Nad Sołą i Koszarawą - nr 13 (140) - rok  VII - 1 Lipca 2004

  |poprzedni artykuł|  | |spis treści|  | archiwum|   | strona główna|   | następny artykuł|


 
PROSTO z MOSTU : POWYBORCZE REMINISCENCJE

Pierwsze w tym roku wybory mamy już za sobą. Oczywiście te do europarlamentu. Zaś czy do naszego parlamentu też będą w tym roku to się jeszcze okaże. Nieustępliwość Prezydenta RP w forsowaniu kandydata na premiera pana prof. Belki jest dla mnie dziwna, choć wynik głosowania nad tą kandydaturą będzie już Państwu znany zanim ukaże się nasz dwutygodnik.
Niemniej jednak wybory z 13 czerwca ukazały całą polską degrengoladę polityczną. W poprzednim numerze pisałem o syndromie głupoty politycznej i po 13 czerwca widzę, że temat należy jeszcze przez jakiś czas kontynuować.
Zacznę od frekwencji wyborczej. Granica 20 procent udziału upragnionych do głosowania to i tak szczyt naszych możliwości. Przecież polscy wyborcy do końca nie wiedzieli, o co w tym wszystkim idzie. Media różnej maści częściej informowały o wysokości apanaży europosłów niż roli, jaką mają w tym Parlamencie Europejskim spełniać.
Przykre było jednak to, że niektórzy z kandydatów prezentowani w spotach wyborczych w telewizji sami nie bardzo wiedzieli, jakie zadanie ich czeka w przypadku wygrania wyborów.
Byłem osobiście świadkiem jak jeden z wyborców już w słusznym wieku, przyzwyczajony od wojny do udziału w wyborach (uznawał to jak mi sam powiedział za swój patriotyczny obowiązek) zaczął mnie pytać, na kogo On wreszcie ma zagłosować. "Płachta" wyborcza, czyli lista była tak skonstruowana, że osoba obyta z meandrami polityki, ale mająca kłopoty ze wzrokiem również miała chwilę wahnięć. Reasumując, ludzie czy organy bądź organizacje odpowiedzialne za kampanię wyborczą w prasie, radiu i telewizji kompletnie nie zdali egzaminu. Tu nie tylko chodzi o wybory, ale o cały nasz udział w Unii Europejskiej. Edukacja w tym temacie jest "c.d.d."
Szokiem dla mnie było to, że partie polityczne, które były największym przeciwnikiem wejścia Polski do Unii Europejskiej robiły najwięcej wrzasku wokół swoich kandydatów. I tu nasuwa mi się kolejne pytanie: to o co wreszcie chodzi? Śmiem twierdzić, że tylko o szmal. Jak widziałem w telewizji tych zagorzałych, a w pewnych momentach rozwścieczonych pseudopolityków z Ligi Polskich Rodzin (a propos, ja też tworzę polską rodzinę, choć z tym towarzystwem jest mi wyraźnie nie po drodze) czy też "krawaciarzy" spod znaku Samoobrony, którzy tak dzielnie bronią polskiej ziemi (choć niektórzy sami ją bezprawnie przywłaszczają), to naprawdę nie wiedziałem, o co tu wreszcie chodzi. Teraz już wiem.
Podzielona lewica poczuła smak porażki, zresztą na własne życzenie, zaś odrodziła się Unia Wolności. Wygrana Platformy Obywatelskiej była oczekiwana, a Prawo i Sprawiedliwość utrzymała się w normie.
Rozbawiła mnie do łez wypowiedź jednego z liderów Polskiego Stronnictwa Ludowego, posła Kuźmiuka, który nie bardzo wiedział jak się zachować po wygranej, bo jak sam twierdzi bliższy Mu jest PSL niż Europarlament. I tu już kompletnie zgłupiałem. To, po co panowie z "wierchuszki" PSL - owskiej w ogóle pozwolili sobie umieścić się na listach wyborczych. Chyba, że stało się to bez ich wiedzy. To też jest możliwe, bo w tym kraju już wszystko jest możliwe. I aby skończyć z tym tematem jest jeszcze jedna sprawa. Sprawa udziału senatorów w kampanii wyborczej.
Na wskutek wyjątkowo idiotycznych zapisów w ordynacji wyborczej ewentualna wygrana do Parlamentu Europejskiego zmusza władze do organizowania wyborów do Senatu. A z czym to się wiąże? Oczywiście z ciężkimi nakładami finansowymi na organizację wyborów w okręgach, z których odeszli senatorowie. I tu mam dwie uwagi. Pierwsza to idiotyczny zapis w ordynacji wyborczej nakazujący ogłoszenie wyborów uzupełniających i brzemiennych w skutki finansowe, oczywiście nie dla senatorów "uciekinierów" tylko dla nas podatników, a druga to chyba fakt, że zdawali sobie sprawę z konsekwencji wyboru, czyli mówiąc po zbójecku "olali" swych wyborców z kampanii do parlamentu polskiego. Ale trudno, "psy szczekają, a karawana idzie dalej".

