Nad Sołą i Koszarawą - nr 15 (142) - rok  VII - 1 Sierpnia 2004

  |poprzedni artykuł|  | |spis treści|  | archiwum|   | strona główna|   | następny artykuł|


 
Himalajskie Sanktuarium

Idę przodem, średnim tempem, parę metrów przed Anią. Tak chodziliśmy często, by każdy mógł w drodze kontemplować. Do lodży w Bamboo już blisko, to już ósma godzina marszu. Nagle słyszę krzyk, odwracam się, patrzę, Ania leży na ziemi w błocie, z ogromnym bólem na twarzy, trzymając się za kolano. Podbiegam, by udzielić jakiejś pomocy, lecz nie jestem w stanie. Ania, jako osoba medyczna natychmiast stwierdza, że "poszły więzadła" - kontuzja z lat dziecięcych dała o sobie znać. Nie ma mowy o dalszym samodzielnym marszu. Ania w chwili bólu i rozpaczy mówi: "dalej pójdziesz sam, ja wracam do Kathmandu". Ta wypowiedź dogłębnie, do łez mnie rozrzewniła. Decyzja Ani jest ostateczna, mówi ona: "ja biorę Krisznę, a ty pójdziesz z Tekiem (tragarzem), dacie sobie radę". Dalej nie dyskutuję, Ania zakłada bandaż elastyczny i chce iść dalej, jest to jednak niemożliwe. Zostawiam Anię i idę do lodży po Krisznę i Teka, którzy wcześniej tam doszli. Mówię co się wydarzyło, zrozumieli i natychmiast poszliśmy do Ani. Kriszna i Tek sprowadzają Anię do lodży. Tutaj staram się z tej trudnej i bolesnej sytuacji otrząsnąć, coś zaplanować, co dalej? Kontuzja nie pozwala jednak na dalszy samodzielny marsz. Kriszna mówi o sprowadzeniu konika do transportu Ani, ale stwierdza, że to może drogo kosztować, druga możliwość to zniesienie w koszu przez tragarza, na co Ania się nie chce zgodzić, chociaż przy Jej wadze to dla tragarza żaden problem, a kosze do tego są specjalnie przystosowane. Tak więc Kriszna i Tek postanowili tego dnia jeszcze znieść nasze bagaże do następnej miejscowości i rano wrócić. Następnego dnia stawiają się i oczekują naszej decyzji. Tak jak Ania zaraz po upadku powiedziała, tak dalej to podtrzymuje. Mnie trudno podjąć decyzję o pozostawieniu Ani. Pozostaję jednak jeszcze jeden dzień, próbując udzielić Ani jakiejś pomocy, stosuję bardzo delikatny masaż maścią arkalenową i propolisową, może coś pomoże? Ania nie czekając na rezultaty tego zabiegu decyduje, że zostaje jeszcze parę dni w Bamboo, a ja mam iść dalej. Decyzja ta mnie bardzo wzruszyła, podziwiałem Jej stanowczość i wręcz bohaterstwo. Tak więc Ania w jakiś możliwy sposób ma powrócić do Kathmandu, a ja udaję się w dalszy marsz wokół Annapurny tj. ponad 300 km najwyższymi ścieżkami w tym masywie. To będzie prawie miesiąc z Tekiem porterem-tragarzem, który nie umie czytać ani pisać, a jego język angielski jest na poziomie zero, natomiast przy jego drobnej posturze i niskim wzroście jest jednym z najlepszych porterów i drogę zna doskonale,co gwarantował Kriszna.
Robimy odcinki średnio po 6 godzin dziennie, warunki można rzec dobre, chociaż codziennie pogania nas nadchodzący deszcz, przed którym po prostu uciekamy. Wkrótce czeka mnie kolejne niepowtarzalne przeżycie. To wschód słońca na Dhaulagiri 8.167 m n.p.m., ze słynnego wzgórza widokowego Poon Hill wysokości 3.200 m n.p.m. Wychodzimy z Tekiem jeszcze o zmroku, a na niebie tak blisko cudownie skrzą się gwiazdki wielkie jak talerze, księżyc wprawdzie mamy w pełni, ale jest po przeciwnej stronie Poon Hill. Dochodzimy na szczyt pokonując prawie 500 m przewyższenia. Całe szczęście niebo bez jednej chmurki, rozpoczyna się cudowny, niepowtarzalny spektakl, bo przeżycia niesamowite, to w ogóle jest niemożliwe do opisania. Płonący masywu Dhaulagiri i skrzące granie masywu Annapurny, cienie i blaski, pełna paleta barw, to wszystko wprost szokuje. Tu na ten spektakl przyjeżdżają i przychodzą ludzie z całego świata, to jedno z najbardziej uroczych miejsc na świecie, to uroczysko warte jest poświęcenia wiele trudu, jest bezcenne.
