Nad Sołą i Koszarawą - nr 24 (127) - rok  VI - 15 Grudzień 2003

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 
TRAGEDIA W „WILCZYM JARZE” - 25 lat temu

Nie zapomnę tego listopadowego dnia nigdy w życiu. Miałem jechać do Krakowa na zajęcia na uczelni. Wsiadłem w Lipowej do autobusu o 4,35 rano by o 4,50 znaleźć się na dworcu autobusowym w Żywcu.
Czekam spokojnie na dworcu na autobus do Krakowa, gdy w miedzyczasie podszedł do mnie dyżurny ruchu pan Puda, który oznajmił mi wprost.
Panie naczelniku, (pełniłem w tym czasie funkcję zastępcy naczelnika miasta Żywca) stała się wielka tragedia – dwa nasze autobusy wiozące górników do kopalni spadły z mostu do jeziora w „Wilczym Jarze”. Zdębiałem i zapytałem czy wiedzą coś o losie pasażerów. Tego nikt nie wie – odpowiedział dyżurny, ale może być ich i ponad pięćdziesiąt. Podobno paru przeżyło. Nie zastanawiając się ani przez moment zmieniłem swoją decyzję o wyjeździe do Krakowa i poprosiłem dyżurnego o to by jakimkolwiek wolnym autobusem dowiózł mnie na miejsce tragedii. Dojechałem do skrzyżowania w Zadzielu
gdzie była już zablokowana droga i milicyjnym gazikiem dojechałem do celu.
Mogła być to godzina 5,30 – 6,00. Zobaczyłem przerażający widok.
Na północnym zboczu Jaru leżały wyciągnięte przez strażaków zwłoki górników pasażerów pierwszego autobusu, samochodami odwożono zwłoki do żywieckiego prosektorium. Pamiętam moment gdzie dowodzący akcja ratowniczą ówczesny komendant rejonowy Straży Pożarnej w Żywcu mjr Czesław Pruski, (obecnie na emeryturze), który był ze swoimi strażakami jednym z pierwszych na miejscu tragedii zarządził przerwę w poszukiwaniach ofiar uznając, że chyba nie ma ich więcej. Ale decyzja ta podyktowana była również tym, aby oczyścić wodę w jarze i sprawdzić, co jeszcze leży na dnie.
Do akcji przystąpili ludzie z Kombinatu Budownictwa Komunalnego w Żywcu pod kierownictwem dyrektora Czesława Stanika, który również był jednym z pierwszych na miejscu tragedii. Po przyjeździe na miejsce wice wojewody bielskiego nieżyjącego już dziś Antoniego Kobieli komendant Pruski zameldował Mu o zakończeniu poszukiwań informując, że wyciągnięto z wody 30 trupów w tym jednej kobiety. I tu byłem świadkiem niecodziennej scysji między komendantem Pruskim a obecnym na miejscu prokuratorem Aleksym Rybą. ( zmarł kilka lat temu). Prokurator stwierdził, że w prosektorium podano Mu że jest 31 trupów, w tym dwie kobiety. Zdenerwowany wojewoda zwrócił się do mnie w trybie rozkazującym i powiedział; Bierz mój samochód, jedź do prosektorium i policz w końcu ile jest tych trupów.
Musze przyznać, że było to dla mnie chyba najtrudniejsze zadanie dotychczas w życiu. Jadąc z „duszą na ramieniu” znalazłem się w prosektorium, którego szefem był Franciszek Widz. Jak zobaczyłem ten stos zwłok w tym ciasnym pomieszczeniu, zdębiałem i przerażony wyszedłem na zewnątrz.
Sprawa spornej ilości szybko się wyjaśniła, gdyż w noc poprzedzającą wypadek zmarła na oddziale wewnętrznym kobieta, którą przeniesiono do prosektorium, o czym pan Franciszek nie został poinformowany i stad jego liczba podana prokuratorowi.
