TRAGEDIA W WILCZYM JARZE - 25 lat temu
Nie zapomnę tego listopadowego dnia nigdy w życiu. Miałem
jechać do Krakowa na zajęcia na uczelni. Wsiadłem w Lipowej do autobusu
o 4,35 rano by o 4,50 znaleźć się na dworcu autobusowym w Żywcu.
Czekam spokojnie na dworcu na autobus do Krakowa, gdy w miedzyczasie
podszedł do mnie dyżurny ruchu pan Puda, który oznajmił mi wprost.
Panie naczelniku, (pełniłem w tym czasie funkcję zastępcy naczelnika
miasta Żywca) stała się wielka tragedia dwa nasze autobusy wiozące
górników do kopalni spadły z mostu do jeziora w Wilczym Jarze.
Zdębiałem i zapytałem czy wiedzą coś o losie pasażerów. Tego nikt
nie wie odpowiedział dyżurny, ale może być ich i ponad pięćdziesiąt.
Podobno paru przeżyło. Nie zastanawiając się ani przez moment zmieniłem
swoją decyzję o wyjeździe do Krakowa i poprosiłem dyżurnego o to
by jakimkolwiek wolnym autobusem dowiózł mnie na miejsce tragedii.
Dojechałem do skrzyżowania w Zadzielu
gdzie była już zablokowana droga i milicyjnym gazikiem dojechałem
do celu.
Mogła być to godzina 5,30 6,00. Zobaczyłem przerażający widok.
Na północnym zboczu Jaru leżały wyciągnięte przez strażaków zwłoki
górników pasażerów pierwszego autobusu, samochodami odwożono zwłoki
do żywieckiego prosektorium. Pamiętam moment gdzie dowodzący akcja
ratowniczą ówczesny komendant rejonowy Straży Pożarnej w Żywcu mjr
Czesław Pruski, (obecnie na emeryturze), który był ze swoimi strażakami
jednym z pierwszych na miejscu tragedii zarządził przerwę w poszukiwaniach
ofiar uznając, że chyba nie ma ich więcej. Ale decyzja ta podyktowana
była również tym, aby oczyścić wodę w jarze i sprawdzić, co jeszcze
leży na dnie.
Do akcji przystąpili ludzie z Kombinatu Budownictwa Komunalnego w Żywcu pod kierownictwem
dyrektora Czesława Stanika, który również był jednym z pierwszych na miejscu
tragedii. Po przyjeździe na miejsce wice wojewody bielskiego nieżyjącego już
dziś Antoniego Kobieli komendant Pruski zameldował Mu o zakończeniu poszukiwań
informując, że wyciągnięto z wody 30 trupów w tym jednej kobiety. I tu byłem
świadkiem niecodziennej scysji między komendantem Pruskim a obecnym na miejscu
prokuratorem Aleksym Rybą. ( zmarł kilka lat temu). Prokurator stwierdził, że
w prosektorium podano Mu że jest 31 trupów, w tym dwie kobiety. Zdenerwowany
wojewoda zwrócił się do mnie w trybie rozkazującym i powiedział; Bierz mój samochód,
jedź do prosektorium i policz w końcu ile jest tych trupów.
Musze przyznać, że było to dla mnie chyba najtrudniejsze zadanie dotychczas w
życiu. Jadąc z duszą na ramieniu znalazłem się w prosektorium, którego szefem
był Franciszek Widz. Jak zobaczyłem ten stos zwłok w tym ciasnym pomieszczeniu,
zdębiałem i przerażony wyszedłem na zewnątrz.
Sprawa spornej ilości szybko się wyjaśniła, gdyż w noc poprzedzającą wypadek
zmarła na oddziale wewnętrznym kobieta, którą przeniesiono do prosektorium, o
czym pan Franciszek nie został poinformowany i stad jego liczba podana prokuratorowi.
