Nad Sołą i Koszarawą - nr 1 (128) - rok  VII - 1 Styczeń 2004

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 
MAM NATURĘ SOWY

Rozmowa z Tadeuszem Sznukiem, znanym m.in. z radiowych „Sygnałów dnia”, „Lata z radiem” i teleturnieju „Jeden z dziesięciu”

- Jak wygrać teleturniej „Jeden z dziesięciu”? Czy istnieje na to recepta redaktora Sznuka?
- Oczywiście. To jest najprostsze na świecie. Wystarczy w ciągu trzech sekund odpowiedzieć na każde pytanie, z dowolnej dziedziny, i tak trudne, jak będzie chciał prowadzący. Po spełnieniu tych warunków wygrana jest gwarantowana.
- Ale człowiek nie jest maszyną. Nie wspomniał Pan o emocjach...
- Tak, nerwy i trema mogą sprawić, że nawet uczestnik znający odpowiedź na pytanie nie zawsze w porę przypomni sobie właściwą odpowiedź. Na tym właśnie polega różnica w odpowiadaniu na pytania tego teleturnieju, kiedy się siedzi przed telewizorem w domu, i kiedy stoi się przed kamerą.
- Czasowa amnezja przed kamerą to typowe objawy zdenerwowania. A czy bywały jakieś spektakularne przypadki objawów tremy?
- Zdarzały się nawet omdlenia: raptem świadomość opuszczała uczestnika teleturnieju i padał jak podcięte drzewo. Ale nie zdarzyło się, żeby którakolwiek z tych osób nie chciała po ocuceniu powrócić do gry.
- Twardziele!
- To są prawdziwi twardziele. Uczestnicy gry poddawani są ogromnemu ciśnieniu. Proszę sobie wyobrazić: większość z nich jest po raz pierwszy w telewizyjnym studiu, z tymi wszystkimi bijącymi w oczy światłami, a naprzeciw jest tylko oko kamery; dochodzi świadomość, że oglądają mnie znajomi i rodzina, przed którymi nie chcę się wygłupić. Nie można nawet liczyć na doping z widowni, bo rozgrywamy ten teleturniej bez publiczności, ponieważ nie udało się powstrzymać widzów przed... ruszaniem ustami, jeśli znali odpowiedź.
- Pan ma ogromne doświadczenie w pracy z kamerą i mikrofonem. Wystąpiłby Pan w roli uczestnika „Jednego z dziesięciu”?
- Nigdy w życiu!
- W każdy piątek, w porannym programie Dwójki, prowadzi Pan z Grażyną Bukowską „Pytanie na śniadanie”, który jest emitowany na żywo. Piętnaście minut przed rozpoczęciem programu powiedział mi Pan, że nie odczuwa żadnego stresu.
- Przecież my żartowaliśmy. Pani powiedziała, że nie chce mnie w tej chwili dekoncentrować, bo pewnie jestem w stresie, a ja odpowiedziałem, że nikt nie może mnie zdekoncentrować i nie ma mowy o żadnym stresie. Ale tak na serio, myślę, że każdy przeżywa stres przed publicznym wystąpieniem. Nawet każda poważniejsza rozmowa wywołuje pewne napięcie.
- Siedzi Pan w telewizyjnym lub radiowym studiu i nagle słyszy Pan z reżyserki głos lub studiu radiowym zapala się czerwone światełko. W zasadzie nic się nie zmienia, a jednak wywołuje to określone emocje...
- Zmienia się to, że słyszą nas już nie tylko ludzie z naszego otoczenia, ale miliony radiosłuchaczy lub telewidzów. Mam tego świadomość. Chociaż kiedyś, dawno temu, przeżyłem zabawne zdarzenie. Jechałem autobusem, który zatrzymał się na skrzyżowaniu. Tuż za szybą, przed moimi oczami, zaświeciło się czerwone światło. W tym momencie zacząłem zastanawiać się, co mam mówić, bo przecież zaświeciło się czerwone światło.
- Każdy radiowiec mówi, że radio to jest coś wspaniałego...
