Z autorem książki "Harnas" -
Bronisławem Sroką.
rozmawia Antoni Urbaniec
Panie Bronisławie chciałem Panu raz jeszcze serdecznie
pogratulować ukazania się tej ciekawej książki. Jest ona niewątpliwie
ewenementem wśród wydawnictw, traktujących o Żywiecczyźnie.
Ewenementem tym większym, że napisana została przez beskidzkiego górala,
którego profesja daleka jest od literackiego warsztatu. Kiedy wpadł
Pan na pomysł napisania tej książki? Pomysł napisania tej książki
zrodził się w mojej głowie dawno. Jeszcze w latach 60-tych ubiegłego
wieku, kiedy to po raz pierwszy zetknąłem się z Dziejopisem żywieckim.
Wypożyczyłem wówczas z Muzeum w Żywcu przedwojenne wydanie "Dziejopisu"
w opracowaniu prof. Szczotki i w nim natknąłem się na opis końcówki
żywota zbójnika z Gilowic - Malchera Talika. Wzmiankę na ten temat
spotkałem także w "Księdze spraw złoczyńców miasta Żywca".
Czy tylko na tych materiałach Pan bazował? Te materiały były
impulsem. One mnie zafrapowały i rozbudziły moją wyobraźnię. Zacząłem
poszukiwać innych informacji o tym okresie, ale były one bardzo
skromne. Dopiero później Franciszek Lenczowski, Zofia Rączka i inni
rozpoczęli publikację różnych opracowań przytaczając w nich
pewne dokumenty, które zaczęły wzbogacać moją wiedzę. Gros
materiałów zebrałem jednak sam, kiedy poszukiwałem materiałów do
opracowywanej przez nas Monografii Gilowic. Wówczas to spędziłem
kilkadziesiąt dni w Bibliotece Jagiellońskiej i wertując różne
księgi i książki,- tak na ślepo -, co wyglądało na przysłowiowe
poszukiwanie igły w stogu siana, bo nie wiedziałem ani do jakich
publikacji się odnosić, ani gdzie je znaleźć, powoli zaczynałem
poruszać się w materii przedmiotu. Pewną wskazówką była dla mnie
książka Józefa Aleksandra Putka - Miłościwe pany i krąbrne chłopy
poddane - W książce tej, w kilkunastu miejscach wymienia się
Gilowice. Przypisy zamieszczone w tej książce pozwoliły mi na
uchwycenie pewnego tropu. W Bibliotece Jagiellońskiej natknąłem się
na kilkadziesiąt pozycji, które przybliżyły mi stosunki panujące
pomiędzy dworem, a poddanymi, Kościołem a ludnością pod koniec
XVII w. Niektóre obyczaje, zwyczaje, a także pewne historyczne
postacie. Jaką część książki stanowią fakty historyczne, a jaka
jest autorską fikcją? Można by to podzielić mniej więcej po połowie.
Główny bohater książki - Malcher Talik, zbójnik jest postacią
autentyczną. M.in. w "Dziejopisie" opisany jest sposób
wykonania wyroku na nim przez kata. Warto w tym miejscu - jako
ciekawostkę - powiedzieć, że jakkolwiek w Żywcu bardzo często
wykonywano karę śmierci, Żywiec nigdy nie miał własnego kata.
Zawsze korzystał z kata cieszyńskiego, oświęcimskiego, albo pszczyńskiego.
Podobnie postaciami historycznymi są właściciele dóbr ślemieńskich,
księża - wśród nich pierwszy ksiądz w Ślemieniu - Jędrzej Kościelecki,
podstarości ślemieński, burgrabia krakowski, czy niektórzy
luminarze żywieccy. Prawdziwe są także niektóre inne osoby - w tym
karbowy Cyrnal oraz zdarzenia, ale czasami przesunięte zostały one w
czasie, czy przestrzeni, tzn. miały miejsce w innych rejonach Żywiecczyzny.
