Nad Sołą i Koszarawą - nr 4 (131) - rok  VII - 15 Luty 2004

 |poprzedni artykuł|  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 
Z autorem książki "Harnas" - Bronisławem Sroką.  
rozmawia Antoni Urbaniec

Panie Bronisławie chciałem Panu raz jeszcze serdecznie pogratulować ukazania się tej ciekawej książki. Jest ona niewątpliwie ewenementem wśród wydawnictw, traktujących o Żywiecczyźnie. Ewenementem tym większym, że napisana została przez beskidzkiego górala, którego profesja daleka jest od literackiego warsztatu. Kiedy wpadł Pan na pomysł napisania tej książki? Pomysł napisania tej książki zrodził się w mojej głowie dawno. Jeszcze w latach 60-tych ubiegłego wieku, kiedy to po raz pierwszy zetknąłem się z Dziejopisem żywieckim. Wypożyczyłem wówczas z Muzeum w Żywcu przedwojenne wydanie "Dziejopisu" w opracowaniu prof. Szczotki i w nim natknąłem się na opis końcówki żywota zbójnika z Gilowic - Malchera Talika. Wzmiankę na ten temat spotkałem także w "Księdze spraw złoczyńców miasta Żywca". Czy tylko na tych materiałach Pan bazował? Te materiały były impulsem. One mnie zafrapowały i rozbudziły moją wyobraźnię. Zacząłem poszukiwać innych informacji o tym okresie, ale były one bardzo skromne. Dopiero później Franciszek Lenczowski, Zofia Rączka i inni rozpoczęli publikację różnych opracowań przytaczając w nich pewne dokumenty, które zaczęły wzbogacać moją wiedzę. Gros materiałów zebrałem jednak sam, kiedy poszukiwałem materiałów do opracowywanej przez nas Monografii Gilowic. Wówczas to spędziłem kilkadziesiąt dni w Bibliotece Jagiellońskiej i wertując różne księgi i książki,- tak na ślepo -, co wyglądało na przysłowiowe poszukiwanie igły w stogu siana, bo nie wiedziałem ani do jakich publikacji się odnosić, ani gdzie je znaleźć, powoli zaczynałem poruszać się w materii przedmiotu. Pewną wskazówką była dla mnie książka Józefa Aleksandra Putka - Miłościwe pany i krąbrne chłopy poddane - W książce tej, w kilkunastu miejscach wymienia się Gilowice. Przypisy zamieszczone w tej książce pozwoliły mi na uchwycenie pewnego tropu. W Bibliotece Jagiellońskiej natknąłem się na kilkadziesiąt pozycji, które przybliżyły mi stosunki panujące pomiędzy dworem, a poddanymi, Kościołem a ludnością pod koniec XVII w. Niektóre obyczaje, zwyczaje, a także pewne historyczne postacie. Jaką część książki stanowią fakty historyczne, a jaka jest autorską fikcją? Można by to podzielić mniej więcej po połowie. Główny bohater książki - Malcher Talik, zbójnik jest postacią autentyczną. M.in. w "Dziejopisie" opisany jest sposób wykonania wyroku na nim przez kata. Warto w tym miejscu - jako ciekawostkę - powiedzieć, że jakkolwiek w Żywcu bardzo często wykonywano karę śmierci, Żywiec nigdy nie miał własnego kata. Zawsze korzystał z kata cieszyńskiego, oświęcimskiego, albo pszczyńskiego. Podobnie postaciami historycznymi są właściciele dóbr ślemieńskich, księża - wśród nich pierwszy ksiądz w Ślemieniu - Jędrzej Kościelecki, podstarości ślemieński, burgrabia