Podczas gdy ekipy techniczne walczyły z dwoma autobusami wyciągając ich na
brzeg a następnie odstawiono do zajezdni PKS w Żywcu Sporyszu, gdzie miały
zostać poddane oględzinom, co do ich sprawności technicznej (ekspertyza wykonana
przez biegłych nie wykazała usterek technicznych) został powołany doraźny sztab
organizacyjny na czele ze mną.
I tu rozpoczęły się dla nas pierwsze problemy. Władysław Bułka będący wtedy szefem
przedsiębiorstwa komunalnego miał nie lada problem, gdyż po pierwsze brak było....
trumien. Przerób jego zakładu pogrzebowego to ledwie dwie sztuki dziennie. A
tu potrzeba 30. Sobie tylko znanym sposobem do godzin wieczornych zdołał ściągnąć
do miast wszystkie trumny.
Narodziła się koncepcja (już nie wiem, kto był jej autorem), aby wszystkie zwłoki
ułożyć w świetlicy miejscowego tartaku. I tak też postanowiono.
Do późnych godzin nocnych przewieziono do sali tartaku wszystkie już ubrane
zwłoki i ułożono w trumnach. Był to straszny widok. Trzydzieści ciał ułożonych
równo wzdłuż ścian sali zastygłych w bezruchu, to obraz, który długo jeszcze
śnił mi się po nocach. W godzinach wieczornych przyjechał do Żywca delegowany
przez premiera v-ce premier Franciszek Kaim i na miejscu został zredagowany
pierwszy komunikat do Polskiej Agencji Prasowej opublikowany w Dzienniku Telewizyjnym.
W końcówce komunikatu podano numer telefonu, pod który mogły dzwonić osoby, które
chciały się upewnić czy wśród ofiar nie ma kogoś z bliskich. Był to akurat mój
służbowy numer (39-17). Jego dźwięk wprawiał mnie wtedy w dygotanie serca. Mają
przed sobą listę ofiar czekałem na pytanie..... czy taki a taki jest na liście.
Ulgą dla mnie była odpowiedź nie ma.
Ale było parę przypadków, kiedy musiałem niestety potwierdzić, że jest. I wtedy
z tamtej strony słychać było tylko szloch i płacz. W tym ponurym nastroju miałem
również chwilkę, która w tej tragicznej chwili była prawie, że zabawna. Zadzwoniła
jedna z żon górników podając mi imię i nazwisko poszukiwanej osoby. Kiedy sprawdziłem
listę i odpowiedziałem, że nie ma Go na liście, usłyszałem: Panie to ta k.....
chyba pije, bo jak pojechał na pierwszą zmianę to Go jeszcze nie ma? (a było
już około 23-ej). Poradziłem jej, aby również za jego zdrowie i życie wypiła.
Ale to tylko epizody. V-ce premier Kaim przywiózł ze sobą ekipę centrali ZUS
z Warszawy, która na bieżąco wypłacała rodzinom ofiar zaliczki tytułem zasiłków
pogrzebowych. I jak nigdy nie miałem sentymentu do tej instytucji, tak po raz
pierwszy podziwiałem ich sprawność i konsekwencje w pozytywnym załatwieniu spraw
dla rodzin ofiar. I tu również nie obyło się bez prawie humorystycznego, choć
tragicznego przypadku. Otóż po zaliczkę na zasiłek pogrzebowy dla rodziny jednej
z ofiar zgłosiły się dwie kobiety. Żona, z którą zmarły nie miał rozwodu i konkubina,
z którą zmarły mieszkał od kilku lat. I tu urzędniczka z centrali przyszła do
mnie po poradę. Co zrobić. Niewiele się namyślając mówię jej. Niech ich pani
podzieli po połowie a przy wyrównaniu sprawę wyjaśnią prawnicy. I tak też zrobiono.
Finału sprawy nie znam Tutaj nie wolno zapomnieć o roli kierownictwa i związków
zawodowych kopalni Brzeszcze na czele z jej dyrektorem Adamem Musiem nawiasem
mówiąc żywczakiem. Niezależnie od środków ZUS kopalnia dawała dosyć duże zapomogi
dla rodzin górników, na co z kolei nie było stać żywieckiego PKS u dla rodzin
swoich dwóch kierowców.
