Himalajskie Sanktuarium
W Himalajach w Nepalu jest urocza grupa gór ANNAPURNA HIMAL, ograniczona od zachodu doliną rzeki Kali Gandaki, a od wschodu doliną rzeki Marsyandi. Jej fascynujący widok z Pokhary skąpany w tafli jeziora Phewa Tal szokuje każdego. W centrum tych gór Sanktuarium Południowe jest narkotykiem dla każdego pasjonata gór. Góry kryją tajemnicę misterium, fascynują, pociągają, a kiedy z nich powracamy, często wyczerpani, z ubytkiem kilku kilogramów wagi ciała, ale z przybytkiem lat na sczerniałej twarzy, a już rodzi się pytanie, czy i kiedy tutaj powrócę? lub gdzie następna wyprawa. Tak już jest, bo kiedy spełni się marzenie, to wtedy zaczyna się rodzić nowe, i tak było właśnie ze mną.
Podczas pierwszej mojej wyprawy w Himalaje w 2002 roku, w rejonie M-t Everestu, która obfitowała w szereg imponujących szczytów jak: Gokyo Ri - 5.483 m n.p.m., Kala Pattar - 5.545 m n.p.m., czy Chukhung - 5.883 m n.p.m. z Kathmandu wyskoczyłem do Pokhary na rekonesans, to tutaj od razu wiedziałem, że następne Himalaje będą właśnie tutaj, doznałem zauroczenia.
Wyprawa roku 2004 to wyprawa marzeń, bardziej widokowo-spacerowa, o ile tak można określić wędrówki po wysokich ścieżkach w Himalajach. Przygotowując się do wyprawy i opracowując jej program brałem również pod uwagę to, że będą w niej uczestniczyć adepci wyższych gór, ale mający na swym koncie "czterotysięczniki". Moja praktyczna wiedza o tym rejonie była bardzo skromna, a spojrzenie z perspektywy kilkudziesięciu kilometrów nie dawało poglądu na trudności czy uciążliwości. Opisy uroków i grozy przedstawione przez Reinholda Messnera, czy Maurice Herzoga, tylko potęgowały moje pożądanie przeżycia przygody w rejonie Annapurny.
M. Herzog - kierownik francuskiej wyprawy i Louis Lachenal - przewodnik, jako pierwsi zdobyli szczyt mierzący ponad 8-tysięcy metrów właśnie Annapurnę 8.091 m n.p.m. Ich dzieło życia jest dziełem wspaniałym, niepowtarzalnym, a dokonali tego dnia 3 czerwca 1950 roku. Był to sukces człowieka tym większy, że w walce o szczyt, o górę, warunki były o wiele trudniejsze niż dzisiaj. Tajemnicza choroba wysokościowa w strefie śmierci była trudna do opanowania, nie znano dziś ogólnie stosowanej metody aklimatyzacji, a wyposażenie było prymitywne i bardzo ciężkie. Ta walka o pierwszy ośmiotysięcznik trwała ponad 50 lat, gdyż pierwszą próbą w 1895 roku była góra Nanga Parbat "Naga Góra" 8.125 m n.p.m., góra zwana przez szerpów "Pożeraczem Ludzi". Walka z tą górą zakończyła się dopiero 3.04.1953r. sukcesem Austriaka Hermana Buhla.
Annapura znaczy "Bogini Żywicielka" jest dziesiątym szczytem Ziemi, a u jej stóp leży kotlina na wysokości 4.200 m n.p.m. nazwana przez pierwszych zdobywców Annapurny "Południowe Sanktuarium Annapurny" - najbardziej zdumiewający - urzekający amfiteatr górski na świecie. Uroczysko - cud natury raczej nie do opisania, któremu dodatkowej pikanterii dodaje aura przynosząca nagłe zmiany pogody ze śnieżycami, zawieruchami na arenie bezmiaru śniegu i lodu.
Pragnę zaznaczyć, że jest jeszcze "Północne Sanktuarium Annapurny", również bardzo ciekawe, ale mniej odwiedzane.
Do tych uroków i przeżyć, przymierzał się zespół, który kompletowałem od 2003 roku, niestety do "finału" dotrwało dwoje, tj. Ania - doktor nauk medycznych z Krakowa, o wspaniałej osobowości
i piszący te słowa Edmund z Żywca. Wyprawa zaprogramowana na 5 tygodni, w ramach której było: Sanktuarium, Jezioro Tilitscho
i trasa wokół Annapurny oraz ewentualnie któryś z sześciotysięczników (Pisang 6.091 m n.p.m., Dhampussh Peak 6.035 m n.p.m., lub Thorrug Peak 6.032 m n.p.m.).
