Prosto z mostu
Ponad dwutygodniowy rozbrat z gazetą, wynikły zresztą z przyczyn osobistych,
dał mi możliwość świeżego spojrzenia na sprawy polityki krajowej i
lokalnej. W międzyczasie odebrałem szereg telefonicznych uwag na temat
swoich "wypocin", jak również w rozmowach bezpośrednich konfrontowałem
moje poglądy z otaczającą nas rzeczywistością. Trzeba przyznać, że
nie był to dla mnie czas stracony. Trochę poirytowałem się w bezpośredniej
i długiej rozmowie z moim stałym adwersarzem, którego umownie nazwijmy
Panem Andrzejem. Otóż, ów Pan twierdzi, że moje pióro zaczyna się krzywić
w prawą stronę, co by miało delikatnie oznaczać, że w obliczu zbliżających
się i intensywnie narastających kłopotów lewicowej formacji, próbuję
się wyślizgnąć jak szczur z tonącego okrętu. Oj, Panie Andrzeju, tu
się Pan niestety myli. Wiem, że za postawę pańskich domniemań przyjął
pan przedostatni mój artykuł z numeru 20 z 15 X 2003 r. a ściśle mówiąc
jego środkowy segment. Nie ukrywam, że nie jest przyjemnie pisać takie
teksty, i to człowiekowi od lat związanemu z tą formacją, ale nie można
przejść obojętnie wobec niektórych faktów mieszczących się już w kategoriach
wynaturzeń. Jako przyczynę tego stanu rzeczy podałem trzy przymioty,
niekompetencje rządzących, nieudacznictwo i arogancję. I nic się nie
zmienia. "Psy szczekają a karawana idzie dalej" - ale i do
oazy coraz dalej. Ja i nie tylko ja, nie twierdzimy, że rządowi jest
lekko, że rozmowy tak w kraju jak i za granicą są łatwe, że dzień wstąpienia
do Unii jest tuż, tuż. Ale proszę państwa, nic się nie zmienia w systemie
rządzenia. Jakby z kapelusza, premier Hausner wyciąga program naprawy
finansów publicznych, który ma zmniejszyć dziurę budżetową. Okazuje
się, że jest to program partii rządzącej, o którego celach ostatni
dowiedzieli się chyba członkowie SLD ( tak się szanuje elektorat).
I uwaga, jest to program partii socjaldemokratycznej, w którym jest
przede wszystkim chęć obcięcia wydatków socjalnych. I tu niestety zaczyna
się "nóż w kieszeni otwierać". Kiedy pisałem o niekompetencji
tego rządu miałem i mam na myśli karuzelę kadrową i to zupełnie przypadkową,
będącą wynikową aktualnych afer w kraju. Oglądając czułe sceny w parlamencie,
gdzie ważą się losy bądź co bądź wpływowego człowieka, który podobno
rządził policją, łzy przychodziły do oczu, bo jakże to tak, takiego "prawiczka" można
szkalować jeszcze przed wyrokiem. A tu ni stąd ni z owąd rewolucja
personalna na samej wierchuszce w policji, li tylko dlatego, że jej
główny szef w czasie pięciu zeznań w prokuraturze, tylko trzy razy
mówił co innego. Zatem pytanie, czy to my jesteśmy wariatami już od
zawsze, czy to z nas robi się wariatów? Jeśli do tego dodamy kilka
kolejnych wpadek, które już niedługo będą miały wymiar afer, to zachodzi
pytanie, czy jeszcze w tym kraju jest ktoś, kto panuje nad tą sytuacją.