W trzecim dniu odbyły się uroczystości pogrzebowe gdzie w Świnnej, Łekawicy,
Gilowicach i Ślemieniu pogrzebano 12 osób, zaś w mieście Żywcu odbył się uroczysty
zbiorowy pogrzeb 18 górników, którzy wiezieni na lawetach samochodowych przejechali
z tartaku pod kościół farny i odwiezieni na cmentarz Przemienienia Pańskiego.
W kondukcie pogrzebowym uczestniczyli przedstawiciele władz państwowych i partyjnych
województwa i miasta oraz przedstawiciel Kurii krakowskiej (o ile dobrze pamiętam
był to bp Małysiak).
W ciągu tych trzech tragicznych dniach dla miasta i ziemi żywieckiej jako władze
miasta spotykaliśmy się z ogromną życzliwością wszystkich instytucji, zakładów
pracy czy osób fizycznych, bowiem gdy zwracaliśmy się o jakąkolwiek pomoc nigdzie
jej nie odmówiono. Tacy ludzie jak Antoni Matlakiewicz, Włodzimierz Gowin, Bogusław
Bienias czy wielu innych nie zwracało uwagi na czas czy porę dnia. Czuło się
wielką solidarność społeczeństwa w tych dniach a zarazem poczucie bezradności
wobec tak wielkiej tragedii. Śmierć 30 osób to tragedia 30 rodzin ich żon, matek
ojców czy dzieci.
Ale o jednej z nich warto wspomnieć. W drugim autobusie znalazła się pani Natalia
Walaszek (lat 23) żona górnika, który niewiele wcześniej zginął na kopalni. O
ironio losu. Ta kobieta, matka małego (chyba Łukasza) synka jechała do dyrekcji
kopalni w celu załatwienia wszystkich spraw nieżyjącego już męża. I zginęła.
Pamiętam walkę dziadków tego dziecka, którzy chcieli za wszelką cenę zatrzymać
tą sierotę by Go wychowywać, pomimo sprzeciwu rodziny. I udało Im się to. Akcji
charytatywnej patronowała wtedy Kronika Beskidzka. Dziś tenże maluch to na
pewno już dorosły mężczyzna. Jeśli dotrze do Niego ten artykuł bardzo proszę
o kontakt z naszą redakcją gdyż chętnie opiszemy Jego losy.
Po pogrzebie ofiar temat tragedii jeszcze długo był na ustach mieszkańców Podbeskidzia.
Zaczynały się dywagacje na temat przyczyn katastrofy. Słyszało się bardzo wiele
hipotez, łącznie z ingerencją sił nadprzyrodzonych. Krążyła w regionie wersja
o udziale a właściwie przyczynie wypadku, które miało być dziełem milicyjnej
nyski. Jeśli dać wiarę tej wersji to rozumiem, gdy chodzi o pierwszy autobus.
A drugi?
Na temat tej wersji pozwoliłem sobie napisać list do Redaktora Naczelnego Dziennika
Zachodniego w odpowiedzi na artykuł, który ukazał się niedawno w piątkowym dodatku
mutacja żywiecka. Treść tego listu przedkładam niżej. Biegli eksperci samochodowi
z trzech różnych środowisk wykluczyli niesprawność pojazdów jako przyczynę wypadków.
Kierowcy obu autobusów, Józek Adamek i Bolek Zoń, to starzy wyjadacze w swoim
zawodzie.
I wreszcie sprawa ostatnia w sprawie ewentualnej przyczyny katastrofy. To kwestia
warunków atmosferycznych. Pamiętam ten poranek jak wyjeżdżałem z domu było ciemno
( a to był przypuszczalny czas wypadku. To był pierwszy przymrozek tej zimy.
Opary wód jeziora spowodowały śliskość jezdni. Bariery były liche. I tu koniec
moich dywagacji. Sądzę, że nikt nie umie na to pytanie odpowiedzieć. A jeśli
jest ktoś taki to chyba tylko ten, który mógł mieć coś z tym wspólnego.
