Nad Sołą i Koszarawą - nr 5 (132) - rok  VII - 1 Marzec 2004

 |poprzedni artykuł|  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 
PIENIĄDZE TO NIE WSZYSTKO.

- Czujesz się pieszczochem losu?
- Trochę tak, bo gdy pięć lat temu zastanawiałem się nad tym, co będę robił w wieku 24 lat, nawet nie przypuszczałem, że będzie aż tak fajnie.
- A co to znaczy fajnie?
- Analizując wszystko, co się wydarzyło w moim życiu przez ostatnie kilka lat, mogę śmiało powiedzieć, że podoba mi się to, co robię.
- Nazwałbyś siebie zwierzęciem telewizyjnym?
- W pewnym sensie tak. Myślę, że telewizja jest moim przeznaczeniem, miejscem, gdzie oddycham swobodnie, dobrze się czuję, po prostu żyję. Ale takie odczucie przyszło z czasem, bo przecież nikt się nie rodzi zwierzęciem telewizyjnym. Przyznam się nawet, że na początku mojej pracy na ekranie byłem nieco nieśmiały. Teraz potrafię się otworzyć, być sobą i nie ma żadnej różnicy między tym, jak zachowuję się w pracy, a tym, jaki jestem w domu czy na ulicy. Myślę, że to dobra droga i ludzie to kupią.
- Czyli zamierzasz się sprzedać...
- Właśnie na tym polega moja praca. Obnażam się na antenie, podczas wywiadów, itp. - nie jest to nic innego jak sprzedawanie samego siebie, sprzedawanie swojego charakteru, osobowości. Ale, żeby nie było wątpliwości, nie cierpię z tego powodu.
- A co nie jest na sprzedaż?
- No, może nie paliłbym się do publicznego rozbierania...
- Jak na 24-latka, sporo już osiągnąłeś: praca w radiu, w TVN 24, obecnie w telewizyjnej „Dwójce”. Jak Ci się to udało?
- Wbrew pozorom, duży wpływ na rozwój mojej pracy miał przypadek. Po pierwszym roku studiów dziennikarskich miałem przed sobą trzy miesiące wakacji i żadnych perspektyw urlopowych ani tym bardziej funduszy na nie. Dowiedziałem się, że radiowa „Trójka” szuka praktykantów i w ten sposób, mając niespełna 20 lat, tam trafiłem. Zabawne, bo w tamtym czasie nawet nie słuchałem radia, zacząłem dopiero w chwili, gdy kupiłem samochód. Myślę, że to, iż dziś robię to, co robię, to nic nadzwyczajnego - to chyba normalne, że ludzie, którzy są ponad cztery lata na rynku, zaczynają pojawiać się coraz częściej i powoli realizować swoje zamierzenia. 
- Twoje nazwisko nie jest jednak przypadkiem...
- No tak, rzeczywiście, wszyscy wiedzą, że jestem synem Kaśki Dowbor. Ten fakt zdeterminował poniekąd mój wybór zawodu. W końcu wychowywałem się w tym środowisku, poznałem je na tyle, by wiedzieć, czy mi się ono podoba, czy też nie. Muszę jednak przyznać, że nie myślałem wcześniej o pracy w telewizji. Po maturze poszedłem na AWF i dopiero po pewnym czasie zorientowałem się, że to pomyłka. Dotarło do mnie, że tak naprawdę kręci mnie praca w mediach. A wracając do mojego nazwiska... Gdy pojawiłem się w „Trójce”, dość długo starałem się ukryć to, że jestem synem Kaśki. Tak naprawdę z czasem moje nazwisko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, bo sam musiałem wykazać się tym, co umiem. Każdy pracuje na własny rachunek, a znane nazwisko początkowo może to ułatwić, ale wcale nie musi.
- Zwracasz się do swojej mamy per „Kaśka”?
- To zależy. Gdy mam jakiś interes, mówię do niej mamo. 
- Dlaczego właściwie odszedłeś z TVN 24? 
- Zawsze chciałem pracować w telewizji publicznej. Poza tym w TVN-ie pracowałem w newsach, zajmowałem się serwisem sportowym i nie było to do końca to, o co mi chodziło. Wolałem pójść w kierunku rozrywki, show, wydarzeń, czyli wszystkiego, czym żyją i emocjonują się ludzie. Nadeszła propozycja z „Dwójki” i skorzystałem z niej. 
- Nigdy nie żałowałeś, że porzuciłeś dla niej pracę w stacji komercyjnej?
