Nad Sołą i Koszarawą - nr 3 (130) - rok  VII - 1 Luty 2004

 |poprzedni artykuł|  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 
 Chocholi taniec.

Wicepremier Jerzy Hausner podczas spotkania z członkami Naczelnej Organizacji Technicznej powiedział, że / cytuję za "Trybuną"/ : "Odczuwalnie poprawiła się sytuacja gospodarcza; tempo wzrostu w IV kwartale 2003 r. osiągnęło około 4,5 proc. wobec 0,2 proc. pod koniec 2001 roku. Poprawę sytuacji gospodarczej potwierdzają nie tylko dane statystyczne, ale również głosy wielu wybitnych ekonomistów. Jej odbicie znajduję także w rozmowach z moimi znajomymi prowadzącymi różnego rodzaju firmy, czy też pełniącymi kierownicze funkcje, na wielu odcinkach naszego życia gospodarczego. Stwierdzają oni, że również odnotowuje się pewien, niewielki spadek bezrobocia, ale przy okazji sygnalizują pewien paradoks polegający na tym, że chociaż nadal jest ono duże to często trudno jest znaleźć dobrego fachowca, jeżeli chce się go zatrudnić. To także o czymś mówi. A więc jest lepiej, ciut, ciut lepiej. Z drugiej strony, atmosfera społeczna w kraju jest zła. Będące w opozycji ugrupowania polityczne rozdmuchują każde prawdziwe, czy domniemane potknięcie Rządu. Środki masowego przekazu bez przerwy bombardują społeczeństwo informacjami o negatywnych zjawiskach w naszym życiu, protestach różnych - niezadowolonych - grup społecznych, ich żądaniach, głodówkach, czy strajkach. Rodzi się wiec pytanie, jeżeli zatem, jest coraz lepiej, to, dlaczego jest tak źle? Dlaczego następuje coraz większe zniechęcenie i zniecierpliwienie społeczeństwa? Dlaczego spadają notowania ekipy rządzącej? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego??? O jednoznaczną odpowiedź trudno, ale prawdą jest, że aby ludzie odczuli, że zmienia się coś na lepsze w ich życiu, to trzy, czy trzy i pół procentowa dynamika wzrostu gospodarczego nie wystarczy. Potrzebna jest dynamika około 5%, a to może nastąpić najwcześniej z końcem br.- jeżeli nic nie stanie na przeszkodzie. Powiedziałbym więcej, jeżeli będzie pełna mobilizacja społeczeństwa, a o nią, w dzisiejszych ciężkich czasach najtrudniej. A więc trzeba czekać!!! Ludzie zmęczeni latami nie spełnianych obietnic, żerowaniem na ich naiwności, czekać nie chcą. Stąd często - niestety zbyt często - ulegają fali demagogicznych wystąpień, oskarżeń i pomówień, jakie za pośrednictwem środków masowego przekazu uprawiają różni gracze polityczni, a swoje zdenerwowanie kierują nie przeciwko głównym sprawcą ich nieszczęść, a przeciw aktualnie sprawującym władzę. Zaś kolejne ekipy rządowe, nie potrafią zaproponować programu, który przemówiłby do przeważającej większości narodu i poderwałby go do działania. Jeżeli nawet taki program zbudują, to nie są w stanie wprowadzić go w życie, tak, jak to ma miejsce w obecnej ekipie. Czy uda się to wicepremierowi Jerzemu Hausnerowi??? Czy ten chocholi taniec, rozpoczęty pamiętnymi strajkami latem 1980 r. nadal będzie trwał i trwał, aż "owczy pęd" zdezorientowanego i zbałamuconego tłumu zepchnie nasz kraj na dno przepaści. Wszak od dłuższego czasu nad nią się znajdujemy i wystarczy niewielka fala, aby "podmyć" mocno nadwerężony skraj ludzkiej wytrzymałości. I co wtedy??? Powstający w roku 1980 ruch "Solidarności", był prawdziwym "pospolitym