Nad Sołą i Koszarawą - nr 9 (136) - rok  VII - 1 Maj 2004

  |poprzedni artykuł|  | |spis treści|  | archiwum|   | strona główna|   | następny artykuł|


 
A jednak mi żal

Polityka to gra bezwzględna, nie znająca litości. Momentami odnosi się wrażenie, że politycy są ludźmi pozbawionymi jakichkolwiek zasad, skrupułów, czy wyrzutów sumienia?

Brzmi to jak truizm, ale od niepamiętnych czasów politykę zwykło się nazywać największą „k....”. Jednak to, co ostatnimi laty obserwujemy na naszej scenie politycznej przywołuje potrzebę wołania o nowego Piotra Skargę, księdza, który w Kazaniach sejmowych i wzywaniu do pokuty, nawoływał do opamiętania się i naprawy Rzeczypospolitej. Mówił on m.in: Żaden zaś czas i miejsce jawnych i wielkich wszytkiej Korony grzechów i ślepoty, która z nich wychodzi, nie ukazuje, jako sejmy. Patrzmy jakie w nich zaćmienie rozumów”.

Jakże to brzmi współcześnie. Ale czy tylko Sejmu dotyczy???

Oto na naszych oczach zamierza się wyróżniać człowieka, który kierując Rządem RP poprzedniej kadencji omal nie doprowadził kraju do ruiny, postanawia się - jakby w ramach rehabilitacji - umieścić jako pierwszego na liście kandydatów na posłów do parlamentu Unii Europejskiej z okręgu śląskiego.

Oto w momencie naszego przystępowania do Unii Europejskiej, kiedy należałoby zewrzeć szeregi i starać się „dopiąć wszystko na ostatni guzik”. Dołożyć wysiłku, abyśmy w sposób godny wkroczyli w nową rodzinę narodów, doprowadzamy w kraju do oględnie mówiąc niepoważnych rozliczeń. Do wręcz skandalicznych zachowań wielu polityków, tak po lewej / gore mi!!! /, jak i prawej stronie politycznej sceny. Jakbyśmy z tym wszystkim miesiąc dwa nie potrafili wytrzymać. A wszystkiemu towarzyszy jeden „bojowy okrzyk”.

Hura-a-a na Millera!!!

Depcze się i niszczy człowieka, który przejmując „gospodarstwo państwowe” i jego finanse w stanie tragicznym postawił sobie za cel, aby go ratować, podtrzymać i nie dać mu zmarnieć.

Nie mam absolutnie zamiaru stawać w obronie Leszka Millera i wybielać go czy wychwalać. Jako polityk wiedział, jaki ciężar bierze na swoje barki i jakie mogą być tego następstwa. Powinien był, więc wkalkulować i taki finał zakończenia swojej działalności.

Finał, do którego przyczynił się, również swoimi – nie zawsze trafnymi – czasem arbitralnymi i zaskakującymi decyzjami, a także pewnym kunktatorstwem w działaniu i wyprzedawaniem haseł, wokół których, niczym wokół bojowych chorągwi gromadzili się wspierający go ludzie. Postępowaniem, które w wielu wypadkach skłaniało do zastanowienia, czy aby nie zatracił instynktu samozachowawczego.

Ale czy tylko on ponosi winę za zaistniałą sytuację? Czy wielu polityków – także obozu lewicy - nie zatraciło aby instynktu narodowego??? Bo przecież nie śmiem ich posądzać o to, aby - porobiwszy polityczne, czy biznesowe kariery - bardziej czuli się Europejczykami, niż Polakami?

Ten karkołomny slalom, który rozpoczął Rząd kierowany przez Leszka Millera, podyktowany był przecież potrzebą obrony narodowego interesu. Prowadził on, już od startu, pomiędzy niezwykle trudnymi do pokonania „bramkami” układów, interesów i interesików.

Czy, aby w czasie jego pokonywania nie dochodziło do posunięć dalekich od gry fair pley?

Do mnożenia przeszkód, zaskakiwania „innym ustawieniem bramek” i to nie tylko przez opozycję, ale także przez chciałoby się powiedzieć „partyjnych kolegów”, tych, na których liczył, od których oczekiwał wsparcia?

Żal mi Leszka Millera, bo mimo niezwykle złożonej sytuacji, w jakiej przyszło mu kierować rządem i odpowiadać za losy narodu, próbował wyprowadzić ten kraj na prostą. Społeczeństwo może bezpośrednio efektów tych działań nie odczuwało, a jednak...

