Nad Sołą i Koszarawą - nr 24 (127) - rok  VI - 15 Grudzień 2003

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 
Jerzy Stuhr - GOSPODARZ PEŁNĄ GĘBĄ

Rozmowa z aktorem i reżyserem Jerzym Stuhrem, którego obecnie możemy oglądać w kinach w filmie „Pogoda na jutro”

- W filmie „Show” zagrał Pan bezwzględnego szefa stacji, który dla wzrostu oglądalności jest gotowy kontynuować program mimo popełnionej w nim zbrodni. Zgodził się Pan zagrać tę postać, bo jest tak diametralnie różna od Pana?
- Nie. Chciałem pomóc panu Maciejowi Ślesickiemu, bo uważam, że napisał scenariusz, który porusza palące sprawy. To pierwszy film o tym, jak niebezpieczne potrafią być media. Ja się pod tym podpisuję. Zresztą tak się złożyło, że razem w panem Maciejem bardzo podobnie kombinujemy. W moim filmie „Pogoda na jutro” też pojawia się motyw reality show. Nie jest to plagiat, broń Boże. U mnie cała sytuacja jest przedstawiona od strony ojca jednego z uczestników.

- Skąd ten pomysł?
- Kiedyś przez przypadek zdarzyło mi się oglądać późną nocą jeden z odcinków „Baru”, o ile mnie pamięć nie myli, podczas którego dwoje młodych ludzi kopulowało na ekranie. Nie zgorszyło mnie to, bardziej zastanowiło, co czują ich rodzice. Wtedy zapaliło mi się w głowie światełko: przecież to jest świetny temat na film. Jak rodzice odbierają uczestników takich programów, czy mają rozterki, czy może się cieszą?

- Czy sądzi Pan, że ludzie, którzy biorą udział w reality show, są szczerzy?
- Nie, a potrafię to ocenić, bo od 30 lat uczę młodych ludzi i wiem, kiedy są szczerzy, a kiedy w ich zachowania i wypowiedzi wkrada się fałsz.

- Ale dzięki temu po zakończeniu programów są popularni, robią kariery, itd.
- Myślę, że zaczynamy mylić pewne pojęcia. Co dziś oznacza słowo kariera? Czy pięciominutowe błyśnięcie na ekranie jest równoznaczne ze sławą? Te słowa już się zdewaluowały. Jakiś czas temu tankowałem na stacji benzynowej, panowie z obsługi zawyli z radości na mój widok: „co za niezwykły dzień, proszę sobie wyobrazić, że przed panem był u nas Gulczas”. Po czym chcieli, bym złożył swój autograf na ścianie tuż pod podpisem Gulczasa. Pozostawiam to bez komentarza.

- Nie szanuje Pan ludzi, którzy zdobywają sławę w ten sposób?
- Nie, nie szanuję tych, którzy po takim programie uważają, że zrobili karierę. Skoro Gulczas zrobił karierę, to co w takim razie zrobił na przykład Penderecki? Myślę, że popularność tego pierwszego można porównać do sławy kogoś, kto dawniej zapowiadał w telewizji pogodę.

- Czy sądzi Pan, że jako autorytet, który z niechęcią wypowiada się na temat reality show, wpływa na opinie innych ludzi?
- Wcale nie wymagam, by wszyscy podzielali moje zdanie. Po prostu nie podoba mi się, że w tych programach wszystko jest skażone żądzą pieniędzy.

- Panu nigdy nie zdarzyło się robić czegoś dla pieniędzy?
- Mnie płacą za uwiarygodnianie fikcji. Taki jest mój zawód. Życie sprzedam, owszem, ale tylko w kostiumie i na scenie.

- Jakie widzi Pan różnice między aktorem a uczestnikiem programów reality show?
- No cóż, jako aktor również otwieram swoje intymne strony i opowiadam ludziom moje historie. Z tym wyjątkiem, że robię to, mam nadzieję, w imię sztuki. Myślę, że to mnie usprawiedliwia w pewnym sensie. A proszę mi wierzyć, że jest mi szalenie ciężko zwierzać się ze swych intymnych spraw, weźmy na przykład „Tydzień z życia mężczyzny”. Zawsze podkreślam, że znacznie trudniej było mi podjąć decyzję o tym, czy realizować ten pomysł, niż już go realizować.

- To znaczy?
- Wiele miesięcy zastanawiałem się, czy ja w ogóle mogę opowiedzieć tę historię, otworzyć się do tego stopnia, tak bardzo wybebeszyć. Wytłumaczyłem jednak sobie, że będzie to w pewnym sensie wypowiedź artysty. No, a uczestnicy reality show? Opowiadają o sobie za pieniądze i to w dodatku fałszywie.

- Mówi się, że aktorzy są ekshibicjonistami...
- Czy ja wiem... Podstawowa różnica jest taka, że ekshibicjonista lubi się rozbierać, a mnie to męczy i wiele kosztuje.

- Gdy Pan ogląda swojego syna na ekranie, odbiera go jako ojciec czy aktor i pedagog?
- To wyjątkowo trudna sytuacja; patrzę mimo wszystko jako ojciec. Niedawno byłem na premierze „Rewizora” z udziałem Maćka i tak się denerwowałem, że nic z tego spektaklu nie zapamiętałem. Ponieważ znam tę sztukę na pamięć, bo sam w niej kiedyś grałem, wciąż się zastanawiałem, jak wypadnie mój syn, czy sobie da radę w tym monologu, itd. Myślę, że jeszcze raz będę musiał wybrać się na „Rewizora” i spojrzeć na niego nieco chłodniejszym okiem.

- Czy udziela Pan Maćkowi rad jako fachowiec?
- Tak, i co gorsza często wytykam mu błędy. Pewnie chciałby być czasami chwalony, ale cóż, sam sobie wybrał ten zawód. Gdyby był cybernetykiem, to bym się nie czepiał.

- Ponoć napisał Pan list do Olafa Lubaszenki w związku z tym, że Pański syn wystąpił w „Poranku kojota” w jego reżyserii...
- Ale to była moja prywatna korespondencja z Olafem. Mogę tylko powiedzieć, że nie był to żaden protest, tylko kilka uwag. Zresztą Olaf często zwraca się do mnie o porady.

- Podobno w wolnych chwilach ucieka Pan z ukochanego Krakowa w góry, do swojego domu pod Rabką. Trudno jest sobie wyobrazić Jerzego Stuhra sadzącego drzewka...
- A jednak, koszę trawę, pielę i czuję się gospodarzem pełną gębą.

- Szykuje Pan sobie azyl na emeryturę?
- Chciałbym, ale nie sądzę, by mi to wyszło przez następne kilka lat. Po raz trzeci zastałem wybrany rektorem krakowskiej szkoły teatralnej.

- Ucieszyła Pana kolejna kadencja?
- Myślę, że o czymś to świadczy. Nie ukrywam, że cieszy mnie to, że ludzie wciąż mają do mnie zaufanie. Bardzo łatwo można się nabawić wrogów, gdy jest się na kierowniczym stanowisku. Poza tym czuję się bardzo związany ze szkołą. W trakcie mojej 30-letniej kariery zawodowej uczelnia była jedyną rzeczą, której nigdy nie porzuciłem. Odchodziłem z teatrów, opuszczałem różnych ludzi, zmieniałem ekipy filmowe. A ze szkoły jakoś nigdy nie mogłem zrezygnować. Myślę, że bycie pedagogiem jest moim powołaniem.
Aleksandra Sochoń
Foto:
1. Jerzy Stuhr

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.