Tyle z pogranicza Temidy Panie Andrzeju. Wiem, że na pewno Pana też
w tych tematach szlag trafia. Ale idźmy dalej. Półmetek kadencji tego
rządu, notowania lecą na łeb na szyję a my z otwartą przyłbicą zaczynamy
robić porządki w partii i to nie porządki kadrowe a porządki prawie,
że statystyczne. Ogłoszono słynną weryfikację członków SLD a chcąc
to w jakiś sposób usystematyzować, wprowadzono deklaracje, czyli czterostronicowy
arkusz przypominający mi kartę personalną z lat pięćdziesiątych. Brak
wprawdzie na niej mojego stosunku do religii, reinkarnacji czy też
podejścia do spraw seksu. Ot karta. Kto ją wypełni, oznacza, że pozostaje
w partii i już. Chciałbym, aby ktoś pofatygował się z opublikowaniem
wyników statystycznych po weryfikacji tych ankiet. Nie chodzi mi o
to, o ile zmniejszy się ilość członków SLD w wyniku tej weryfikacji,
bo jak analitycy twierdzą, że na pewno około 30 % ( oby!). Interesuje
mnie natomiast ile to "zagorzałych sympatyków lewicy" zrezygnowało
z dalszej przynależności do SLD tylko dlatego, że......... nie zostali
wybrani do samorządów terytorialnych a zapisali się do tej partii tuż
przed układaniem list wyborczych. To może być bardzo ciekawa lektura,
z której to ugrupowanie powinno wyciągnąć daleko idące wnioski. Zostańmy
jeszcze chwilę przy tej osławionej weryfikacji. Zadaję sobie proste
pytanie, kto kogo będzie weryfikował? Bo jeśli ma się to odbyć w "poziomie" to,
to można o kant d... rozbić. Jak może pies psu oko wygryźć? Po drugie,
jakie są kryteria tej weryfikacji, moralne, światopoglądowe, etyczne
czy diabeł wie co. Bo jeśli mamy wyrzucać z partii tych, co nie płacą
składek, to do tego nie potrzeba weryfikatorów, jeśli mamy wyrzucać
przestępców skazanych przez organy ścigania, to jest to zapisane w
statucie. Tak więc, o kogo chodzi? Bo ja naprawdę nie wiem. I nie wiem
Panie Andrzeju czy Pan też dobrze wie, o co chodzi. Polemizując z Panem
chciałbym aby Pan zrozumiał moje intencje, którymi kieruję się, obarczając
rząd za obecny stan poparcia dla SLD. Tzw. "pakiet oszczędnościowy
Hausnera" jest dla mnie kompletnie niezrozumiały. Ja wiem i wszyscy
wiemy, że musimy zacisnąć pasa. I tutaj cechuje nas całkowita zgodność
poglądów. Tylko, że, prawdopodobnie punkt widzenia wynika z punktu
siedzenia. Inne spojrzenie na ten pakiet ma rząd a inne społeczeństwo
a przynajmniej ta jego część, która może go najbardziej odczuć. Ja
poprzednio pisałem, że uderzając w rencistów jako całość robi się im
ogromną krzywdę, gdyż zdecydowana ich część to ludzie ułomni, chorzy
i niesprawni, którzy za odzyskanie zdrowia daliby wszystko, by tylko
móc iść do pracy. To prawda, że w tej rzeszy ludzi jest część cwaniaków,
którzy poprzez rozmaite symulacje korzystają z przywilejów im nienależnych.
Ale czy to tylko ich "zasługa"? Przecież ktoś im te uprawnienia
przyznał. A więc leczmy przyczyny a nie skutki. Gani mnie Pan, że jakoś
zapominam o czasie przeszłym i o potężnej wyrwie finansowej w budżecie,
której twórcami była poprzednia ekipa. Zgadzam się z panem w całej
pełni. Na ten temat pisałem już wiele razy nie zostawiając suchej nitki
na poprzednikach. Ale Panie Andrzeju, dokąd można tolerować szkolne
błędy naszych pseudo ministrów, którzy potrafili jeszcze bardziej zepsuć
to, co i już tak było kompletnie spieprzone (służba zdrowia, infrastruktura
itp.) Tyle mówiło się o zmniejszeniu administracji, a tu sytuacja jest
odwrotna. Naczelnym zawołaniem w kampanii do Sejmu była sprawa likwidacji
Senatu. I co? I nic. A tylko, dlatego że większość w Senacie stanowią
przedstawiciele partii, która miała go likwidować. Czy to nie żałośnie
śmieszne? Jak wytłumaczyć przeciętnemu śmiertelnikowi, że dla ratowania
budżetu trzeba odebrać mu ostatnie ulgi, jakie dotychczas posiadał,
aby mógł co nieco zrobić w swoim gospodarstwie, gdy tymczasem dowiadujemy
się, że zwiększono nakłady na uwaga; unowocześnienie rządowego ośrodka
wczasów, bądź postanowiono że wszystkim przewodniczącym komisji sejmowych
i senackich oraz ich zastępcom należy zakupić laptopy. Ja już nie mówię
o zakupie luksusowych samochodów czy wymianie samolotów, bo to na pewno