Do paru autentycznych zaliczyć można zwyczaje pasterskie, obyczaje
pogrzebowe, opisy odpustów, chrztów, jarmarku. W sumie jednak trzeba
stwierdzić, że dokumentacja dotycząca Ślemienia, Gilowic i
okolicznych wsi w tamtych czasach jest bardzo uboga, gdyż Wielopolscy
sprzedając ślemieńskie włości Władysławowi Branickiemu, wywieźli
dokumenty do Pieskowej Skały. W Pieskowej Skale część dokumentów
w czasie pożaru uległa zniszczeniu, część została wywieziona -
nawet przez króla - Jana Kazimierza do Paryża i bywa, że czasami w
Paryżu spotyka się białe kruki, których w Polsce nie ma. Podobają
mi się ciekawe dialogi - prowadzone w książce góralską gwarą,
ale - jak Pan uważa, czy po tą książkę chętnie będą sięgać
przedstawiciele młodego pokolenia beskidzkich górali, bądź ludzi z
nizin - przezywani złośliwie ceprami. Wszak stanowić ona będzie
dla nich pewną "barierę językową"? W dialogach celowo i
świadomie używałem gwary, a właściwie jednego z odcieni
beskidzkiej gwary, aby uchronić ją od zapomnienia, pokazać piękno
i bogactwo gwarowego języka, a zarazem zaprotestować przeciwko
"udziwnianiu" jego pisowni. Nie kryję, że to mnie
denerwuje. Jestem pod wrażeniem wielkiej kariery artystycznej Golec
uOrkiestry, podziwiam ten zespół i cieszę się, że rozsławia
nasze strony w świecie. Ale dlaczego nie pisze się po prostu Golec
Łorkiestra, tylko Golec uOrkiestra. Domyślam się, że jest to wymysł
uczonych w piśmie, ale, po co. Cepry czytać to będą jako Uo, ba
nawet młodsze pokolenie górali też to tak może odczytywać. Gwara
góralska bardzo często używała przedrostka "Ł' np. łociec,
łodyjdź, łostońcie itd., i tak powinno zostać. Podzielam ten pogląd,
ale co z jej rozumieniem przez młodzież. Niewątpliwie młodzież może
mieć pewne trudności ze zrozumieniem dialogów, ale przecież my
ludzie starszego pokolenia, a także wychowawcy młodszego -
nauczyciele, powinniśmy być zainteresowani tym, aby nasza gwara nie
zaginęła. Dbają bardzo o swoją gwarę Podhalanie, Ślązacy,
zaczynają ja pielęgnować Kaszubi, czy my jesteśmy gorsi? Gwary nie
mamy się co wstydzić, tym bardziej, że cieszy się ona dużym
zainteresowaniem i uznaniem, na przykład w czasie występów naszych
gawędziarzy i to szeroko w Polsce. Na poparcie tej drugiej tezy sam mógłbym
coś powiedzieć, jako, że kiedy gościliśmy u nas dziennikarzy z całej
Polski w ramach Stowarzyszenia Polskich Mediów, to dopraszali się,
abym im umożliwił nabycie mojego wydania "Pogodki łod Bieskida"
i mobilizowali do ich opowiadania. Ale wróćmy do
"Harnasia". Gdzie można nabyć tą książkę i w jakiej
cenie? Książkę można nabyć w Towarzystwie Miłośników Ziemi Żywieckiej,
w księgarni na ul. Kościuszki. Ponadto sama drukarnia rozprowadza
książkę w Polsce. Cena książki 20 zł. Dziękuję za rozmowę.
Poniżej zamieszczamy urywek książki "Harnaś", z
rozdziału "Odwet". - Podsta...rości!!! - Majcherek wstał
ze żłobu, patrząc na zbliżającego się Komeckiego, jakby diabła
zobaczył. - To un je podstarości? zadał pytanie nie wiadomo komu.
Pochopień proszony przez Macieja, zadbał o to, by przy Majcherku nie
posługiwano się tym słowem, ale zapomniał ostrzec o tym Ziobrę.