Nasycony pełnią uroku schodzę w głębokiej zadumie. Trochę żal, że to się tak szybko skończyło. Cóż, trudno, będą przecież dalsze przeżycia. Tego dnia dalsza droga jest trudna i uciążliwa. Długi etap, 9 godzin marszu i ponad 2000 metrów stromego zejścia. Tek zaczyna narzekać na kolana, a ja również wiem gdzie je mam, a dodatkowo, kiedyś złamana ręka zaczyna dawać o sobie znać, gdyż jest nie mniej niż nogi dociążona przy pracy z kijkami. Dochodzimy do słynnej Tatopani "Gorąca Woda" i mamy tutaj ciężko zapracowany dzień odpoczynku. Zażywam upragnionej kąpieli w gorących basenikach oraz lodowatych nurtach rzeki Kali Gandaki. Na te drugie namawiają mnie bardzo sympatyczni Australijczycy, a gwarancją bezpieczeństwa jest informacja, że jeden z nich doskonale umie pływać. Trochę zabawne, ale poskutkowało i nie żałowałem, bo przeżycie tej kąpieli było również doskonałe.
Kolejne przeżycie na trasie, to przejście korytem rzeki Kali Gandaki. Drogi są dwie: jedna "Słońca", druga "Wiatru". Tek wybiera drogę "Wiatru". Faktycznie, opisywane wiatry w dolinie rzeki Kali Gandaki są bardzo mocne. Podnoszą piasek, porywają i unoszą kropelki wody z koryta rzeki, a to wszystko osiada na ubraniu i wbija się w twarz i nieosłonięte ubraniem ciało. Ma się wrażenie, że się jest w karawanie na pustyni. Idziemy dalej. Przed nami ciekawa kraina Mustangu z jej surowym krajobrazem. Dochodzimy do Muktinatch, mijając miejscowość Jomsom, znaną i posiadającą lotnisko.
Muktinath położone jest na wysokości 3.800 m n.p.m. i jest najświętszym miejscem w Nepalu, sanktuarium tak dla hinduistów, jak i dla buddystów. Tu w uroczym gaju znajduje się główna świątynia Vishnu Mandir poświęcona Wisznu, w otoczeniu której tryska Święte Źródło ze 108 fontannami. Niedaleko od niej jest świątynia Juwala Mai - Świątynia Cudownego Ognia i tu dotknąłem świętej płonącej wody. Zjawisko polega na tym, że z dna źródła wydobywa się gaz, który na powierzchni wody się pali. To sanktuarium wspominane jest w księdze mitologii hinduistycznej MAHABHARAT już w IV wieku przed naszą erą.
Z Muktinath wspinamy się na słynną przełęcz THORUNG LA 5.416 m n.p.m., to jedna z najwyżej położonych trekkingowych przełęczy w Himalajach. Raki, które nosimy od początku nie są już potrzebne. Trasa jest sucha, bez śniegu, tak więc przejście nie stwarza problemu. Sama przełęcz widokowo trochę mnie rozczarowała, postanowiłem więc wyjść trochę wyżej na położony nad przełęczą szczyt widokowy (5.500 m n.p.m.) i tu było już znacznie lepiej. Powrót na przełęcz i doskonała herbatka Nepali Tea z mleczkiem, podobno najdroższa w Nepalu, za jedyne 70 nepalskich rupii tj. 1 US dol. Po scenie zdjęciowo-filmowej schodzimy dalej. Dochodzimy do uroczego Manang (3.540 m n.p.m.).