ruszeniem" - niespotykanym w naszej narodowej historii - masowym - zrywem klasy robotniczej. Ogromna większość społeczeństwa wiązała z nim wielkie nadzieje. Został on jednak zaprzepaszczony i zmarnotrawiony, gdyż ludzie stojący na jego czele, nie potrafili zaproponować mu konstruktywnego programu. Nie umieli go wykorzystać. Ruch zrodzony na fali buntu i niezadowolenia społecznego został wykorzystany do burzenia wszystkiego i wszędzie, w myśl głoszonego przez przywódców hasła, "Im gorzej tym lepiej". Zresztą wielu z byłych przywódców, bądź ich spadkobierców hołduje temu hasłu po dzień dzisiejszy. Jak oni, to znaczy obóz postsolidarnościowy są u władzy, to jest dobrze. Jak inni to jest źle. Jak było dobrze, wiemy wszyscy!!!. Nie zaproponowali narodowi konstruktywnego programu przywódcy Stanu Wojennego, a powinni, gdyż decydując się na ten niezwykle bolesny i brzemienny w skutki, chociaż konieczny krok, mieli obowiązek starać się łagodzić go odpowiednimi, skutecznymi działaniami w sferze społeczno- politycznej i ekonomicznej. To prawda, że decyzja o wprowadzeniu Stanu Wojennego, ściągnęła na nasz kraj restrykcje ekonomiczne ze strony USA i państw zachodnich. Restrykcje, które bardzo negatywnie odbiły się na gospodarce naszego kraju. Ale prawdą jest także, że nie wykorzystano pewnego momentu zaskoczenia i obaw, co dalej? Był to moment, który można było wykorzystać do zdyscyplinowania społeczeństwa. Do przypomnienia mu, że jedynym czynnikiem warunkującym lepszy byt jest praca. O tej pracy mówił pięknie i obrazowo, na I Zjeździe "Solidarności" w Gdańsku ks. Prof. Józef Tischner. Mówił on / nie powtórzę dosłownie /, że tak jak z małych cieków wodnych i rzeczek rodzi się wielka rzeka Wisła, tak z pracy poszczególnych jednostek powstaje ogólnonarodowe dobro. Kto o tym dzisiaj pamięta??? Także wówczas zamiast, postawić na umacnianie gospodarki, zmobilizować ludzi do pracy, wesprzeć osłabioną pozycję kadr kierowniczych w naszej gospodarce, w jej poczynaniach zmierzających do odbudowy - osłabionego strajkami - potencjału ekonomicznego, a równocześnie stopniowo, powoli wprowadzać niezbędne zmiany w sferze polityki i zarządzania rozpoczął się jakiś dziwny taniec. Komisarze wojskowi zaczęli ulegać rozbudzonej fali żądań i odwoływać tych dyrektorów, prezesów itp., których nie zdążyła "załatwić" > Solidarność <. Trudno mieć o to pretensje do komisarzy. Każde wojsko przygotowywane jest do walki i wykonywania rozkazów, nie dyskutowania i oficerowie widocznie takie mieli zalecenia. Ale niszcząc kadrę kierowniczą w gospodarce, pozbawialiśmy ją dobrych, doświadczonych "oficerów", nie mając - jak wykazała przyszłość - innych w rezerwie. To był grzech główny twórców Stanu Wojennego. Pogrzebano wówczas bodaj jedyną okazję do podbudowania autorytetu władzy i uświadomienia społeczeństwu, że bez silnej władzy trudno mówić o ładzie, porządku, praworządności i mocnej ekonomice - szczególnie w naszym - rozdyskutowanym - i historycznie przekornym narodzie. Polityka taka sprzyjała także dalszemu rozbudzaniu niesubordynacji społeczeństwa i eskalacji żądań. A skąd miało się brać środki na ich zaspakajanie, skoro gospodarka z każdym rokiem coraz bardziej staczała się w dół? Jaki kraj, jaka gospodarka może taki, anormalny stan rzeczy wytrzymać? Nic, więc