DLA KOGO POGOTOWIE?
Znudzony polityką postanowiłem wrócić na własne podwórko. Troje ludzi z okolic Węgierskiej Górki zwróciło się do mnie, aby nagłośnić, ba, napiętnować postępowanie dyrekcji żywieckiego szpitala w sprawie decyzji o likwidacji stacji pogotowia ratunkowego w Węgierskiej Górce.
W chwili, kiedy piszę ten tekst nie znam do końca ustaleń w tej sprawie, choć już sam zamysł likwidacji tej placówki wydaje mi się wysoce naganny. Argumentacja naszych Czytelników była bardzo prosta.
W rejonie Węgierskiej Górki, a więc w rejonie wybitnie turystycznym, lokalizacja takiej placówki jest niezbędna. Rozumiałbym, gdyby każda z gmin w naszym rejonie chciała mieć swój szpital, że to "drobna" przesada, ale stacja pogotowia ratunkowego to chyba nie przesadny luksus.
Przecież od szybkości przyjazdu do szpitala zależy często ludzkie życie. Ale przecież, do jasnej cholery, nie możemy już całkowicie być pozbawieni nie tylko opieki lekarskiej, ale przede wszystkim pierwszej pomocy, jak wspomniałem wcześniej często decydującej o życiu człowieka. Wiem, co mogę usłyszeć od ewentualnych adwersarzy. Brakuje środków finansowych. To prawda, ale przecież wszyscy zatrudnieni czy też renciści i emeryci płacą podatki. Nie mogę zrozumieć, że nikt jeszcze nie znalazł panaceum na bolączkę służby zdrowia, którą zżera rak finansowy.
Już paru ministrów "przewiozło" się na służbie zdrowia, jedni wylecieli za głupotę inni za próby korupcji, a jeszcze inni po prostu do tego się nie nadawali. Jak słyszę o braku pieniędzy w służbie zdrowia to szlag mnie trafia, jak czytam o tysiącach urzędników najpierw Kas Chorych, a teraz scentralizowanym Narodowym Funduszu Zdrowia, którzy zarabiają ciężkie pieniądze przeznaczone właśnie dla pacjentów. To jest tak, jakby pożerali samych siebie. I dlatego, że znałem sprawę tylko z jednej strony, zmieniłem zdanie czytając artykuł w Trybunie Śląskiej pióra Mariusza Hujdusa, który stawia trochę "pod ścianę" Dyrekcję Szpitala Powiatowego i przedstawicieli Zarządu Powiatu. Jeśli to jest prawda, czyli kłamstwo, to źle panowie się bawicie.
A już argumentacja dyrektor Stanisławy Żyrek (skądinąd bardzo sympatycznej pani) trochę, a właściwie kompletnie mnie załamała.
Do sprawy powrócę (albo i nie, jeśli będzie pozytywnie załatwiona) w jednym z najbliższych numerów.

P.S. W poprzednim numerze panowie Władysław Setla i Tadeusz Trzop w swoim stałym felietonie "Rozwój miasta - widziane z drugiej strony" zajęli się tematem przyszłych zamiarów reorganizacji instytucji kultury w mieście. Jako że temat jest mi bliski chętnie przeczytam uwagi Czytelników w tej sprawie, oczywiście gwarantując dziennikarską dyskrecję.

 

Kazimierz Semik

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.