krakowski, czy niektórzy luminarze żywieccy. Prawdziwe są także niektóre inne osoby - w tym karbowy Cyrnal oraz zdarzenia, ale czasami przesunięte zostały one w czasie, czy przestrzeni, tzn. miały miejsce w innych rejonach Żywiecczyzny. Do paru autentycznych zaliczyć można zwyczaje pasterskie, obyczaje pogrzebowe, opisy odpustów, chrztów, jarmarku. W sumie jednak trzeba stwierdzić, że dokumentacja dotycząca Ślemienia, Gilowic i okolicznych wsi w tamtych czasach jest bardzo uboga, gdyż Wielopolscy sprzedając ślemieńskie włości Władysławowi Branickiemu, wywieźli dokumenty do Pieskowej Skały. W Pieskowej Skale część dokumentów w czasie pożaru uległa zniszczeniu, część została wywieziona - nawet przez króla - Jana Kazimierza do Paryża i bywa, że czasami w Paryżu spotyka się białe kruki, których w Polsce nie ma. Podobają mi się ciekawe dialogi - prowadzone w książce góralską gwarą, ale - jak Pan uważa, czy po tą książkę chętnie będą sięgać przedstawiciele młodego pokolenia beskidzkich górali, bądź ludzi z nizin - przezywani złośliwie ceprami. Wszak stanowić ona będzie dla nich pewną "barierę językową"? W dialogach celowo i świadomie używałem gwary, a właściwie jednego z odcieni beskidzkiej gwary, aby uchronić ją od zapomnienia, pokazać piękno i bogactwo gwarowego języka, a zarazem zaprotestować przeciwko "udziwnianiu" jego pisowni. Nie kryję, że to mnie denerwuje. Jestem pod wrażeniem wielkiej kariery artystycznej Golec uOrkiestry, podziwiam ten zespół i cieszę się, że rozsławia nasze strony w świecie. Ale dlaczego nie pisze się po prostu Golec Łorkiestra, tylko Golec uOrkiestra. Domyślam się, że jest to wymysł uczonych w piśmie, ale, po co. Cepry czytać to będą jako Uo, ba nawet młodsze pokolenie górali też to tak może odczytywać. Gwara góralska bardzo często używała przedrostka "Ł' np. łociec, łodyjdź, łostońcie itd., i tak powinno zostać. Podzielam ten pogląd, ale co z jej rozumieniem przez młodzież. Niewątpliwie młodzież może mieć pewne trudności ze zrozumieniem dialogów, ale przecież my ludzie starszego pokolenia, a także wychowawcy młodszego - nauczyciele, powinniśmy być zainteresowani tym, aby nasza gwara nie zaginęła. Dbają bardzo o swoją gwarę Podhalanie, Ślązacy, zaczynają ja pielęgnować Kaszubi, czy my jesteśmy gorsi? Gwary nie mamy się co wstydzić, tym bardziej, że cieszy się ona dużym zainteresowaniem i uznaniem, na przykład w czasie występów naszych gawędziarzy i to szeroko w Polsce. Na poparcie tej drugiej tezy sam mógłbym coś powiedzieć, jako, że kiedy gościliśmy u nas dziennikarzy z całej Polski w ramach Stowarzyszenia Polskich Mediów, to dopraszali się, abym im umożliwił nabycie mojego wydania "Pogodki łod Bieskida" i mobilizowali do ich opowiadania. Ale wróćmy do "Harnasia". Gdzie można nabyć tą książkę i w jakiej cenie? Książkę można nabyć w Towarzystwie Miłośników Ziemi Żywieckiej, w księgarni na ul. Kościuszki. Ponadto sama drukarnia rozprowadza książkę w Polsce. Cena książki 20 zł. Dziękuję za rozmowę.