Podczas gdy ekipy techniczne „walczyły” z dwoma autobusami wyciągając ich na brzeg a następnie odstawiono do zajezdni PKS w Żywcu – Sporyszu, gdzie miały zostać poddane oględzinom, co do ich sprawności technicznej (ekspertyza wykonana przez biegłych nie wykazała usterek technicznych) został powołany doraźny sztab organizacyjny na czele ze mną.
I tu rozpoczęły się dla nas pierwsze problemy. Władysław Bułka będący wtedy szefem przedsiębiorstwa komunalnego miał nie lada problem, gdyż po pierwsze brak było.... trumien. Przerób jego zakładu pogrzebowego to ledwie dwie sztuki dziennie. A tu potrzeba 30. Sobie tylko znanym sposobem do godzin wieczornych zdołał ściągnąć do miast wszystkie trumny.
Narodziła się koncepcja (już nie wiem, kto był jej autorem), aby wszystkie zwłoki ułożyć w świetlicy miejscowego tartaku. I tak też postanowiono.
Do późnych godzin nocnych przewieziono do sali tartaku wszystkie już ubrane
zwłoki i ułożono w trumnach. Był to straszny widok. Trzydzieści ciał ułożonych równo wzdłuż ścian sali zastygłych w bezruchu, to obraz, który długo jeszcze śnił mi się po nocach. W godzinach wieczornych przyjechał do Żywca delegowany przez premiera – v-ce premier Franciszek Kaim i na miejscu został zredagowany pierwszy komunikat do Polskiej Agencji Prasowej opublikowany w Dzienniku Telewizyjnym. W końcówce komunikatu podano numer telefonu, pod który mogły dzwonić osoby, które chciały się upewnić czy wśród ofiar nie ma kogoś z bliskich. Był to akurat mój służbowy numer (39-17). Jego dźwięk wprawiał mnie wtedy w dygotanie serca. Mają przed sobą listę ofiar czekałem na pytanie..... czy taki a taki jest na liście. Ulgą dla mnie była odpowiedź nie ma.
Ale było parę przypadków, kiedy musiałem niestety potwierdzić, że jest. I wtedy z tamtej strony słychać było tylko szloch i płacz. W tym ponurym nastroju miałem również chwilkę, która w tej tragicznej chwili była prawie, że zabawna. Zadzwoniła jedna z żon górników podając mi imię i nazwisko poszukiwanej osoby. Kiedy sprawdziłem listę i odpowiedziałem, że nie ma Go na liście, usłyszałem: Panie to ta k..... chyba pije, bo jak pojechał na pierwszą zmianę to Go jeszcze nie ma? (a było już około 23-ej). Poradziłem jej, aby również za jego zdrowie i życie wypiła. Ale to tylko epizody. V-ce premier Kaim przywiózł ze sobą ekipę centrali ZUS z Warszawy, która na bieżąco wypłacała rodzinom ofiar zaliczki tytułem zasiłków pogrzebowych. I jak nigdy nie miałem sentymentu do tej instytucji, tak po raz pierwszy podziwiałem ich sprawność i konsekwencje w pozytywnym załatwieniu spraw dla rodzin ofiar. I tu również nie obyło się bez prawie humorystycznego, choć tragicznego przypadku. Otóż po zaliczkę na zasiłek pogrzebowy dla rodziny jednej z ofiar zgłosiły się dwie kobiety. Żona, z którą zmarły nie miał rozwodu i konkubina, z którą zmarły mieszkał od kilku lat. I tu urzędniczka z centrali przyszła do mnie po poradę. Co zrobić. Niewiele się namyślając mówię jej. Niech ich pani podzieli po połowie a przy wyrównaniu sprawę wyjaśnią prawnicy. I tak też zrobiono. Finału sprawy nie znam Tutaj nie wolno zapomnieć o roli kierownictwa i związków zawodowych kopalni „Brzeszcze” na czele z jej dyrektorem Adamem Musiem – nawiasem mówiąc żywczakiem. Niezależnie od środków ZUS kopalnia dawała dosyć duże zapomogi dla rodzin górników, na co z kolei nie było stać żywieckiego PKS – u dla rodzin swoich dwóch kierowców.