jest potrzebne. Tylko czy aby wszystko. Na marginesie tych samolotów
przypomniała mi się historia sprzed ponad dwudziestu lat, kiedy zostaliśmy,
wprawdzie na krótko " obdarzeni" premierem, który nazywał
się Edward Babiuch. Postać "mikro" w stosunku do Edwarda
Gierka, ale premier. W jego ekspoze w Sejmie przebijała się silna wola
daleko posuniętej oszczędności. Aby dać przykład, podjął decyzję, że,
składając wizytę kanclerzowi Austrii poleci w podróż samolotem rejsowym
Polskich Linii Lotniczych. I tak się stało. Tylko, że, w parę tygodni
później osoby dobrze poinformowane potwierdziły, owszem samolot był
rejsowy, załoga polska, premier z delegacją też polski, tylko że pasażerowie
to sami..... funkcjonariusze SB. No takich oszczędności to nie bardzo
bym chciał. Idźmy dalej Panie Andrzeju. Myślałem, że jak wszyscy mamy
zaciągać pasa to wszyscy. Od głowy począwszy. A ja się dowiaduje, że
tacy na przykład posłowie i senatorowie to oprócz pensji i to wysokiej,
dostawać mają jeszcze tzw. trzynastki. Tu mnie już zatkało. Sam kiedyś
kierowałem firmą i wspólnie z załogą robiliśmy wszystko, aby na koniec
roku kalendarzowego osiągnąć zysk, z którego część, oczywiście po drakońskich
odpisach na Skarb Państwa szła do podziału dla załogi. A tu wielmożni
uchwalili, że im się należy trzynastka i to po równo jak leci. A więc
ten poseł czy ta posłanka, która w trakcie roku praktycznie zanieczyszcza
powietrze w sali sejmowej, bo jak się zdąży odezwać, to tylko w czasie
przerwy albo w bufecie, i tacy mają otrzymać trzynastkę. Powariowali.
Jedna z gazet zaproponowała posłom, aby tę trzynastkę przeznaczyć na
cele charytatywne i ośmieszyła się, a właściwie to ośmieszyli się posłowie,
bo tylko paru z nich wyraziło chęć na realizację tej propozycji. A
więc Wysoki Sejmie jak to jest, jeśli łupić to tylko biednych zaś bogatych
niesłusznie nagradzać. Waszmościowie wstyd mi za Was. I dzieje się
to za aprobatą lewicowego rządu, którego notowania są chyba najgorsze
od początku istnienia lewicy w III RP. Dlatego też Panie Andrzeju,
moje uwagi to nie nienawistny atak na tą formację, to nie chęć przypodobania
się ewentualnym następcom, ale to tylko kolejna przestroga dla ludzi,
do których prawie 40% wyraziło swoje wotum zaufania w trakcie ostatnich
wyborów parlamentarnych. Boję się jednak, że zaszliśmy za daleko w
swej indolencji i właśnie teraz w przededniu wyborów do Parlamentu
Europejskiego a później do wyborów w Polsce niektórzy z tzw. "wiecznych
działaczy" już myślą o sobie i koleżkach przy układaniu nowych
list wyborczych. I to mnie najbardziej martwi i sadzę, że Pana Panie
Andrzeju też. Dlatego też proszę o mnie źle nie myśleć.
* * *
Jednak w każdym felietonie powinna być szczypta żartu, nawet gorzkiego,
ale uważam, że powinna być. Przymusowe nieróbstwo skłoniło mnie a wręcz
umożliwiło mi przegląd prasy krajowej w szerokim tego słowa znaczeniu.
A więc prasy codziennej centralnej i lokalnej z pogranicza dwóch regionów,
opolskiego, śląskiego i małopolskiego. I cóż ja się dowiaduję, a właściwie
wyciągam wnioski. Otóż wbrew wszelkim teoriom o partiach politycznych
niezależnie od ich prowieniencji siłą partii są jej członkowie i sympatycy,
program tej partii oraz zaplecze medialne. I tu dochodzimy do kolejnego
absurdu na polskiej scenie politycznej. Partia, która od ponad 10 lat
mieści się na czołowym miejscu w sondażach instytutów badań opinii
publicznej, dwa razy wygrywa wybory do Sejmu i wyłania rząd, jest kompletnie
pozbawiona zaplecza medialnego. Bałamucenie o kontroli nad telewizją
publiczną jest faktycznie bałamuceniem
społeczeństwa, gdyż programy polityczne i prezentowane w nich stanowiska
przedstawicieli opozycji, aż zioną nienawiścią do istniejącego układu
politycznego. Tzw. "gadające głowy", zresztą wciąż te same
(Giertych, Rokita, Walendziak, Kaczyński (nie wiem który) czy ostatnio
pani Gilowska oraz solidarnie resztka prawie konającego PSL - u), to
właśnie tuby propagandowe, które potrafią nawet najbardziej drobiazgową
wpadkę rządzących przemienić w aferę. A wszystko to w pełnej krasie
przedstawia telewizja publiczna zwaną przez opozycję upolitycznioną.