Mając do dyspozycji parę dni namawiam Teka na spacer do jeziora Tilicho Lake położonego na wys. 4.920 m n.p.m., czas przejścia 4 dni. Ten spacer to bardzo mocne przeżycie, ścieżka położona pomiędzy życiem a śmiercią, trzymająca w ogromnym napięciu, poprowadzona przez bardzo strome osuwiska piargowe i tylko patrzeć, kiedy się zjedzie w dół 200-300 m, ale jakoś poszło. Przeżycie powstało, bo na jednym osuwisku noga mi ujechała i mogło być różnie, ale refleks zadziałał i padłem na stok, a Tek mnie jak to mówią po żywiecku błyskawicznie "przycapił" dociskając do stoku. Po tym upadku moje kolana natychmiast straciły swoją sprężystość i dostałem w nie tzw. budyniu, tak że do jeziora doszedłem z ogromnym trudem. Tutaj spacer do lodowców i tafli jeziora, wspaniałe uroczysko, chociaż jezioro w większości powierzchni zamarznięte. Tek, jako że jezioro jest ich świętym, odprawia modły i dokonuje obmycia się, ja też obmywam twarz i ręce, które są już zmęczone. W rejonie jeziora żyje sporo zwierzyny, nawet śnieżna pantera, ale ja miałem szczęście zobaczyć tylko sarny. Wracamy do bazy, tutaj nocleg na sali zbiorowej, którą jakiś Anglik skutecznie zasmrodził dezodorantem do stóp. Czas ucieka, mimo że uroki są cudowne, musimy schodzić do Manangu i dalej po 7-9 godzin marszu dziennie. Dolina rzeki Marsyandi równie urocza jak Kali Gandaki i również bardzo wietrzna. W dniu mych urodzin wiatr wiejący doliną przywiał mi pod opiekę dziewczynkę z Singapuru. Biedna, nie była nigdy wcześniej w górach i tutaj na wysokości 3.200 m n.p.m. choroba wysokościowa wykluczyła ją z kontynuowania wyprawy w grupie kilkunastu studentów z Uniwersytetu z Singapuru. Moja medycyna poskutkowała i mogła schodzić. Po drodze spotykamy grupę Polaków z Tych, Katowic i Jeleniej Góry, w towarzystwie których szła sympatyczna Egipcjanka. Wreszcie docieramy po paru dniach do ostatniego etapu trkkingo do Khudi i dalej autobusem do Kathmandu.
Mój spacer po wysokich ścieżkach w Himalajach trwał 32 dni, w tym 158 godzin czystego marszu - tańca po skałkach, piargach, śniegu i lodzie. To ponad 400 km spaceru wśród szczytów najgłębszym kanionem świata mierzącym 7.000 m. Droga licząca ponad milion kroków, z których każdy wymagał koncentracji, gdyż jeden fałszywy krok i może skończyć się przygoda z górami, co jest ogromnie przykre i kłopotliwe, a co spotkało moją partnerkę na tej wyprawie. Ale Ania była do końca bardzo dzielna. Po trudnym powrocie do Kathmandu, mimo tej uciążliwej kontuzji, w oczekiwaniu na mój powrót zdecydowała się na wyjazd dżipowy do Tybetu i tam zwiedziła słynną Lhasę z jej klasztorami i zobaczyła M-t Everest od strony północnej, czego ja z pewnością nie doświadczę, a widok ten jest bardzo ciekawy.
Himalaje jesienią 2002 roku pachniały wanilią, natomiast Himalaje wiosną 2004 r. pachniały różami i jaśminem, bo był to okres ich wzmożonego kwitnienia. Dla mnie góry mają zawsze swój cudowny zapach, bo nawet sam wiatr ma cudowny zapach. Liczyłem jeszcze na urok kwitnących rododendronów, chociaż nie pachną, bo ten rejon obfituje w potężne ich okazy tworząc wspaniałe czarodziejskie uroczyska. Niestety, były one już w większości po przekwitnięciu, a szkoda. Po szczęśliwym powrocie do Kathmandu i spotkaniu z Anią, zwiedzamy to miasto, jak również okoliczny Patan i Bhaktapur z ich cudownymi zabytkami. Dla mnie Himalaje znowu były łaskawe, tak że szczęśliwie wróciłem z pełnym bagażem przeżyć i wrażeń, którymi dzieląc się, życzę ludziom gór również bogatych przeżyć w górach, z których zawsze szczęśliwie wracajcie.

Tekst i foto: Edmund Zaiczek

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.