dziwnego, że dekadę lat 90- dla rozwoju kraju można uznać za straconą. W gospodarce panowała stagnacja, w polityce "przepychanka" i w sumie mimo Okrągłego stołu, który znów zdawał się być "światłem w tunelu" tak się to toczy po dzień dzisiejszy. Doprowadzono w tym kraju do wyjątkowo dramatycznej sytuacji. Żądania narastają, gospodarka ledwo "zipie" i nie bardzo jest już, co sprzedawać - z majątku wypracowanego naszymi rękami, - aby "łatać" powstające dziury. Co gorsza, najczęściej i najgłośniej krzyczą ci, którzy są współwinni zaistniałej sytuacji. Przypomina to trochę powiedzenie o złodzieju, który uciekając krzyczał "łapać złodzieja". W kraju roi się od prawdziwych i wydumanych afer. Rozdmuchuje się już od ponad roku aferę Rywina i co? Wielki szum zrobiono wokół sprawy Starachowickiej. Czy - patrząc na wyroki -nie można się zastanawiać - była afera, albo jej nie było? Wezbrała fala krytyki na temat "jednorękich bandytów" i jakby odpływa. Natomiast pierwszy szum wokół zniknięcia trzydziestu kilku tysięcy ton zboża państwowego, a więc dotyczący ewidentnej afery i to bijącej po kieszeni najuboższych / chleb znowu podrożał / jak gdyby "rozchodzi się po kościach". Latami wloką się sprawy NFOZ-u, PZU i końca nie widać. I tak można by przytaczać, zdawałoby się oczywiste - aferowe nadużycia, - o których jakoś cicho. Ludziom żyje się ciężko, bardzo ciężko, niepewność jutra skłania ich czasem do dramatycznych form protestu, ale równocześnie można postawić pytanie dlaczego nie protestowali: - wszyscy wielcy przywódcy "Solidarności", kiedy rozgrabiano nasz narodowy majątek, rozprzedawano za bezcen zakłady, likwidując miejsca pracy? - górnicy, kiedy dokonywano przekrętów w handlu węglem, windowano niebotyczne pensje kadrze kierowniczej, nawet w deficytowych kopalniach? - kolejarze, kiedy prominentni kierownicy i działacze Związkowi zakładając spółki i spółeczki, frymarczyli ich majątkiem? - działacze związkowi, kiedy jego czołowi przywódcy wili sobie ciepłe państwowe posadki, przechwytywali kierownicze stanowiska w zakładach, nie zawsze mając ku temu przygotowanie, czy organizowali własne firmy, nie koniecznie za własne pieniądze? To przecież tam trzeba szukać głównych przyczyn zła. Tam państwo powinno zareagować stanowczo, bardzo stanowczo. Ale państwo jest słabe, bo wtedy, kiedy potrzebuje niema społecznego poparcia, bo zamiast społecznego wsparcia, odpiera "najazdy" demonstrujących i grożących strajkami tłumów. Patrząc na to, co się w naszym kraju dzieje, można pomyśleć, że tylko Bóg raczy wiedzieć, czemu się to wszystko jeszcze nie zawaliło? Ale to chyba jest tak jak w tym kawale: Posyła Pan Bóg św. Piotra na ziemię, żeby zobaczył, co się tam dzieje. Św. Piotr wraca i zdaje relację: - Rosjanie się zbroją, ale się boją. - Wiadomo, dwie wojny światowe przegrali- komentuje Pan Bóg. - Amerykanie się zbroją, ale się nie boją. - - A czego oni mają się bać, przecież główne profity z tych wojen wyciągnęli oni i teraz są niekwestionowaną potęgą - zauważa najwyższy. - A Polacy ani się nie zbroją, ani się nie boją. - To, co Oni znowu na mnie czekają? Żart żartem, ale doświadczenie uczy, że także Pan Bóg najchętniej pomaga mądrym, zdyscyplinowanym i pracowitym. 

Antoni Urbaniec

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.