Nad Sołą i Koszarawą - nr 19 (122) - rok  VI - 1 Październik 2003

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|



Spacerkiem po Alpach

Kolejną wyprawę w Alpy zaplanowałem zrealizować w Alpach Walijskich. Położone na obszarze częściowo włoskim Aosty i Piemontu a przede wszystkim na terytorium Wallis w Szwajcarii. Stanowią one najatrakcyjniejszą i najbardziej wyniosłą grupę Alp a ich masyw Monte Rosa jest potężniejszy od masywu Mont Blanc. To w tej grupie Alp jest najwięcej szczytów o wysokości powyżej 4-ch tysięcy m n.p.m., zaś jeden z nich stanowił cel wyprawy. Tym celem był BREITHORN 4.165 m n.p.m., w tłumaczeniu dosłownym Szeroki Róg, stosunkowo łatwy technicznie ale wysokość i lodowce stanowią przed spacerowiczami wysokie wymagania.

W wyprawie uczestniczą: Ania z Krakowa, Marta z Żywca i piszący te słowa Edmund. Bez wcześniejszej aklimatyzacji wyruszamy w drogę do szwajcarskiej miejscowości Zermatt, położonej w sercu pięknej doliny Mattertal. Zermatt położone na wysokości 1616 m n.p.m. oddalone od Żywca ok. 1.300 km. Tą odległość pokonujemy w dwa dni, po drodze nocując na kempingu 4-ro gwiazdkowym koło Salzburga za jedyne 18 euro. Mijamy Insbruck przejeżdżamy przez Vanduz - stolica mini państewka Lichtenstein i dalej droga wiedzie przez najwyższe na drogach europejskich przełęcze Oberalpass 2002m n.p.m. i Furkapass na wysokości 2436m n.p.m. Droga trudna ale ciekawa i szczęśliwie dojeżdżamy do miejscowości Randa odległej o parę kilometrów od Zermatt, do którego nie ma wjazdu samochodami oprócz miejscowych busików. Jednak podstawową bazą naszej wyprawy jest Zermatt - europejskie centrum turystyki, alpinizmu i narciarstwa. Szeroka sieć kolejek liniowych i zębatych w dużej mierze ułatwiają zdobywanie szczytów. Kolejki są drogie ale znacząco skracają czas konieczny do zrobienia góry. Sympatyczny i bardzo dobry Kemping w Randzie służy nam za bezę noclegową i wypoczynkową.

Chcąc zrobić nasz czterotysięcznik musimy się w miarę dobrze zaaklimatyzować. Tak więc w pierwszy dzień wyjeżdżamy kolejką zębatą na Gornergrat (za 67,-FCH) na wysokość 3.030m n.p.m. by dalej po 1,5 godz. wyjść na Hohtalligrat 3.286m n.p.m. Pogoda do spacerku dobra, jednak spektakularny szczyt, symbol Zermattu - Matterhorn stale w chmurkach, my cieszymy swoje oczy widokami szczytów masywu Monte Rosy. Po tej wspaniałej uczcie dla oczu i duszy wracamy kolejką w dół i na zasłużony odpoczynek.
Drugi dzień aklimatyzacji, to planowany spacer do schroniska Hórnli na wysokości 3.286m n.p.m., jednak warunki pogodowe w tym rejonie są bardzo złe i zmieniamy decyzję na wyjście do schroniska Gandegg 3.030m n.p.m. i dalej spacerkiem do wysokości około 3100m n.p.m. Korzystamy z kolejki linowej by jak najwyżej wyjść i poprawić naszą aklimatyzację. Będąc jeszcze w pobliżu schroniska przychodzi nagłe załamanie pogody, przeżywamy nalot srogiej zimy z dużą dawką gradu i deszczu ze śniegiem. Po rozpogodzeniu idziemy by osiągnąć planowaną wysokość, dochodzimy do bezimiennego szczytu 3.112m n.p.m. przy padającym deszczu (parasolki się przydały) schodzimy w dół do kolejki Trockener Steg na wysokości 2.039m n.p.m. i wracamy na kemping.