W rozmowach z młodymi ludźmi często słyszę, że po raz pierwszy ktoś im o tym
mówi. W tym okresie czasu z Żywiecczyzny do kopalń na Śląsk dowożono parę tysięcy
górników. Już nie pamiętam, w którym to roku, ale to właśnie w Żywcu organizowaliśmy
akademie z okazji Dnia Górnika. Śmierć pojedynczych górników kojarzyła nam się
zawsze z głębią kopalń a tu nagle 27 górników ginie w ciągu paru minut z dala
od kopalń na swej rodzinnej ziemi.
Odwiedziłem to miejsce przed pisaniem tych wspomnień, zadumałem się przy obelisku,
na którym wypisane są imiona, nazwiska i wiek ofiar. I nawet najlepszy reżyser
nie wymyśliłby takiego ułożenia listy ofiar. Otwiera ją Józef Adamek kierowca
jednego autobusu i zamyka Bolesław Zoń kierowca drugiego. (obydwaj bardzo dobrzy
moi znajomi z okresu mej pracy w PKS)Ten pobyt przy obelisku stał się natchnieniem
do tekstu a zarazem przypomnieniem koszmaru tej tragedii, którą przeżywaliśmy
na własnych oczach.
Tego zapomnieć się nie da.
Kazimierz SEMIK
List do Redaktora Naczelnego Dziennika Zachodniego.
Szanowny Panie Redaktorze.
Szanując gazetę przez pana prowadzoną, która jest dla mnie jednym
z bardziej wiarygodnych źródeł informacji, zostałem kompletnie
zaskoczony tekstem pani Marianny Lach pod tytułem Białe plamy
tragedii DZ nr 47 z 21 11 2003 r.
Wraz z osobami, których nazwiska wymieniam w liście, uczestniczyłem
w akcji ratunkowej i dlatego rewelacje oparte na rzekomym świadku
mężczyźnie są dla nas prawie, że oskarżeniem o zafałszowanie faktów.
Dlatego uprzejmie proszę pana redaktora o spowodowanie opublikowania
załączonego tekstu.
List do Waszej redakcji publikuję w naszej lokalnej gazecie Nad
Sołą i Koszarawą wraz z moimi wspomnieniami z tamtych dni poświęconych
ofiarom tragedii w 25 lecie tego ponurego wydarzenia
Z poważaniem.
Kazimierz Semik.
Najpierw ze zdziwieniem a później z oburzeniem czytałem tekst zamieszczony
w DZ nr 47 z 21 11 2003 r. w dodatku ŻYWIEC pt. Białe plamy tragedii
pióra pani redaktor Marianny Lach (MAL).
Już sam nadtytuł Przebieg wypadku utajniono, bo takie były czasy twierdzą
nasi rozmówcy sugerował mi, że mam do czynienia z jawną mistyfikacją. Artykuł
zaczyna się bardzo uczuciowo, nie wiem tylko czy jest to tylko stwierdzenie
czy też żal, że nikt z władz pod tym obeliskiem nie składa kwiatów. Nie bardzo
wiem, o co chodzi.
Czytam dalej i oczom nie wierzę, jak pani pisze, że przebieg tragedii znają
tylko zainteresowani sprawą i rodziny tragicznie zmarłych. Dodaje jeszcze,
że były osoby, które walczyły o prawdę, skończyło się na niczym
Szanowna Pani, po tym wstępie oczekiwałem, że wreszcie znalazł się dziennikarz,
który po 25 latach doszedł w tej sprawie do prawdy. Bardzo się pomyliłem. Najbardziej
zrozumiałymi są dla mnie kolejne dwa zdania, gdzie pani pisze Życia nikomu
się nie przywróci. Nie wiem, więc czy jest sens odnawiać całą sprawę. I tu
pani trafia w sedno. Bo to, co pani pisze dalej faktycznie nie ma sensu. A
według mnie jest czystym kłamstwem. Przechodzi pani nagle w sferę materialną
ofiar na przykładzie dwóch kierowców PKS w tym ojca Tomasza, Adamka Józefa.