Krótko po Świętach Wielkanocnych, Andrzejek - jeden ze 100% kandydatów do zespołu bierze w Wodzisławiu z Alinką ślub i z tej okazji i w tym miejscu na Ich Nowej Drodze Życia NAJSERDECZNIEJSZE ŻYCZENIA od skromnego zespołu wyprawy. Tak więc życie jest pełne uroku - 100 lat, 100 lat.......
W tydzień po tym akcie następuje wylot na Nepalu - królestwa tak pod względem ustrojowym, jak i KRÓLESTWA GÓR. Los tak chciał, że lecimy wspólnie z Krzysiem Wielickim, który prowadzi wyprawę GOPROWCÓW z Bielska i Żywca w rejon M-t Everestu. Po wylądowaniu i zakwaterowaniu w Kathmandu postanawiamy z Anią natychmiast działać organizacyjnie, a na koniec zostawić zwiedzanie. Udajemy się do biura, z którym ustalamy warunki realizacji wyprawy, właściwie mój program opracowany szczegółowo nawet w rozkładzie dnia i godzin w całości się zgodził, z wyjątkiem kalkulacji wyjścia na upragniony 6-tysięcznik, a koszt na jedną osobę wynosi prawie 1.000 US dol. Tak więc z przyczyn ekonomicznych rezygnacja, chociaż w duchu myślałem, że da się coś zrobić już w trakcie przejścia, ale żaden z przewodników nie podejmie się tego zadania, gdyż grozi to utratą uprawnień.
Już na drugi dzień, następuje przejazd autobusem do Pokhary, prawie 200 km w "tylko" 8 godzin. Zaplanowane wyjście następnego dnia na trasę jest niemożliwe, gdyż cały ruch został sparaliżowany na skutek generalnego strajku. Tak więc jeden dzień mamy na Pokharę, tutaj załatwiamy permit - zezwolenie na wejście, trekking
i eksplorację obszaru chronionego Annapurny.
Pierwszym etapem jest Annapurna Baza Camp w Sanktuarium, do którego dochodzimy w bardzo dobrej formie w cztery dni. Sanktuarium ze swoim otoczeniem - scenerią robi ogromne wrażenie. Sanktuarium - nazwa wzięła się nie z przyczyn tradycji czy religijnych, lecz urzeczeni cudownymi widokami Francuzi, którzy zdobywali Annapurnę tak nazwali to co tam zobaczyli.
Wprawdzie rejon ten jest również sanktuarium religijnym, o czym świadczy tablica informacyjna i stupa (obiekt religijny - sakralny)
i gdzie dla zwierząt jucznych już nie ma dostępu. Tutaj pragnę zaznaczyć, że w rejonie M-t Everestu podstawowym środkiem transportu były jaki, tutaj są koniki górskie. W Bazie typowe kamienne hoteliki jak w całych Himalajach zwane z angielska - lodge (lodże). Kriszna, nasz przewodnik, wybiera jedną z nich, a my natychmiast po posiłku, ogromnie zmęczeni, bo drogę z ostatnich dwóch dni, robimy w jeden dzień, pakujemy się do śpiworów i mumifikujemy się (tak Ania określiła spanie w śpiworze typu mumia). Na drugi dzień po dobrze przespanej nocy, ja jeszcze przed wschodem słońca, udaję się jak wielu innych na spektakl fotograficzny. Sanktuarium to cudowne gniazdko muszelka - kolebka wśród najpiękniejszych szczytów Annapurny Himal, a w promieniach wschodzącego słoneczka to urok niesamowity, wprost nie do opisania. Szczyty płonące to uroczysko czarujące, na wierzchołkach Annapurny I, z jej południową słynną ścianą, Fang, Gangapurny Roc Noir, Annapurny południowej wszystkie powyżej 7 tyś. m n.p.m. i spektakularny szczyt dotychczas niezdobyty - najświętsza góra Nepalczyków o wysokości 6.993 m n.p.m. Machhapuchhare. Widzę, że Ania głęboko kontempluje to pierwsze swoje spotkanie z tak uroczymi Himalajami, więc postanawiam wyjść trochę wyżej na spacer wokół Bazy, oczekując na zachód słońca, przy którym szczyty jeszcze bardziej płoną czerwienią. Tak się jednak nie stało, aura z jakiej słynie to uroczysko potwierdziła się. Początkowo drobny jak mak brodzik zmusza mnie do odwrotu, bo niby niedaleko, ale w trudnych warunkach może być niebezpiecznie. Tak się stało, w chwilę później mamy siarczystą zimę. Mimo, że zima nam się zwaliła Kriszna decyduje, że schodzimy w dół.
Edmund Zaiczek
ciąg dalszy nastąpi