Tymczasem Komecki z batogiem pod pachą, naciągając rękawice do
konnej jazdy, zbliżał się ku stajniom. Chłopcu wypadła z rąk
uzda z wrażenia jakiego doznał słysząc słowo podstarości, stał
i patrzył wytężonym wzrokiem na tę niepozorną postać w
rajtarskim kolecie i wysokich szwedzkich butach. Lubował się w tym
stroju. Nie uszedł też uwagi Komeckiego chłopak stojący jak słup
soli z wybałuszonymi na niego oczami, ale nie zaszczycił go
wzrokiem. - Konia! - zawołał, myśląc widocznie, że to stajenny.
Ziobro podniósł się z siedzenia, nieco zdziwiony zachowaniem chłopca,
ale wziął laskę w rękę i oddalił się dając znać, że rozkaz
nie jego dotyczy. Majcherek ani drgnął, patrzył jeno na zbliżającego
się z coraz większym napięciem. Usłyszawszy o podstarościm w chłopcu
krew zamarła, paraliżując go niemal. Poraziło mu umysł, przywołując
nagle ponure wspomnienia sprzed lat, które teraz zobaczył wyraziście
w swojej wyobraźni. Komecki zdziwiony, że sługa nie spełnia
natychmiast jego rozkazu, obrzucił go wzgardliwym spojrzeniem i ryknął:
- Konia! ! ! Powiedziałem! I stała się rzecz niesłychana. Stajenny
nie posłuchał ponowionego rozkazu pana, który nader rzadko był
drugi raz powtarzany. Podstarości wyszarpnął bicz spod pachy i z
zamachem sieknął nim stojącego chłopaka. Majcherka cios ocucił
momentalnie. Gdy ten zamachnął się po raz drugi, nie cofnął się.
Wyciągniętą ręką w locie złapał rzemień, nim ten zdążył
uderzyć go w plecy, szarpnął, choć poczuł w dłoniach piekący ból,
błyskawicznie ujął biczysko wyrwane z dłoni napastnika i nie namyślając
się ani chwili, począł zawzięcie okładać nim znienawidzonego
panka. Ten całkiem zbaraniał. Nim zrozumiał co się dzieje, już
otrzymał kilka potężnych razów. Zawył z wściekłości i bólu.
Łapiąc się za głowę by osłonić twarz już pooraną twardym
rzemieniem, padł na kolana rycząc jak zarzynany zwierz. Majcherek zaś
ciął raz za razem, jak chłop narowistego konia. Komecki już nie
ryczał, ale wył z bólu, łapiąc się rękami za obolałe miejsca
to tu, to tam. Z jękiem zwalił się potem na bok i skulony jęczał
jak potępieniec, a bat siekł go nadal bez miłosierdzia. Podwórze
obok stajni nagle opustoszało. Ktokolwiek tylko znalazł się w pobliżu
chował się natychmiast w najdalszy kąt, nie chcąc być świadkiem
upokorzenia pana. Co ciekawsi, szparami jeno zaglądali, co się będzie
dalej działo. Majcherek zdyszany z wściekłości, zapamiętał się,
nie bacząc na ból jaki mu zadał bicz podstarościego. Wtem poczuł
straszliwe uderzenie w ramię. Ręka opadła mu zdrętwiała, spojrzał
kątem oka za siebie, dostrzegając rudy łeb Anzelma, szykującego się
do drugiego ciosu. Na odlew sieknął batem w tył i szarpnął, ale
bat ugrzązł. Usłyszał tylko za sobą piekielny ryk bólu. Tuż
obok niego prasnął na ziemię drąg, nie czyniąc mu szkody. Rzucił
bat i biegiem ruszył ku lamusowi. Gdy przebiegał mimo drzwi, ktoś złapał
go za rękę, wciągnął do środka i zawarł z trzaskiem drzwi.
Wincenty aż trząsł się z podniecenia. Łukasz siedział na zydlu,
a oczy jego błyszczały chyba tylko tak, jak ongiś w wirze zaciętej
walki.