"Ucznia sposobnym ze wszystkich miar uczynić do tego, żeby i
jemu było dobrze i z nim było dobrze."
Do napisania tego artykułu skłoniły mnie w dużej mierze liczne, niestety
niekorzystne opinie o nauczycielach, które w ostatnim czasie tak licznie
ukazały się w prasie, radiu, TV.
Jestem pedagogiem z 28 letnim stażem, od początku związana z Zespołem
Szkół Drzewnych i Leśnych, szkołą z długimi tradycjami wychowawczymi
i pedagogiczno-dydaktycznymi. Wiem, że wykonywany przeze mnie zawód
jest trudnym i odpowiedzialnym. To ja stwarzam uczniom warunki do
realizacji procesu wychowawczo-pedagogicznego. Mam ku temu właściwe
przygotowanie. Realizuję podstawowe wymogi wychowawcze (mimo, że "rozliczana"
jestem z wyników dydaktycznych).
Młody człowiek jak lekarstwa potrzebuje wzorców osobowych do naśladowania.
W wielu wypadkach są to rodzice ale i nauczyciele. Czasami rówieśnicy.
Nauczyciel konsekwentny w swoim działaniu, wymagający, jest różnie
postrzegany i w oczach uczniów ale i rodziców. Zdarza się, że szkoła
i dom rodzinny nie stanowią jednolitego systemu wychowawczego. Środowisko
rówieśnicze również czasami negatywnie wpływa na kształtowanie się
postaw młodych ludzi. No i wreszcie telewizja. Młody człowiek to wszystko
obserwuje, jest często zagubiony ale i "zmuszony" do naśladowania.
Czasami źle wybiera, podświadomie o tym wie i z tej rozterki rodzi
się agresja.
Autorytet nauczyciela prawie nie istnieje. No bo czym ma imponować
młodym ludziom? Wiedzą? Polityka oświatowa, a w szczególności jej
liberalizacja to zły kierunek. Najogólniej mówiąc: uczeń ma prawa
a nauczyciel obowiązki i uczeń o tym wie. Gdzie zatem realizacja podstawowego
obowiązku: uczyć się? To uczeń ma rzecznika swoich praw, to on ma
obrońcę w rodzicu. A nauczyciel? Zawód spauperyzowany, zawód niedoceniany,
sfeminizowany, zbiurokratyzowany (stopnie zawodowe). I nie może dochodzić
do paradoksów, że nauczyciel boi się ucznia, odkłada na bok konsekwencje
wychowawcze, chce być dobry w każdym kierunku. Bezwzględność młodych
ludzi jest przerażająca - wykorzystują tę patologiczną sytuację. Czy
tak właśnie było w Toruniu, Wrocławiu, Opolu? Kto był winien temu
skrajnemu wybuchowi agresji? Myślę, że my wszyscy. Rodzice - bo nie
stanowią ze szkołą wspólnej płaszczyzny wychowawczej, nauczyciele
- bo często opuszczają ręce i nie widzą problemu, omijają go, by mieć
"święty spokój". Dobrze, że przez Polskę toczy się dyskusja
nad przyczynami, źle, że trzeba skrajności, aby dostrzegać istniejący
i rozwijający się problem. Bo czy agresja istnieje tylko w szkole?
Nie! Jest rodzina, ulica, osiedle, stadion?
Trzeba zacząć od odbudowy pozytywnych autorytetów, od wskazywania
wzorców. I wreszcie wspólne działania wszystkich, którym zależy na
przyszłości.
Nie bez przyczyny na wstępie cytuję istotny fragment Ustawy Komisji
Edukacyjnej z 1773 roku. "Ucznia sposobnym ze wszystkich miar
uczynić do tego, żeby i jemu było dobrze i z nim było dobrze".
To my wszyscy, dorośli jesteśmy odpowiedzialni za przyszłość. Przyszłość
stanowią bowiem młodzi ludzie dobrze przygotowani do życia, wykształceni,
odpowiedzialni. Dostrzegajmy problem i czyńmy wszyscy wszystko aby
w wykształceniu i wychowaniu młodego pokolenia stanowić monolit. Wiem,
że w tym artykule dotykam problemu; wiem, że jest on złożony; wiem,
że musi być rozwiązany.
Minął właśnie kolejny Dzień Nauczyciela. Były uroczyste apele, kwiaty,
życzenia. I chwila refleksji: pamiętam do dziś swoich nauczycieli-wychowawców
- Panie Marię Mieszczak i Marię Giercuszkiewicz ze Szkoły Podstawowej
nr 1 w Żywcu, ze szkoły średniej Pana mgra Franciszka Witkowskiego,
a ze studiów Pana dra Jana Zalewskiego. Wszyscy byli bardzo wymagający,
wstydem było być nie przygotowanym do Ich zajęć. Pozostali przy tym
w mojej pamięci jako cudowni ludzie. Żaden z nich nie był kumplem.
Czuliśmy wobec nich dystans, szanowaliśmy ich za życiową mądrość i
wiedzę. Podziwiam ich do dziś, byli dla mnie wzorcem, autorytetem.
Zróbmy wszystko, aby młodym ludzie wskazywać wzorce pozytywne, aby
ich autorytety stanowiły o przyszłości, ich przyszłości.
Grażyna Kamińska-Gawron