Konia z rzędem temu, kto pokaże mi program godzący w prawicę nie oparty
na prawdziwych przesłankach w telewizji Solorza czy Waltera. To samo
dotyczy prasy, ( na temat radia trudno mi się wypowiedzieć, gdyż zbyt
mało go słucham chyba, że potrzebuję coś do felietonu, ale wtedy włączam
tylko "Radio Maryja" i wiem wszystko). Rządząca partia ma
właściwie do dyspozycji dwa tytuły, jeden to dziennik "Trybuna" oraz
tygodnik "Przegląd". Tygodnik "Nie" stał się w
ostatnim okresie "bezpłciowy" i więcej uwagi przykłada do
plotek niż do szarej rzeczywistości. Oj, Panie Urban, starzejesz się
Pan. Dziennik "Trybuna" zajmuje się na co dzień odpieraniem
ataków na lewicę, więc nie za bardzo starcza mu miejsca na ataki na
opozycję. Tutaj kuriozalnym wprost przypadkiem jest postać niedawnego
naczelnego "Trybuny" Pana Janusza Rolickiego. Otóż Pan Janusz
jako dawny "spowiednik" Edwarda Gierka ( "Przerwana
dekada" czy "Replika") jakimś cudem "załapał" się
na naczelnego "Trybuny", ale miejsca długo nie zagrzał. Zaś
po odejściu, kala swoje gniazdo czyli pluje na to, czego sam był współtwórcą.
Szczególną "sympatią" darzy rząd Leszka Millera a szczególnie
jego samego. Żal mi tego starszego już Pana, który "wierszówkami" w
opozycyjnych gazetach musi dorabiać do swojej emerytury (ostatnio dotarł
już do springerowskiej gazety "Fakt"). Tak trzymać Panie
Rolicki. Jeśli do "Trybuny dodamy tygodnik "Przegląd",
którego cechą jest wyważona publicystyka a uroku dodają felietony Pana
Aleksandra Małachowskiego, to mamy obraz "potężnego" wsparcia
medialnego w prasie. Ja nie mówię już o szeregu wydawnictwach o zasięgu
lokalnym, które mają zabarwienie lewicowe, gdyż naprzeciw potężnej
machiny, jaką jest prasa o zabarwieniu prawicowym jesteśmy naprawdę "Dawidem".
Dlatego dziwi mnie np. zażyłość Pana Michnika, jako naczelnego bardzo
opiniotwórczej gazety z premierem Millerem (wspólne kolacyjki) czy
prezydentem Kwaśniewskim (wspólne rauty) a brak przełożenia treści
artykułów zamieszczanych w tejże gazecie, których ostrze skierowane
jest w lewicę. Ale to już podobno polityka. Miało być weselej a jest
nadal ponuro. Spróbujmy zatem coś weselszego. Zanim przejdziemy do
kabaretu wypada zaznaczyć, że toczy się szeroka dyskusja na temat,
być albo nie być, Teatru Telewizji. Jego rola w publicystyce telewizyjnej
czy też popularyzacji sztuki teatralnej w społeczeństwie wyraźnie się
kurczy. Ale tym niech się martwią spece od kultury. Zaś na naszych
oczach dynamicznie rozwija się nowa forma teatru, czyli "Teatr
Faktu", jakim są sprawozdania z posiedzeń speckomisji ds. "Rywingate".
I tu dopiero zaczyna się cyrk, który dla niektórych może być śmieszny,
dla innych zaś stanowi odskocznię do dalszej kariery. Główny aktor
tego spektaklu, czyli sam Pan Rywin, to postać prawie bajkowa. Podobno
to On jest też autorem całego scenariusza a że jest i niezłym producentem
wszystko układa się w logiczną całość i zapewnia dalszy byt tego spektaklu.
Niczym Cezar, który powiedział " veni, vidi, vici" ( przybyłem,
zobaczyłem, zwyciężyłem) Rywin powiedział,- że nic nie powie i koniec.
