Nad Sołą i Koszarawą - nr 2 (129) - rok  VII - 15 Styczeń 2004

|poprzedni artykuł|   |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 
Zmarł najstarszy baca wypasający owce na beskidzkich halach.

W dniu 25 listopada 2003 r. zmarł w Krzyżówkach, w wieku 59 lat – Józef Kamiński, najstarszy z aktualnie bacujących gazdów w Beskidzie Żywieckim. Razem z nim przeszła do historii cząstka legendy beskidzkiego owczarstwa. Józef Kamiński z owczarstwem i wypasem owiec na halach związany był od dziecka, jako, że jego ojciec - Jan również był bacą i w niełatwe arkana bacowskiej wiedzy wprowadzał go od małego. Miał w nim pilnego, pojętnego i zamiłowanego w tym zawodzie ucznia, co potwierdził całym swoim – nieco wcześnie przerwanym – życiem. Miał 19 – lat, kiedy wspólnie z ojcem zaczął bacować, a w 1964 r. –przejął od ojca bacowskie berło i mimo, że przez wiele lat pracował jako kierowca, tak układał sobie jazdy, a jak było trzeba podmieniał się z kolegami, bądź brał urlop, aby z owczarstwem nie zrywać. Tak było, aż do 1996 r. Już wówczas zaczął wypasać owce wspólnie z bacą Stanisławem Majewskim z Korbielowa, który, jak sam wspomina m.in. od niego uczył się bacowskiej sztuki. Wypasał owce, własne i powierzone przez innych rolników, na Miziowej, Jodłowcowej, Cudzichowej, Górowej i wielu innych halach. Był znanym, cenionym i szanowanym gazdą. Wspólnie z żoną prowadzili, ponad 3,5 ha gospodarstwo, które na przełomie lat 70/80 zaczęło się specjalizować w hodowli i chowie owiec. Było to jedno z najnowocześniejszych gospodarstwo, nie tylko w Krzyżówkach, ale w całej Jeleśniańskiej Gminie. Gospodarstwo - szczycące się nowo wybudowaną owczarnią rusztową i licznym, już wówczas liczącym sobie około 60 sztuk stadem owiec, które systematycznie powiększał. Rok rocznie eksportował do Włoch od 30 – 40 jagniąt. Od 1996 r. poświęcił się wyłącznie owczarstwu i wówczas jego współpraca z bacą Majewskim zadzierżgnęła się na dobre. Jako baca niejednokrotnie musiał nie tylko dbać o zabezpieczenie dobrego wypasu dla swojego kierdelu, ale kiedy zachodziła potrzeba, także dbać o jego stan zdrowotny i interweniować, w wielu przypadkach, kiedy owcy potrzebna była pomoc lekarska. Był, więc swoistym znachorem - praktykiem -, którego zabiegi najczęściej były skuteczne. Bywało, że – wspólnie z juhasami - musiał stawiać czoła niedźwiedziowi, czy wilkom, chociaż nie zawsze skutecznie i wówczas bolał nad rozszarpanymi sztukami. Kiedy wilki zaczęły dawać się zbyt mocno we znaki, zeszli z owcami z gór, tym bardziej, że rolnicy zaprzestali uprawy niżej położonych pól i tu można było wypasać owce. W ostatnich latach najczęściej wypasali owce na polanach: Buczynka, Gawlasie i Ryskowa, gdyż tutaj, bliżej ludzkich zabudowań wilki czuły się nie najpewniej. Ubiegłej jesieni, kiedy już rozdzielili swoje stada on z kierdelem ponad stu owiec – własnych i cudzych wrócił na Krzyżówki i zaczął je wypasać obok domów, zamykając na noc w koszarze, ustawionym, tuż nad jego rodzinnym domem. Jesień była długa i piękna, toteż, jeszcze pod koniec listopada owce były na polu. Zmarł nagle, rano 25 listopada. Kiedy nocą z 25 na 26 listopada żałobnicy czuwali nad jego trumną, wataha – chyba 5 wilków – podkradła się od Watówek pod koszar, uprowadziła i rozszarpała ponad 20 owiec. Wilki, jakby wyczuły, że baca już stada nie pilnuje, bo tak to jakoś wyszło. Sąsiedzi i pogrążona w żałobie rodzina, kiedy uporali się z wilkami i policzyli kierdel, smutnie pokiwali głowami, myśląc sobie, że troskliwy gazda zawsze cząstkę majątku ze sobą zabiera. 
Antoni Urbaniec

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.