Poniżej zamieszczamy urywek książki "Harnaś", z rozdziału "Odwet". - Podsta...rości!!! - Majcherek wstał ze żłobu, patrząc na zbliżającego się Komeckiego, jakby diabła zobaczył. - To un je podstarości? zadał pytanie nie wiadomo komu. Pochopień proszony przez Macieja, zadbał o to, by przy Majcherku nie posługiwano się tym słowem, ale zapomniał ostrzec o tym Ziobrę. Tymczasem Komecki z batogiem pod pachą, naciągając rękawice do konnej jazdy, zbliżał się ku stajniom. Chłopcu wypadła z rąk uzda z wrażenia jakiego doznał słysząc słowo podstarości, stał i patrzył wytężonym wzrokiem na tę niepozorną postać w rajtarskim kolecie i wysokich szwedzkich butach. Lubował się w tym stroju. Nie uszedł też uwagi Komeckiego chłopak stojący jak słup soli z wybałuszonymi na niego oczami, ale nie zaszczycił go wzrokiem. - Konia! - zawołał, myśląc widocznie, że to stajenny. Ziobro podniósł się z siedzenia, nieco zdziwiony zachowaniem chłopca, ale wziął laskę w rękę i oddalił się dając znać, że rozkaz nie jego dotyczy. Majcherek ani drgnął, patrzył jeno na zbliżającego się z coraz większym napięciem. Usłyszawszy o podstarościm w chłopcu krew zamarła, paraliżując go niemal. Poraziło mu umysł, przywołując nagle ponure wspomnienia sprzed lat, które teraz zobaczył wyraziście w swojej wyobraźni. Komecki zdziwiony, że sługa nie spełnia natychmiast jego rozkazu, obrzucił go wzgardliwym spojrzeniem i ryknął: - Konia! ! ! Powiedziałem! I stała się rzecz niesłychana. Stajenny nie posłuchał ponowionego rozkazu pana, który nader rzadko był drugi raz powtarzany. Podstarości wyszarpnął bicz spod pachy i z zamachem sieknął nim stojącego chłopaka. Majcherka cios ocucił momentalnie. Gdy ten zamachnął się po raz drugi, nie cofnął się. Wyciągniętą ręką w locie złapał rzemień, nim ten zdążył uderzyć go w plecy, szarpnął, choć poczuł w dłoniach piekący ból, błyskawicznie ujął biczysko wyrwane z dłoni napastnika i nie namyślając się ani chwili, począł zawzięcie okładać nim znienawidzonego panka. Ten całkiem zbaraniał. Nim zrozumiał co się dzieje, już otrzymał kilka potężnych razów. Zawył z wściekłości i bólu. Łapiąc się za głowę by osłonić twarz już pooraną twardym rzemieniem, padł na kolana rycząc jak zarzynany zwierz. Majcherek zaś ciął raz za razem, jak chłop narowistego konia. Komecki już nie ryczał, ale wył z bólu, łapiąc się rękami za obolałe miejsca to tu, to tam. Z jękiem zwalił się potem na bok i skulony jęczał jak potępieniec, a bat siekł go nadal bez miłosierdzia. Podwórze obok stajni nagle opustoszało. Ktokolwiek tylko znalazł się w pobliżu chował się natychmiast w najdalszy kąt, nie chcąc być świadkiem upokorzenia pana. Co ciekawsi, szparami jeno zaglądali, co się będzie dalej działo. Majcherek zdyszany z wściekłości, zapamiętał się, nie bacząc na ból jaki mu zadał bicz podstarościego. Wtem poczuł straszliwe uderzenie w ramię. Ręka opadła mu zdrętwiała, spojrzał kątem oka za siebie, dostrzegając rudy łeb Anzelma, szykującego się do drugiego ciosu. Na odlew sieknął batem w tył i szarpnął, ale bat ugrzązł. Usłyszał tylko za sobą piekielny ryk bólu. Tuż obok niego prasnął na ziemię drąg, nie czyniąc mu szkody. Rzucił bat i biegiem ruszył ku lamusowi. Gdy przebiegał mimo drzwi, ktoś złapał go za rękę, wciągnął do środka i zawarł z trzaskiem drzwi. Wincenty aż trząsł się z podniecenia. Łukasz siedział na zydlu, a oczy jego błyszczały chyba tylko tak, jak ongiś w wirze zaciętej walki.

 

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.