Sezon ogórkowy czyli nabijanie rodaków w butelkę
Jeszcze nie tak dawno okres letniej kanikuły w doniesieniach, najczęściej prasowych, zwano sezonem ogórkowym. W tym czasie był jakby zastój wydarzeń, niewiele się działo w polityce, jeszcze mniej w sporcie, nawet o jakieś morderstwo było trudno. Wtedy też pojawiało się w pewnym szkockim jeziorze coś, co zwano „potworem z Loch Ness", w zdrobnieniu Nessi. Niektórzy widzieli go na własne oczy, były nawet fotografie, jak się później okazywało, fałszywe. Dzisiaj tyle się dzieje, że nikt nie musi się wysługiwać potworem, który zresztą naprawdę nie istnieje. Tak naprawdę to trochę żal, że potwór nie wzbudza zainteresowania. Była to w końcu bujda sympatyczna i nikomu nie przynosiła szkody. Nikt też chyba tak naprawdę w potwora nie wierzył. Dzisiaj wszelkie bujdy i kłamstwa są znacznie bardziej wyrafinowane, podlegają manipulacji, a co gorsza sporo osób jeszcze w nie wierzy. Na początek weźmy katastrofalną sytuację finansową większości polskich rodzin. Ciągnie się ten problem od dawna, nie ma pracy, zakłady są sprzedawane, bądź likwidowane, a najczęściej sprzedawane po to, by je zlikwidować. Miejsc pracy coraz mniej, system podatkowy odstrasza ewentualnych pracodawców, ludzie nie mają co do gara włożyć, słowem mizeria i „kaszana". Dla niewtajemniczonych słowo „kaszana" w młodzieżowej nowomowie znaczy to samo co dawniej „bryndza", czyli bida z nędzą, tudzież beznadzieja, szarzyzna i mizeria powszedniego dnia. Do niedawna w przejściu podziemnym obok dworca PKP w Bielsku widniał niezdarny, ale wymowny napis wykonany sprayem - „kaszana forever". Chyba któryś z młodych gniewnych w ten lapidarny sposób opisał życiową perspektywę własną i swoich rówieśników. Można to bowiem zrozumieć albo jako protest albo rezygnację: „bryndza po wsze czasy". Wróćmy jednak do meritum, jak zwykł mawiać pewien mądry dziennikarz. Trudna sytuacja polskiej rodziny ciągnie
się od dawna, jednak po tzw. transformacji ustrojowej 89 roku przybrała formę dramatyczną. Daleki jestem od chwalenia czasów wszechmocnej i wszechobecnej PZPR. Pewne rzeczy jestem w stanie zrozumieć, ale jak wytłumaczyć człowiekowi, który traci pracę, nowej nie może znaleźć, a ma na wychowaniu kilkoro dzieci, które trzeba wyżywić, ubrać i dobrze byłoby je wykształcić. Dobrze, gdy jeszcze są zdrowe, gdy zachorują to już nie dramat, to tragedia. Tymczasem media karmią nas sukcesami gospodarki, wzrostem produkcji i jakimś procentem PKB, który wciąż rośnie. I ciągle już zaraz ma być lepiej. A tak naprawdę to jest gorzej. Przeszło rok temu nawoływano nas do gremialnego uczestnictwa w referendum akcesyjnym do UE. Każdy mógł się wypowiedzieć czy chce być w Europie (tak jakby żył na Antarktydzie), czy chce brać udział w tym świetlanym przedsięwzięciu, czy też może bliższa mu jest mu sytuacja Białorusi, nie mówiąc o Mongolii. Eurosceptycy potraktowani zostali jako „oszołomy", głusi na historyczną chwilę dziejową, nie czujący pulsu zmian, a poza tym nie ma innej alternatywy, i w ogóle ble, ble, ble... Młodzi będą mieć pracę za granicą, będą się uczyć na Sorbonach, (Mordach, a może nawet Cambridge. W Polsce też będzie lepiej, napłyną unijne pieniądze, będą miejsca pracy. Bądź mądry Polaku, chyba wiadomo co wybrać, nie cofaj kraju do średniowiecza! Poszli, a jak zagłosowali, każdy wie. I teraz tylko czekali na ów wyśniony dzień 1 maja, gdzie nagle miało się wszystko zmienić na lepsze..., a co jest każdy chyba widzi. Już w marcu, kwietniu zaczęto ostrożnie napomykać, że może to i owo nieznacznie zdrożeje, ale nieznacznie, żywność po tych samych cenach bądź taniej, a na pewno potanieją bilety lotnicze. Te tanie bilety pewnie ucieszyły najbardziej. A co po 1 maja; wzrost cen podstawowej żywności - cukier, pieczywo, tłuszcze, wyroby mleczne, mięso i wędliny - średnio i bardzo ostrożnie około 30%. I nie ma co się oszukiwać, będzie dalej wzrastać, aż osiągnie ceny zbliżone do zachodnich. A nasze dochody, nasze pensje czy też ich brak, bo jak bezrobocie było tak dalej jest. Gdzie te wyjazdy do pracy, gdzie lawina unijnych środków. No cóż, jeszcze poczekajmy, pytanie tylko jak długo. Czy okaże się, że zostaliśmy nabici w butelkę przez naszych rządzących i negocjatorów. Czy nie okaże się, że owi referendalni euroentuzjaści to prostu euronaiwniacy. (WOp)
Opozycja w Radzie Miejskiej w Żywcu I w każdą pierwszą środę miesiąca pełnią dyżur radni opozycji Wiesław Setla, Tadeusz Trzop w godz. od 17.00 do 19.00 w budynku przy ul. Powstańców Śląskich 9 w Żywcu.