I to jest prawda. Tylko trzeba wrócić do tamtych lat, gdzie układy zbiorowe
w górnictwie a w transporcie samochodowym to było niebo i ziemia.
Chciałbym wiedzieć, co miał na myśli ksiądz który w 1990 roku przy wmurowaniu
tablicy z nazwiskami ofiar, wspomniał o białych plamach całej historii związanej
z katastrofą.
I wreszcie docieramy do sedna sprawy czyli kompletnej mistyfikacji faktów.
Powołuje się pani na mężczyznę, który podaje swoje nazwisko tylko do wiadomości
redakcji, twierdząc, że na moście była przeszkoda, więc kierowca zaczął hamować.
Jak by tego było mało, owa przeszkodą była nyska oczywiście milicyjna, która
reflektorami oślepiła kierowcę autobusu.
Dalej powołuje się pani na świadków!? Którzy podają, że nysa uczestniczyła
chwilę wcześniej w kolizji z samochodem osobowym i też, wraz z pasażerami,
spadła z mostu zostawiając ślady na autobusie.
I jak gdyby nic, kończy pani swoje insynuacje podparte opiniami rzekomymi świadkami
dyletanckim stwierdzeniem Nic dziwnego, że ze śledztwa nic nie było. W
dół nysa i autobus poszły razem- dodaje mężczyzna. Koniec, kropka.
Pozwoli pani redaktor, że zadam pani parę pytań.
Czy pisząc ten kulawy tekst (piszę kulawy, bo pani zupełnie w swych mistycznych
wywodach zapomniała o drugim autobusie, który również wpadł do jeziora) zdawała
sobie pani sprawę z tego, że słowa przelane na papier w sprawach ludzkich tragedii
odgrzebane po 25 latach mogą brzmieć fałszywie?
Co na temat drugiego autobusu ma do powiedzenia rzekomy naoczny świadek tragedii,
bo chyba drugiej nyski nie było? Nie ukrywam, że bardzo chętnie przy zachowaniu
tajemnicy dziennikarskiej spotkałbym się z tym rzekomym świadkiem, zadając
mu podstawowe pytanie, co On tam o tej porze robił, i dlaczego korzystając
z pełnej swobody wypowiedzi zapomniał o swoich dowodach powiadomić, kogo
trzeba?
Pisząc o tej nysce, która miała wpaść wraz z autobusem do jeziora zakpiła
sobie pani (oczywiście pod wpływem rzekomego świadka) z osób uczestniczących
w akcji ratowniczej, którzy od samego początku wyciągali z jeziora i żywych
i zwłoki. Mowa jest oczywiście o zawodowych strażakach pod dowództwem mjr.
Czesława Pruskiego. Dziwne, że nie przeoczyli żadnego z nieboszczyków a nie
dojrzeli rzekomej nyski. Zakpiła pani z ekipy pracowników KBK Żywiec, którą
kierował dyr. Czesław Stanik, która wyciągała z jeziora autobusy oraz drobne
przedmioty należące do pasażerów a nie dostrzegli..... nyski.
Jeśli, jak pani pisze, nysa spadła do jeziora wraz z pasażerami to strażacy
wyciągając zwłoki górników, zapomnieli o pasażerach czyli milicjantach?
Pani redaktor, prawdopodobnie panią kierowały szlachetne pobudki i chciała
pani uczcić tą smutną rocznicę. Niestety wyszło to strasznie. Zapomniała pani,
że żyją jeszcze świadkowie tamtych wydarzeń i to Oni dzwonili i rozmawiali
ze mną, aby dać odpór tej fałszywie opisanej tragedii. Jeśli jest inaczej proszę
o dowody. A jeśli nie ma. To ciszej nad tymi trumnami.
Kazimierz SEMIK
Żywiec