- Wątpliwości miałem na samym początku, tym bardziej że w TVN-ie miałem już kontrakt i w miarę stabilną pracę. Dziś nie wyobrażam sobie pracy gdzie indziej, jak tylko w telewizji publicznej. Oczywiście, jak w każdej firmie, jest lepiej i gorzej, ale jeśli chodzi o zasięg, możliwości oraz perspektywy rozwoju, TVP nie ma sobie równych. Mam nadzieję, że prędzej czy później będę miał okazję poprowadzenia własnego programu. 
- Podobno jako dziecko byłeś niski, gruby i z całą masą kompleksów...
- W wieku 15 lat miałem zaledwie 158 cm wzrostu. Czy można sobie wyobrazić większy dramat dla chłopaka, który idzie do liceum, gdzie faceci się już golą, są twardzielami i mają bicepsy? Wtedy taki mały chłopak jak ja, wydawał się po prostu dzieckiem. Wyglądałem na młodszego od nich o trzy, cztery lata, więc miałem powód do frustracji. Pewne kompleksy pozostały, ale teraz bardziej martwię się tym, czy na przykład nie zaczną mi nagle wypadać włosy... Nie chciałbym też przytyć, bo pamiętam, jak mi było z tym źle, gdy byłem nastolatkiem. 
- Czy Twoja mama chodziła na wywiadówki?
- W okresie szkolnym mieszkałem z nią jakieś siedem lat. Nie chodziła na wywiadówki, bo po prostu nie miała na to czasu. Poza tym uważała, że jestem na tyle odpowiedzialny, że skończę liceum bez konieczności trzymania mnie na krótkiej smyczy. Do trzeciej klasy liceum byłem raczej marnym uczniem z regularnymi zagrożeniami na koniec każdego semestru, ale na szczęście już wtedy kontrolowałem moje obijanie się. 
- Masz poczucie tego, że jesteś skazany na sukces?
- Nie ma takich ludzi, przekonuję się o tym na każdym kroku. Przede mną jeszcze bardzo dużo pracy, walki i przekonywania ludzi do siebie. Jeżeli nie popełnię żadnego błędu, udowodnię, że jestem dobry w tym, co robię, dopiero wtedy powiem, że osiągnąłem sukces. Na razie jestem na drodze, która nie jest zła.
- Miałeś okazję pracować ze swoją mamą?
- Tak, kilkakrotnie w telewizji i na estradzie. Ale było to trudne zarówno dla mnie, jak i dla niej. Zgodnie stwierdziliśmy, że na razie ta recepta się nie sprawdza, może w przyszłości? Zresztą teraz zależy mi przede wszystkim na tym, by wyrobić sobie własną markę. To dlatego wcześniej zbierałem doświadczenie w radiu, potem w TVN 24. W tej chwili pracujemy dla tej samej stacji, ale unikamy wspólnych przedsięwzięć. 
- Kto jest Twoim guru w życiu zawodowym?
- Gdy pracowałem w newsach, takim guru był dla mnie z pewnością Tomek Lis. Natomiast teraz nie ma jednej konkretnej osoby, którą bym tak nazwał. Podoba mi się droga Piotrka Kraśko, który wyszedł od prezentera, a obecnie zajmuje się także poważnymi tematami publicystycznymi. Podziwiam też Grażynę Torbicką. W ogóle cieszę się, że mam możliwość uczyć się od wielu starszych kolegów. 
- Czy masz jakieś nałogi?
- Uwielbiam słodycze, ale czy to jest nałóg? Nie palę, alkohol piję z głową. Myślę, że jestem odporny na wszelkie niebezpieczne pokusy.
- Jaki jest Twój stosunek do pieniędzy?
- Pamiętam, że kiedyś w rozmowie z kolegą wydarłem się na całe gardło: pieniądze to nie wszystko! Jakaś starsza kobieta, która nas właśnie mijała, zatrzymała się i spojrzała na mnie z politowaniem: jesteś bardzo młodym człowiekiem, zobaczysz, że życie zweryfikuje jeszcze Twoje poglądy. Coś w tym jest. Na pewno nie pracuję teraz wyłącznie dla pieniędzy, przynajmniej w telewizji, którą traktuję jako miejsce realizacji moich marzeń, planów, pomysłów. Często prowadzę różne imprezy, ale też nie mogę powiedzieć, że robię to wyłącznie dla kasy. Zarabianie nie jest dla mnie celem samym w sobie, dużo ważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa, jakie dają pieniądze. Mam swoje potrzeby i cieszę się, że mogę je bezboleśnie zaspokoić.

Rozmawiała: Aleksandra Sochoń

 

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.