W trzecim dniu odbyły się uroczystości pogrzebowe gdzie w Świnnej, Łekawicy, Gilowicach i Ślemieniu pogrzebano 12 osób, zaś w mieście Żywcu odbył się uroczysty zbiorowy pogrzeb 18 górników, którzy wiezieni na lawetach samochodowych przejechali z tartaku pod kościół farny i odwiezieni na cmentarz Przemienienia Pańskiego. W kondukcie pogrzebowym uczestniczyli przedstawiciele władz państwowych i partyjnych województwa i miasta oraz przedstawiciel Kurii krakowskiej (o ile dobrze pamiętam był to bp Małysiak).
W ciągu tych trzech tragicznych dniach dla miasta i ziemi żywieckiej jako władze miasta spotykaliśmy się z ogromną życzliwością wszystkich instytucji, zakładów pracy czy osób fizycznych, bowiem gdy zwracaliśmy się o jakąkolwiek pomoc nigdzie jej nie odmówiono. Tacy ludzie jak Antoni Matlakiewicz, Włodzimierz Gowin, Bogusław Bienias czy wielu innych nie zwracało uwagi na czas czy porę dnia. Czuło się wielką solidarność społeczeństwa w tych dniach a zarazem poczucie bezradności wobec tak wielkiej tragedii. Śmierć 30 osób to tragedia 30 rodzin ich żon, matek ojców czy dzieci.
Ale o jednej z nich warto wspomnieć. W drugim autobusie znalazła się pani Natalia Walaszek (lat 23) żona górnika, który niewiele wcześniej zginął na kopalni. O ironio losu. Ta kobieta, matka małego (chyba Łukasza) synka jechała do dyrekcji kopalni w celu załatwienia wszystkich spraw nieżyjącego już męża. I zginęła. Pamiętam walkę dziadków tego dziecka, którzy chcieli za wszelką cenę zatrzymać tą sierotę by Go wychowywać, pomimo sprzeciwu rodziny. I udało Im się to. Akcji charytatywnej patronowała wtedy „Kronika Beskidzka”. Dziś tenże „maluch” to na pewno już dorosły mężczyzna. Jeśli dotrze do Niego ten artykuł bardzo proszę o kontakt z naszą redakcją gdyż chętnie opiszemy Jego losy.
Po pogrzebie ofiar temat tragedii jeszcze długo był na ustach mieszkańców Podbeskidzia. Zaczynały się dywagacje na temat przyczyn katastrofy. Słyszało się bardzo wiele hipotez, łącznie z ingerencją sił nadprzyrodzonych. Krążyła w regionie wersja o udziale a właściwie przyczynie wypadku, które miało być dziełem milicyjnej „nyski”. Jeśli dać wiarę tej wersji to rozumiem, gdy chodzi o pierwszy autobus. A drugi?
Na temat tej wersji pozwoliłem sobie napisać list do Redaktora Naczelnego Dziennika Zachodniego w odpowiedzi na artykuł, który ukazał się niedawno w piątkowym dodatku – mutacja żywiecka. Treść tego listu przedkładam niżej. Biegli eksperci samochodowi z trzech różnych środowisk wykluczyli niesprawność pojazdów jako przyczynę wypadków. Kierowcy obu autobusów, Józek Adamek i Bolek Zoń, to starzy „wyjadacze” w swoim zawodzie.
I wreszcie sprawa ostatnia w sprawie ewentualnej przyczyny katastrofy. To kwestia warunków atmosferycznych. Pamiętam ten poranek jak wyjeżdżałem z domu było ciemno ( a to był przypuszczalny czas wypadku. To był pierwszy przymrozek tej zimy. Opary wód jeziora spowodowały śliskość jezdni. Bariery były liche. I tu koniec moich dywagacji. Sądzę, że nikt nie umie na to pytanie odpowiedzieć. A jeśli jest ktoś taki to chyba tylko ten, który mógł mieć coś z tym wspólnego.