Następnego dnia zapowiadana jest super pogoda a cel jest wymagający. Wieczorem przygotowywania do szturmu na Breithorn, sprzęt-liny, raki, kijki, czekan. Ania w ogóle w życiu w rakach nie chodziła, więc po dopasowaniu do butów, spacer po kempingu, co nikogo nie dziwi. Raki Marci nie można dopasować, więc próbuje moje i te pasują idealnie, ja do swoich butów dopasowuję jej raki, przemieszczam śruby, sprawdzam jednego - pasuje, mając na uwadze, że śruby są na tych samych miejscach nie sprawdzam prawego, pakuję raki do plecaka. Wszystko spakowane, spożywamy kolację ze słoiczka, ja gotuję deser w postaci budyniu. Po krótkich posiadach (miały być przy świecach ale wiatr nieustannie je gasi) udajemy się do namiotu na zasłużony krzepiący sen.
Pozytywne nastawienie, po dobrych prognozach pogody, po dobrze przespanej nocy to pozytywne prognostyki w wysokich górach. Pobudka stosunkowo wcześnie by pierwszym busikiem o godz. 8-mej udać się do Zermatt, tu 20 min. podejścia do kolejki wyjazd na Mały Matterhorn 3.820m n.p.m. za 62,-FCH w górę i w dół. Do pokonania 346m przewyższenia i to planujemy zrobić w trzy godziny. Pierwszą część drogi około 1 godz. pokonujemy bez raków i bez asekuracji liną a jedynie z kijkami narciarskimi. Jednak od pierwszej szczeliny brzeżnej zakładamy raki i z Martą wiążemy się liną, Ania z liny rezygnuje. W moim przypadku zlekceważenie, nie do końca przygotowanie raków mści się potwornie, rak prawy jest za mały do buta a tu nie mam narzędzi aby go przedłużyć. Próbuję czekanem rozchylić zaczepy ale nie wiele to pomaga, rak często spada poważnie utrudniając wyjście. Ania wbrew swoim skromnym wcześniejszym informacjom, że słabo chodzi po górach a tutaj jest rewelacyjna, bez problemu robi szczyt w doskonałej formie. Marta dzięki ogromnej ambicji i zaparciu robi już swój drugi czterotysięcznik. Wcześniej robi Gran Paradiso 4.061m n.p.m. w Alpach Graickich w dolinie Aosty we Włoszech. Do problemu moich raków dochodzi problem okularów, zakupione nowe okazują się dobre jedynie na nasze plaże, za mało posiadają UV i dostaję zapalenia spojówek, potworny ból, gruczoły łzowe cisną swą produkcję nie tylko przez oczy ale i przez nos, tak więc jestem łzawiący i pociągający. Otrzymuję pierwszą pomoc w postaci opatrunku na gorsze oko. Zejście kończę o jednym raku i o jednym oku, które muszę oszczędzać i część drogi pokonuję z zamkniętymi oczyma, czekając by mocno operujące słońce schyliło się ku zachodowi. po drodze na Mały Matterhorn zwiedzamy lodową grotę z pięknymi lodowymi rzeźbami. Z trudem docieram na kemping, gdzie okłady z rumianku i zakraplanie sulfacetamidem przynoszą zdecydowaną ulgę. Z premedytacją opisuje ten fakt, gdyż wcześniejsze niedopatrzenia ogromnie się mszczą w trudnych chwilach. Ale przed nami ostatni dzień pobytu w uroczej dolinie Mattertal.
Część dnia przeznaczam na kurację oczu i po dojściu do względnej formy wędrujemy z Martą do pobliskiego Tásch. W tym czasie Ania wędruje ze Schwarzsee (dojazd kolejką linową) 2.582m n.p.m. do schroniska Hornli 3.260m n.p.m. Z tej wędrówki Ania wraca bardzo zadowolona, kończymy pobyt w sercu Alp Walijskich z myślą o następnym spacerze po Alpach, w programie którego jest Dom 4.545m n.p.m. a to jest szósty szczyt Alp.
Rankiem następnego dnia, po śniadaniu zwijanie namiotu i rozliczenie oraz pożegnanie się z "szeryfem" kempingu. Jeden nocleg (3 osoby, namiot, samochód i taksa klimatyczna) wynosi 30 FCH (ze zniżką z tytułu mojej przynależności do Alpen Verein). Wyruszamy w drogę liczącą 1300km, w pierwszy dzień dojeżdżamy do Insbrucka i tutaj w okolicach też sympatyczny kemping za 20 euro, szybko rozbijamy namiot bo deszcz zaczyna straszyć, życzliwy sąsiad (chyba Niemiec) widząc, że robię to bez oświetlenia, użycza mi czołówki (latarki), doceniam jego dobre chęci. Po dobrze przespanej nocy i oporządzeniu się Ania i Marta przygotowują jak zwykle smaczne śniadanie ja zwijam namiot. Ruszamy w drogę, przez Salzburg, Wiedeń, Bratysławę, Żylinę i Zwardoń. Do Żywca docieramy późnym wieczorem. Jesteśmy wszyscy szczęśliwi - wyprawa w pełni udana i takich wypraw i jeszcze ambitniejszych i szczęśliwych życzy wszystkim Czytelnikom i całej Redakcji Nad Sołą i Koszarawą piszący te słowa
Edmund Zaiczek

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.