O resztę martwcie się wy. I tu zaczyna się szopka. W majestacie prawa
Sejm powołuje speckomisję z nadzwyczajnymi uprawnieniami, która - uwaga
- ma działać "przy otwartej kurtynie". Powołano 10 sprawiedliwych "ze
wszystkich parafii" na czele z pseudoprawnikiem prof. Nałęczem.
Dlaczego pseudoprawnik - bo przecież sam na początku oświadczył, że
dopiero teraz zacznie się uczyć prawa. To, że w Komisji znaleźli się
ludzie tacy jak pani Beger czy paru innych posłów z różnych formacji
w tym i SLD, ( vide pani poseł Błochowiak) świadczy albo o stosunku
Wysokiej Izby do tej nowej instytucji albo o braku w swych szeregach
ludzi, jeśli nie mądrych to przynajmniej oczytanych. A tu, co. Teatr
trwa już wiele miesięcy. Widownia maleje, bo i treść spektaklu coraz
bardziej "miałka" a końca nie widać. Ludzie z TVP zarobili
już masę pieniędzy ( oczywiście pieniędzy podatników, czyli nas) na
tym spektaklu. Dziennikarze zarobili krocie na wierszówkach. I tak
się to robi. Niejaki pan poseł dwojga imion, Rokita robi w tym spektaklu
za trzech, a więc za siebie, za swoją partię i na swoje osobiste konto,
gdzie zwykli wazeliniarze pomału ogłaszają Go premierem. Publiczna
telewizja robi mu wspaniałą reklamę, choć trzeba przyznać, że facet
chyba jako jeden jedyny wie, co w końcu jest grane, a grać to On przecież
potrafi. Ten spektakl również uczy, gdyż dzięki słownej potyczce między
panem premierem Millerem a posłem Ziobro zdefiniowane zostało słowo "zero".
Do niedawna myślałem, że to cyfra, jednak dzięki spektaklowi zmieniłem
zdanie. Również i członkinie speckomisji mają w tym teatrze swoje ważne
role. Pani poseł Renata "obnażyła" się przed całą widownią,
co do swoich zapędów seksualnych, a słowo "kurwiki" już na
stałe weszło do annałów literatury współczesnej. Trochę w tym wszystkim
jest jednak goryczy. Bo jeśli zdecydowano się na taki zabieg i to pod
hasłem walki z korupcją to traktujmy to na miłość boską poważnie. Okazuje
się, że osoba, na której ciąży piętno popełnienia przestępstwa, które
już potwierdziła prokuratura ma czelność wnosić, aby przed obliczem
Komisji ( w tym również przed Jej obliczem) stanął w charakterze świadka
do przesłuchania Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. I tu już nie
wytrzymam i pytam " Boże, ty to widzisz i nie grzmisz". Toć
to potwarz dla tego Urzędu i majestatu Rzeczypospolitej. Nie wchodzę
w kruczki prawne czy prezydent może być wezwany przed oblicze speckomisji
czy nie, tylko jeśli ma być wzywany to na pewno nie przez ludzi ściganych
przez prawo. Przykro mi było słuchać w radiu anegdoty na temat "najinteligentniejszego
członka komisji", czyli pani Beger. Po wywiadzie Moniki Olejnik
z prezydentem Kwaśniewskim ktoś zapytał. Jaka Jest różnica między Panią
redaktor Olejnik a posłanką Beger? Odpowiedź brzmiała - podobno taka,
jak między komputerem a liczydłem.
I jak tu nie kochać tej Komisji. Swoje "pięć minut" miała
również posłanka Błochowiak, która jako przedstawicielka partii dążącej
do legalizacji małżeństw homoseksualnych popisała się swoją znajomością
w tym temacie rozróżniając te osoby po .......... kolorze skarpet.