W rozmowach z młodymi ludźmi często słyszę, że po raz pierwszy ktoś im o tym mówi. W tym okresie czasu z Żywiecczyzny do kopalń na Śląsk dowożono parę tysięcy górników. Już nie pamiętam, w którym to roku, ale to właśnie w Żywcu organizowaliśmy akademie z okazji Dnia Górnika. Śmierć pojedynczych górników kojarzyła nam się zawsze z głębią kopalń a tu nagle 27 górników ginie w ciągu paru minut z dala od kopalń na swej rodzinnej ziemi.
Odwiedziłem to miejsce przed pisaniem tych wspomnień, zadumałem się przy obelisku, na którym wypisane są imiona, nazwiska i wiek ofiar. I nawet najlepszy reżyser nie wymyśliłby takiego ułożenia listy ofiar. Otwiera ją Józef Adamek – kierowca jednego autobusu i zamyka Bolesław Zoń kierowca drugiego. (obydwaj bardzo dobrzy moi znajomi z okresu mej pracy w PKS)Ten pobyt przy obelisku stał się natchnieniem do tekstu a zarazem przypomnieniem koszmaru tej tragedii, którą przeżywaliśmy na własnych oczach.
Tego zapomnieć się nie da.

Kazimierz SEMIK

List do Redaktora Naczelnego Dziennika Zachodniego.

Szanowny Panie Redaktorze.
Szanując gazetę przez pana prowadzoną, która jest dla mnie jednym z bardziej wiarygodnych źródeł informacji, zostałem kompletnie zaskoczony tekstem pani Marianny Lach pod tytułem „ Białe plamy tragedii” DZ nr 47 z 21 11 2003 r.
Wraz z osobami, których nazwiska wymieniam w liście, uczestniczyłem w akcji ratunkowej i dlatego rewelacje oparte na rzekomym świadku mężczyźnie są dla nas prawie, że oskarżeniem o zafałszowanie faktów.
Dlatego uprzejmie proszę pana redaktora o spowodowanie opublikowania załączonego tekstu.
List do Waszej redakcji publikuję w naszej lokalnej gazecie „Nad Sołą i Koszarawą” wraz z moimi wspomnieniami z tamtych dni poświęconych ofiarom tragedii w 25 lecie tego ponurego wydarzenia
Z poważaniem.
Kazimierz Semik.


Najpierw ze zdziwieniem a później z oburzeniem czytałem tekst zamieszczony w DZ nr 47 z 21 11 2003 r. w dodatku ŻYWIEC pt. „Białe plamy tragedii” pióra pani redaktor Marianny Lach (MAL).
Już sam nadtytuł „ Przebieg wypadku utajniono, bo takie były czasy – twierdzą nasi rozmówcy „ sugerował mi, że mam do czynienia z jawną mistyfikacją. Artykuł zaczyna się bardzo uczuciowo, nie wiem tylko czy jest to tylko stwierdzenie czy też żal, że nikt z władz pod tym obeliskiem nie składa kwiatów. Nie bardzo wiem, o co chodzi.
Czytam dalej i oczom nie wierzę, jak pani pisze, „że przebieg tragedii znają tylko zainteresowani sprawą i rodziny tragicznie zmarłych”. Dodaje jeszcze, „że były osoby, które walczyły o prawdę, skończyło się na niczym”
Szanowna Pani, po tym wstępie oczekiwałem, że wreszcie znalazł się dziennikarz, który po 25 latach doszedł w tej sprawie do prawdy. Bardzo się pomyliłem. Najbardziej zrozumiałymi są dla mnie kolejne dwa zdania, gdzie pani pisze „ Życia nikomu się nie przywróci. Nie wiem, więc czy jest sens odnawiać całą sprawę”. I tu pani trafia w sedno. Bo to, co pani pisze dalej faktycznie nie ma sensu. A według mnie jest czystym kłamstwem. Przechodzi pani nagle w sferę materialną ofiar na przykładzie dwóch kierowców PKS w tym ojca Tomasza, Adamka Józefa. I to jest prawda. Tylko trzeba wrócić do tamtych lat, gdzie układy zbiorowe w górnictwie a w transporcie samochodowym to było niebo i ziemia.
