy wycisnęli ślad na jej biografii i wyglądzie. Ich działalność stała się znaczącym składnikiem tak gospodarczego, jak i kulturalnego życia Milówki, bowiem Żydzi w większości jako ludzie wykształceni należeli do trzonu inteligencji milowieckiej już w II połowie XIX wieku, o czym świadczą zapisy w kronice strażackiej.
I tak w protokole z posiedzenia założycielskiego Wydziału Straży Ochotniczej, z dnia 27.08.1889 r. w jej zarządzie widnieją dwa nazwiska miejscowych kupców żydowskich: Zygmunt Silberstein - z-ca naczelnika straży i Samuel Silberstein - skarbnik. Oprócz nich do Wydziału Straży należeli m.in. kupcy: Bernard Geller i Mojżesz Kaufman.
Żydzi zajmowali też eksponowane stanowiska: Clar Salamon i Szteier byli adwokatami, zaś Erna Silberstein była dentystką. Podczas okupacji przez jakiś czas, chcąc się ukryć przed Niemcami, pracowała u volksdeustche’a Kapuły. Dentystą też był jeden z synów Jakuba Grűna, który zginął później podczas okupacji, ale pozostała rodzina zdążyła przeprawić się przez Karpaty na Węgry, a stamtąd do USA. Jeden z ocalałych synów mieszka do dziś na Florydzie, jak nam to powiedział p. Salton, który po wojnie dwukrotnie odwiedził Milówkę.
Ojciec Jakuba prowadził u nas przed wojną sklep tekstylno-odzieżowy. Pamiętam, jak byłam oszołomiona bogatym asortymentem jego towarów, gdy poszłam tam z mamą, która chciała mi kupić płaszczyk. Ponieważ nie miał dla mnie odpowiedniego rozmiaru, więc obiecał, że za dwa dni przywiezie. I słowa dotrzymał.
Wszyscy bardzo szanowali swoich klientów i starali się dogodzić ich gustom. Miał on troje dzieci i wszystkie bardzo dobrze się w szkole uczyły i żyły w zgodzie z innymi dziećmi.
Ogółem w gminie Milówka przed II wojną światową mieszkało ok. 40 rodzin żydowskich tj. ok. 200 osób, z tego najwięcej w Milówce, a po kilka osób w Kamesznicy, Szarem i Nieledwi. Wszyscy byli religijni
i w każdą sobotę, kiedy mieli swoje święto tzw. szabas, odświętnie ubrani - przeważnie w ciemne szaty, szli gromadnie do swojej synagogi, którą nazywano "bożnicą". Była ona murowana i mieściła się w pobliżu mostu na Sole, przy dzisiejszej ulicy Grunwaldzkiej. Mężczyźni przeważnie mieli czarne kapelusze z szerokim rondem, a rabin tj. ich przewodnik duchowy miał chałat. W synagodze był na środku piedestał do czytania zwojów Tory, którą przechowywano w pięknej szafie. Na piętrze synagogi była galeria dla kobiet. W pobliżu rzeki Soły była ubojnia, gdzie Żyd Katz koszernie zabijał bydło i drób.
Głównym zajęciem Żydów był handel, a częściowo też rzemiosło z nim związane. Dlatego też prawie wszystkie sklepy przed wojną był żydowskie. Najbogatszym w całej okolicy był Bernard Geller. Jego obrót miesięczny wynosił ok. 2 mln zł. Prowadził on wielobranżowy handel hurtowy i detaliczny. Jeszcze istnieje wysoki, obszerny i murowany dom, który
w centrum Milówki wybudował, a który służył mu za mieszkanie, obszerny sklep i magazyn. Wielu miejscowych ludzi znajdowało u niego pracę w charakterze służby i ekspedientów, a także furmanów, rozwożących towar po okolicznych wioskach i przywożących go do Milówki. Bogatym Żydem był też Mojżesz Kaufman, prowadzący sklepy gospodarstwa domowego. Wielobranżowe sklepy w Milówce prowadzili także Golberg i Michnik. Zaopatrywali oni w towary także sklepy w Kamesznicy, Istebnej i Koniakowie. (Dziś w budynku Golberga mieści się apteka).
Sklepy spożywcze w Milówce prowadzili Szagryn
i Silberstein, a sklepy galanteryjne Lewi Jukiel i Grűn (Zielony), zaś sklep papierniczy prowadził Tobiasz. Jeden z miejscowych Żydów Zimmerspitz nie tylko prowadził sklep tekstylny, ale w centrum Milówki miał warsztat krawiecki, w którym świadczył ludziom usługi.
Scharpi i Goldman prowadzili piekarnie i sklepy
z pieczywem, zaś Kegel prowadził sklep spożywczy, a Wulkarc obuwniczy. Sztamberger i Schifergreen prowadził masarnię i sklepy mięsne, a spożywcze - Szagryn, Tramer i Sapera.
Na szczególną uwagę zasługują Żydzi, którzy oprócz sklepów prowadzili restauracje zwane wówczas karczmami. W tamtych czasach były one ogniskiem życia społeczno-towarzyskiego. W nich się spotykali przy szynku w niedzielę i święta po mszy gospodarze, aby sobie pogawędzić, czegoś się dowiedzieć czy poradzić. W nich obchodzono często chrzciny lub, nawet wesela, a najczęściej potańcówki, zwłaszcza w długie jesienno-zimowe wieczory. Karczmy te prowadzili Golberg, Faber, Silberstein i Kaufman.
Konkurowali oni między sobą uprzejmością wobec klientów i cenami usług.
Na ogół Żydzi żyli w przyjaźni i zgodzie z miejscową ludnością, starając się dogodzić gustom swych klientów.
Ale po I wojnie światowej w 1918 r. miejscowi chłopi podjudzeni przez Hallerczyków rzucili się do rabowania żydowskich sklepów. Drugi raz w 1939 r. kiedy podburzyli ich endecy, ale zawiadomiona policja przyjechała z Żywca i zaprowadzili porządek, zraniwszy przy tym dwóch agresywnych chłopów, którzy jednak nikogo nie zabili, tylko rabowali żydowskie sklepy, co można usprawiedliwić panującą wówczas biedą i bezrobociem. Potwierdza to Żyd - syn adwokata Bernarda Salamona, który w 1988 r. przyjechał z Ameryki, aby odwiedzić Milówkę, w której się urodził i spędził dzieciństwo i młodość. Powiedział on: Za moich młodych lat nie było antysemityzmu. Wychowałem się tutaj jako młody Polak zgodnie z hasłem - "Jaki znak twój - Orzeł Biały". Sfinansował on renowację dewastowanego przez 49 lat, i opuszczonego cmentarza żydowskiego. Wzruszający jest jego szacunek dla swych przodków oraz pietyzm, z jakim tego dzieła dokonał i zabezpieczył przed dalszym zniszczeniem.
Dwukrotnie tu przyjeżdżał z żoną i córką wspominać ludzi, z którymi spędził młode lata. Widać było, że tam za oceanem serce jego jeszcze biło dla Polski.
Stanisława Białożyt