Rząd pod jego kierownictwem zapobiegł katastrofie finansowej państwa. A co szczególnie ważne doprowadził do wzrostu gospodarczego kraju. Wzrostu, który swoją – bardzo wysoką stopą w ostatnich miesiącach zaskoczył wszystkich. Oczywiście może to być przypadkowy, jednorazowy wystrzał, a może... Może faktycznie rok ten przyniesie zapowiadany 5% wzrost. Krytycy próbują negować zasługi rządu w tych dokonaniach, bo... Przecież oni w tym nie mają udziału. Ba... Gdyby to miało miejsce za czasów sprawowania przez nich rządów, to taki sukces głosiłyby wszystkie „trąby jerychońskie”.

Rząd ten 1 maja 2004 r. wprowadza Polskę do Unii Europejskiej. O ironio losu!!!

Leszek Miller – sternik nawy państwowej, pod którego „batutą” dokonały się te pozytywne zmiany, 2 maja 2004 r. odchodzi. Odchodzi, bo to „przyjaciele” z jego własnego ugrupowania wymusili na nim tą rezygnację.

Czyżby exoecavit eos malitia eorum1/, tak, że aż na rokosz się porwali? Czy nie mogli poczekać do najbliższych wyborów, albo przynajmniej do zamknięcia procesów związanych z przystąpieniem do Unii Europejskiej?

Czy musimy z takim „biletem wizytowym meldować się” się na europejskim forum?

Staram się wiele rozumieć i nie lekceważę trudnej sytuacji w jakiej znalazła się lewica. Obym się jednak mylił, ale przypuszczony przez opozycję atak, na Leszka Millera, to przecież atak nie tylko na premiera, ale atak na Rząd, atak na ugrupowanie polityczne, które go wyłoniło. Nie wiem czy to na dobre wyjdzie lewicy, że uległa, bardziej lub mniej trafnym sondażom, mówiącym o spadających notowaniach i zamiast się scementować panicznie zaczęła szukać różnych rozwiązań.

Czy rozbita lewica potrafi wykrzesać z siebie ducha ideowości i zaangażowania, skoro zjednoczonej to się nie udało? Skoro nie potrafiła skupić wokół siebie ideologów, którzy mimo dzisiejszych kłopotów potrafiliby tchnąć w naród ducha optymizmu, ukazując mu sensowną przyszłość?

Żal mi Leszka Millera – nie tylko jako premiera, ale zwyczajnie jako człowieka, który po wprowadzeniu Polski do Unii Europejskiej, a więc po dokonaniu dzieła o ogromnym, dalekosiężnym, historycznym znaczeniu polegnie „na polu chwały”.

Żal mi nie tylko Leszka Millera. Żal mi także, a może przede wszystkim narodu, który udzielając lewicy poparcia w wyborach liczył, że potrafi ona zapewnić w kraju spokój i ład, a jemu w miarę stabilny rozwój.

Teraz kiedy także na lewicy nastąpił rozłam, różne konstelacje polityczne będą próbować rozgrywać swoje cele i interesy, a o przyszłości narodu nie będzie miał kto myśleć. Nie trzeba być wcale wielkim politykiem aby to zrozumieć.
Powiadają: „Historia kołem się toczy”. Zaistniała sytuacja kojarzy mi się z innym historycznym wydarzeniem, jakie miało miejsce w Warszawie ponad 33 lata temu.

W dniu 7 grudnia 1970 r. w obecności Władysława Gomułki doszło do podpisania Układu o podstawach normalizacji stosunków między Polską Rzeczpospolitą Ludową a Republiką Federalną Niemiec. W dwa tygodnie po jego podpisaniu Władysław Gomułka zrezygnował z funkcji I sekretarza KC PZPR. Wydarzenia, jakie tej rezygnacji towarzyszyły spowodowały, że społeczeństwo polskie przyjęło ją z wyrazem ulgi.

Czyżby i tym razem, rezygnacja Leszka Millera miała zostać przyjęta „z wyrazem ulgi”? Może?

Obawiam się jednak, że sytuacja z lat 70 -tych już się nie powtórzy, a na poprawę poziomu życia narodu przyjdzie nam pracować ciężko i długo, bo Wielka Europejska Rodzina Narodów – rodziną, ale nawet w najlepszej rodzinie są umizgi i zabiegi o względy, a konkurentów nigdzie i nigdy nie brakuje.

 

Antoni Urbaniec
1/ Zaślepiła ich złość ich.

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.