- Radio ma przewagę nad wszystkimi mediami.
- Tak mówią radiowcy, a potem idą pracować do telewizji.
- Na pewno telewizja daje łatwiejszą popularność. I to dotyczy tych, którzy przychodzą do telewizji dla popularności. Telewizja znacznie lepiej płaci – a to dotyczy tych, którzy przychodzą, by zarobić na godziwe życie. Telewizja pozwala korzystać z większej liczby środków wyrazu – dlatego przychodzą do niej ci, którzy chcą coś wyrazić. Jak ktoś chce tego wszystkiego jednocześnie, to musi się nieuchronnie znaleźć w telewizji.
- Pojawia się Pan rano w takim programie jak „Pytanie na śniadanie” i zawsze musi Pan tryskać dobrym humorem. To chyba nie jest łatwe?
- Zawodowiec musi robić to, co do niego należy.
- Jako radiowiec chyba przywykł Pan do porannego wstawania i to nie wpływa na Pana samopoczucie w pracy?
- Dwadzieścia osiem lat wstawałem na poranną audycję radiową, która jeszcze kiedyś rozpoczynała się o czwartej trzydzieści. I kiedy wreszcie musiałem tego robić o tak wczesnych porach, przez długi czas starałem się w ogóle nie budzić do południa. Mam naturę sowy. Wolę posiedzieć w nocy, a później odsypiać.
- Przez prawie trzydzieści lat pracy był Pan świadkiem rewolucyjnych zmian w mediach elektronicznych. Czy jako inżynier z zawodu interesuje się Pan radiową i telewizyjną techniką?
- Oczywiście. W radiu i telewizji warto znać narzędzia, którymi się posługujemy. Wtedy wiemy, jak je wykorzystać. Trzeba znać kuchnię, bo to na przykład może pomóc, jeśli nie wszystko pójdzie zgodnie z planem.
- Kiedyś podobno był Pan szalejącym reporterem z magnetofonem, z którym trudno było zaszaleć?
- Pierwszy magnetofon, który nosiłem to była maszyneria lampowa. Miał trzy baterie – jedna na żarzenie, druga lampowa, trzecia na motor. Była to skrzynia wielkości telewizyjnego monitora. Ale dzięki tym komplikacjom koledzy chętnie mi to pożyczali, bo wiedziałem, jak tę archaiczną maszynerię naprawiać, kiedy się zepsuje.
- A jednak technika miała chyba najmniejszy wpływ na to, że takie przedsięwzięcia, w których Pan również uczestniczył jak: Rozgłośnia Harcerska, „Lato z radiem”, „Studio 2”, tworzyły historię polskich mediów?
- Radiostacja, a później Rozgłośnia Harcerska to była świetna szkoła radiowa dla młodych. W Rozgłośni Harcerskiej zebrała się grupa ciekawych ludzi, z których wielu do dziś pracuje w radiu i telewizji. „Lato z radiem” było czymś nowym, tak samo „Studio 2”. Za każdym razem próbowaliśmy czegoś nowego i to coś pozostawiło ślady w naszych mediach do tej pory.
- Czy między radiem a telewizją ma Pan czas na wierność swojej fascynacji, którą jest lotnictwo i latanie? Ma Pan uprawnienia do samodzielnych lotów?
- O tym, niestety, można mówić niestety tylko w czasie przeszłym. Licencję lotniczą trzeba odnawiać co roku, a niekiedy nawet co pół roku, i popiera się je badaniami lekarskimi. A mnie te uprawnienia wygasły kilkanaście lat temu. Zazdroszczę trochę kolegom, którzy dziś mogą latać. Bo tak naprawdę, wydaje mi się, że tak naprawdę nikt nie wymyślił nic lepszego od latania. Nawet radio i telewizja temu nie dorównują.
Rozmawiała: Aleksandra Sochoń

 

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.