Rozmowa z aktorką Stanisławą Celińską
 |
- Okazuje się, że potrafi Pani zaskakiwać nie tylko
swoimi aktorskimi kreacjami. Nie da się ukryć, że nastąpiła zmiana
w Pani wyglądzie. Czy to efekt jakiejś diety - cud?
- Nie znam żadnej diety - cud. Już dawno nauczyłam się, że nic ważnego
w życiu nie przychodzi bez naszego osobistego zaangażowania. Zrzuciłam
trochę kilogramów dzięki stosowaniu zasady "jedz połowę".
Zasada jest prosta, bo wszyscy wiemy, że nie powinniśmy się objadać,
nieco trudniejsze jest jej stosowanie.
- Pani talent aktorski ujawnił się na ekranach kin w latach
70. Czy uważa Pani, że wykorzystała swoją szansę w tamtym okresie?
- Do końca chyba nie. Na przykład, ze względów ideowych, nie przyjęłam
roli w "Hubalu". A myślę, że powinnam była w nim zagrać.
W ogóle nie powinnam w wielu przypadkach odmawiać. W "Hubalu"
była bardzo piękna rola do zagrania, ale wtedy bardzo ambitnie kombinowałam.
Miałam potworne poczucie wolności. Nie chciałam, żeby włożyli mnie
do jakiejś szuflady i dlatego unikałam podobnych ról. Pewnie dlatego
też nie przyjęłam kolejnej propozycji Andrzeja Wajdy, żeby nie mówili,
że jestem aktorką Wajdy. Teraz inaczej na to patrzę. Nawet grając
kolejną podobną postać zawsze można wydobyć z roli coś nowego.
- Gra Pani bardzo dużo ról filmowych, ale są to postacie drugoplanowe.
Czy to Pani nie frustruje, że jednak nie powierza się Pani ról pierwszoplanowych?
- Nie ukrywam, że przez alkohol i depresję trochę spraw zawaliłam.
Ponieważ to ja zawaliłam, więc ja to muszę odpracować. Do nikogo nie
mam żalu. Jeśli mam taki żal, to jedynie do siebie, że gdzieś tam
po drodze nie uniosłam sukcesu. Ale nie ja pierwsza, i nie ostatnia.
Łatwiej pokonać przeciwności losu, niż unieść sukces. Bo sukces zawraca
w głowie. Nagle wszyscy cię chwalą i poklepują. Na początku robiłam
niesamowitą karierę i myślałam, że tak będzie zawsze. Ale, niestety,
nie można spoczywać na laurach, trzeba cały czas pracować.
- Kiedy przekonała się Pani, że nastąpił koniec pasma sukcesów?
- Telefon przestał dzwonić. Nie miałam żadnych propozycji. Bali się,
że nie przyjdę, że nie będę w formie. W pewnym momencie musiałam wszystko
zacząć od początku i pokazać, że jestem. Zrobiłam się duża, silna
- żeby wszyscy widzieli i wiedzieli, że wróciłam.
- W jakim stopniu identyfikuje się Pani z granymi przez siebie
postaciami?
- Najlepszą definicję aktorstwa miała moja babcia, która pytała: "Stasiulka,
weszłaś już w nią?" I zawsze przed premierą w teatrze zadaję
sobie to samo pytanie. Staram się wejść w psychikę postaci, którą
gram, usiłuję myśleć, jak ona.
- A kiedy Pani z niej wychodzi?
- O Boże! Najgorzej z tym wychodzeniem. W Teatrze Rozmaitości gram
kobietę z peep show - mam pończochy, podwiązki, buty na wysokich obcasach.
Jestem taka, jak mówię, Lola. No i Lola szaleje...
Powrót do rzeczywistości to jest problem zawodu aktorskiego. Jestem
kimś innym, daję z siebie wszystko, przekazuję całą swoją energię.
Spektakl się kończy, a ja muszę na powrót stać się Stanisławą Celińską.
Najłatwiej w takim momencie strzelić sobie jakiś koniaczek, żeby poczuć,
że się znowu jest sobą. Ja już tego nie używam od wielu lat, więc
wychodzę sobie na spacer z pieskami. Idę sobie, a ta Lola powoli odchodzi.
To po prostu wymaga cierpliwości. Trzeba zrozumieć ten czas, który
jest w człowieku i na zewnątrz. Teraz jest tak, a za chwilę będzie
inaczej.
- Ale chyba nie wszystkie role wymagają aż takiego zaangażowania
psychicznego? Widzowie na przykład bardzo polubili Kęsikową ze "Złotopolskich".
- No właśnie, fajnie być Kęsikową. Ale jakoś nie chcą w "Złotopolskich"
ze mnie korzystać. Może dlatego, że gram w serialu "Samo życie"?
Tęsknię trochę za Kęsikową.
- Czy i dziś równie często jak kiedyś rezygnuje Pani z niektórych
ról? Czy stać Panią na to w sensie materialnym?
- Kiedyś odmawiałam, ale nasze pensje w teatrze były zupełnie inne.
Teraz dostaję w teatrze 1100 złotych na miesiąc. Nawet gdybym chciała,
nie mogłabym bazować tylko na zarobkach z teatru, bo nie utrzymałabym
całego domu. W związku z tym przyjmuję prawie wszystko, poza rolami
ewidentnie złymi, których bym się musiała wstydzić. Unikam też reklam,
choć nie potępiam kolegów, którzy biorą w nich udział. Ja jakoś nie
mogę się przemóc.
Tekst: Andrzej Koterski