Zmarł najstarszy baca wypasający owce na beskidzkich halach.
W
dniu 25 listopada 2003 r. zmarł w Krzyżówkach, w wieku 59 lat
– Józef Kamiński, najstarszy z aktualnie bacujących gazdów w
Beskidzie Żywieckim. Razem z nim przeszła do historii cząstka
legendy beskidzkiego owczarstwa. Józef Kamiński z owczarstwem i
wypasem owiec na halach związany był od dziecka, jako, że jego
ojciec - Jan również był bacą i w niełatwe arkana bacowskiej
wiedzy wprowadzał go od małego. Miał w nim pilnego, pojętnego i
zamiłowanego w tym zawodzie ucznia, co potwierdził całym swoim
– nieco wcześnie przerwanym – życiem. Miał 19 –
lat, kiedy wspólnie z ojcem zaczął bacować, a w 1964 r.
–przejął od ojca bacowskie berło i mimo, że przez wiele lat
pracował jako kierowca, tak układał sobie jazdy, a jak było trzeba
podmieniał się z kolegami, bądź brał urlop, aby z owczarstwem nie
zrywać. Tak było, aż do 1996 r. Już wówczas zaczął wypasać
owce wspólnie z bacą Stanisławem Majewskim z Korbielowa, który,
jak sam wspomina m.in. od niego uczył się bacowskiej sztuki. Wypasał
owce, własne i powierzone przez innych rolników, na Miziowej, Jodłowcowej,
Cudzichowej, Górowej i wielu innych halach. Był znanym, cenionym i
szanowanym gazdą. Wspólnie z żoną prowadzili, ponad 3,5 ha
gospodarstwo, które na przełomie lat 70/80 zaczęło się
specjalizować w hodowli i chowie owiec. Było to jedno z najnowocześniejszych
gospodarstwo, nie tylko w Krzyżówkach, ale w całej Jeleśniańskiej
Gminie. Gospodarstwo - szczycące się nowo wybudowaną owczarnią
rusztową i licznym, już wówczas liczącym sobie około 60 sztuk
stadem owiec, które systematycznie powiększał. Rok rocznie
eksportował do Włoch od 30 – 40 jagniąt. Od 1996 r. poświęcił
się wyłącznie owczarstwu i wówczas jego współpraca z bacą
Majewskim zadzierżgnęła się na dobre. Jako baca niejednokrotnie
musiał nie tylko dbać o zabezpieczenie dobrego wypasu dla swojego
kierdelu, ale kiedy zachodziła potrzeba, także dbać o jego stan
zdrowotny i interweniować, w wielu przypadkach, kiedy owcy potrzebna
była pomoc lekarska. Był, więc swoistym znachorem - praktykiem -,
którego zabiegi najczęściej były skuteczne. Bywało, że –
wspólnie z juhasami - musiał stawiać czoła niedźwiedziowi, czy
wilkom, chociaż nie zawsze skutecznie i wówczas bolał nad
rozszarpanymi sztukami. Kiedy wilki zaczęły dawać się zbyt mocno
we znaki, zeszli z owcami z gór, tym bardziej, że rolnicy
zaprzestali uprawy niżej położonych pól i tu można było wypasać
owce. W ostatnich latach najczęściej wypasali owce na polanach:
Buczynka, Gawlasie i Ryskowa, gdyż tutaj, bliżej ludzkich zabudowań
wilki czuły się nie najpewniej. Ubiegłej jesieni, kiedy już
rozdzielili swoje stada on z kierdelem ponad stu owiec – własnych
i cudzych wrócił na Krzyżówki i zaczął je wypasać obok domów,
zamykając na noc w koszarze, ustawionym, tuż nad jego rodzinnym
domem. Jesień była długa i piękna, toteż, jeszcze pod koniec
listopada owce były na polu. Zmarł nagle, rano 25 listopada. Kiedy
nocą z 25 na 26 listopada żałobnicy czuwali nad jego trumną,
wataha – chyba 5 wilków – podkradła się od Watówek pod
koszar, uprowadziła i rozszarpała ponad 20 owiec. Wilki, jakby wyczuły,
że baca już stada nie pilnuje, bo tak to jakoś wyszło. Sąsiedzi i
pogrążona w żałobie rodzina, kiedy uporali się z wilkami i
policzyli kierdel, smutnie pokiwali głowami, myśląc sobie, że
troskliwy gazda zawsze cząstkę majątku ze sobą zabiera.
Antoni Urbaniec