Oczywiście przesłuchania w Komisji w obliczu jupiterów i kamer to naturalnie
okazja do zaprezentowania swoich krasomówczych umiejętności tak przez
pytających jak i odpowiadających. Tutaj rej wodził oczywiście "obywatel
świata" Pan redaktor Michnik, który przynajmniej w moich oczach
stracił dużo więcej niż mógł zyskać. Jego arogancja i obnoszenie się
znajomościami ze wszystkimi możnymi tego świata czynią Go w oczach
wielu ludzi - maluczkim. Choć trzeba przyznać, że to właśnie dzięki
niemu wiemy jak można szybko przyrządzić kolację, na którą zaprasza
się premiera. Kto z kim pije, przebywa doraźnie czyli w celach biznesowych
a kto z kim faktycznie przyjaźni się. Wiemy też, kto z kim przepił
bruderschaft a kto czasowo na salonach "warszawki" jest czarną
owcą. Tylko do jasnej cholery, gdybym się zapytał przeciętnego śmiertelnika
w kraju, o co w tym wszystkim chodzi, to przynajmniej zdecydowana większość
odpowie, że nie wie. I chyba o to chodziło. Właściwy proces Pana Rywina
rozpoczyna się w początkach grudnia przed właściwymi organami prawa
w praworządnym państwie, bez kamer i mikrofonów, bez fryzur i makijaży
za to w pełni powagi w obliczu organów, jakimi są Sąd i Prokuratura.
Nie kwestionuję potrzeby powołania speckomisji, gdyż taka była wola
Sejmu. Ale gdyby to "teatrum" odbywało się w zaciszu sal
sejmowych to prawdopodobnie wnioski Komisji byłyby już w Sejmie, a
zaoszczędzono by ogromne pieniądze, które poszły w " parę zamiast
w gwizdek". Ale jak znam nasze "elyty" polityczne to
wiem, że niebawem będą szukać nowej afery, aby móc powołać kolejną
Komisję. Bo jakże to, On mógł występować w glorii stróża prawa i porządku
publicznego w świetle kamer i jupiterów a Ja nie? Boję się, że faktyczny
Teatr Telewizji, który nam się naprawdę wali, zawali się całkiem a "teatrum" polityczne
trwać będzie nadal. Oznaczać to będzie, że niczego niestety nie nauczyliśmy
się. A szkoda.
* * *
Wracam jednak z dalekiej podróży na własne podwórko. Otóż z zaciekawieniem
przeczytałem w "Kronice Beskidzkiej" Nr 46 z 13 XI 2003 r.
w żywieckiej mutacji artykuł "Aby pomóc biednym uczniom",
w którym radny powiatu Jacek Seweryn apeluje do radnych powiatu o pomoc
dla najbiedniejszych uczniów szkół ponadpodstawowych z Żywiecczyzny.
I to zasługuje na uwagę. Otóż temat ten poruszyłem w swoim felietonie
parę miesięcy temu gdzie dawałem konkretny przykład uczennicy, która
zmuszona była przerwać naukę w jednej z żywieckich szkół ponadpodstawowych
z powodu braku możliwości wykupu biletu miesięcznego na dojazd do szkoły.
Oczywiście z braku funduszu w rodzinie. W tym artykule apelowałem do
organizacji społecznych, instytucji i biznesmenów o przyjście z pomocą
tym dzieciom. Indywidualna sprawa owej uczennicy została załatwiona,
ale problem pozostał. Oczywiście w tym apelu pominąłem radnych powiatu,
gdyż nie wiedziałem o wysokości diet przysługujących im z tytułu pełnienia
bądź, co bądź społecznej funkcji, która jest chyba bardziej zaszczytem
niż źródłem utrzymania. Przedstawiona w tym artykule tabela wynagrodzeń
( bo tak to trzeba chyba nazwać) nieco mnie zaskoczyła. Nie mam zamiaru
zaglądać nikomu do kieszeni, ale coś tu chyba nie tak. Sprawozdania
finansowe Rady Powiatu napawają trwogą, zadłużenie jest ogromne, rezygnuje
się z szeregu zadań, ale wypłaty diet są niezachwiane. Dlatego też
nie dziwi mnie apel Pana radnego Jacka Seweryna, aby radni swoim przykładem
zachęcili innych do świadczenia pomocy dla tych najbiedniejszych uczniów.
A swoją drogą warto też, aby radni zajrzeli do swych lokalnych gazet
gdyż poza opisem szarej rzeczywistości bądź też nadzwyczajnych okoliczności
i wydarzeń w regionie pisma te próbują przyczynić się do poprawy naszej
rzeczywistości. Popierając w pełni apel Pana Jacka Seweryna chętnie
czekamy na informację o rozwijaniu się tej inicjatywy, którą będziemy
propagować na łamach naszej gazety.
Kazimierz SEMIK
P.S. Za dwa tygodnie będziemy próbować wespół z czytelnikami wracać
do lokalnych problemów w tym min. sprawy targowicy.
|