Chciałbym wiedzieć, co miał na myśli ksiądz który w 1990 roku przy wmurowaniu tablicy z nazwiskami ofiar, wspomniał o białych plamach całej historii związanej z katastrofą.
I wreszcie docieramy do sedna sprawy czyli kompletnej mistyfikacji faktów. Powołuje się pani na mężczyznę, który podaje swoje nazwisko tylko do wiadomości redakcji, twierdząc, że na moście była przeszkoda, więc kierowca zaczął hamować.
Jak by tego było mało, owa przeszkodą była „nyska” oczywiście milicyjna, która reflektorami oślepiła kierowcę autobusu.
Dalej powołuje się pani na świadków!? Którzy podają, że nysa uczestniczyła chwilę wcześniej w kolizji z samochodem osobowym i też, wraz z pasażerami, spadła z mostu zostawiając ślady na autobusie”.
I jak gdyby nic, kończy pani swoje insynuacje podparte opiniami rzekomymi świadkami dyletanckim stwierdzeniem – „ Nic dziwnego, że ze śledztwa nic nie było. W dół nysa i autobus poszły razem- dodaje mężczyzna. Koniec, kropka.
Pozwoli pani redaktor, że zadam pani parę pytań.
Czy pisząc ten „kulawy” tekst (piszę kulawy, bo pani zupełnie w swych mistycznych wywodach zapomniała o drugim autobusie, który również wpadł do jeziora) zdawała sobie pani sprawę z tego, że słowa przelane na papier w sprawach ludzkich tragedii odgrzebane po 25 latach mogą brzmieć fałszywie?
Co na temat drugiego autobusu ma do powiedzenia rzekomy naoczny świadek tragedii, bo chyba drugiej „nyski „ nie było? Nie ukrywam, że bardzo chętnie przy zachowaniu tajemnicy dziennikarskiej spotkałbym się z tym rzekomym świadkiem, zadając mu podstawowe pytanie, co On tam o tej porze robił, i dlaczego korzystając z pełnej swobody wypowiedzi „zapomniał” o swoich dowodach powiadomić, kogo trzeba?
Pisząc o tej „nysce”, która miała wpaść wraz z autobusem do jeziora zakpiła sobie pani (oczywiście pod wpływem rzekomego świadka) z osób uczestniczących w akcji ratowniczej, którzy od samego początku wyciągali z jeziora i żywych i zwłoki. Mowa jest oczywiście o zawodowych strażakach pod dowództwem mjr. Czesława Pruskiego. Dziwne, że nie przeoczyli żadnego z nieboszczyków a nie dojrzeli rzekomej „nyski”. Zakpiła pani z ekipy pracowników KBK Żywiec, którą kierował dyr. Czesław Stanik, która wyciągała z jeziora autobusy oraz drobne przedmioty należące do pasażerów a nie dostrzegli..... „nyski”.
Jeśli, jak pani pisze, „nysa” spadła do jeziora wraz z pasażerami to strażacy wyciągając zwłoki górników, zapomnieli o pasażerach czyli milicjantach?
Pani redaktor, prawdopodobnie panią kierowały szlachetne pobudki i chciała pani uczcić tą smutną rocznicę. Niestety wyszło to strasznie. Zapomniała pani, że żyją jeszcze świadkowie tamtych wydarzeń i to Oni dzwonili i rozmawiali ze mną, aby dać odpór tej fałszywie opisanej tragedii. Jeśli jest inaczej proszę o dowody. A jeśli nie ma. To ciszej nad tymi trumnami.
Kazimierz SEMIK
Żywiec


do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.