Spacerkiem po Alpach
Kolejną wyprawę w Alpy zaplanowałem zrealizować w Alpach
Walijskich. Położone na obszarze częściowo włoskim Aosty i Piemontu
a przede wszystkim na terytorium Wallis w Szwajcarii. Stanowią one
najatrakcyjniejszą i najbardziej wyniosłą grupę Alp a ich masyw Monte
Rosa jest potężniejszy od masywu Mont Blanc. To w tej grupie Alp jest
najwięcej szczytów o wysokości powyżej 4-ch tysięcy m n.p.m., zaś
jeden z nich stanowił cel wyprawy. Tym celem był BREITHORN 4.165 m
n.p.m., w tłumaczeniu dosłownym Szeroki Róg, stosunkowo łatwy technicznie
ale wysokość i lodowce stanowią przed spacerowiczami wysokie wymagania.
 |
 |
W wyprawie uczestniczą: Ania z Krakowa, Marta z Żywca
i piszący te słowa Edmund. Bez wcześniejszej aklimatyzacji wyruszamy
w drogę do szwajcarskiej miejscowości Zermatt, położonej w sercu pięknej
doliny Mattertal. Zermatt położone na wysokości 1616 m n.p.m. oddalone
od Żywca ok. 1.300 km. Tą odległość pokonujemy w dwa dni, po drodze
nocując na kempingu 4-ro gwiazdkowym koło Salzburga za jedyne 18 euro.
Mijamy Insbruck przejeżdżamy przez Vanduz - stolica mini państewka
Lichtenstein i dalej droga wiedzie przez najwyższe na drogach europejskich
przełęcze Oberalpass 2002m n.p.m. i Furkapass na wysokości 2436m n.p.m.
Droga trudna ale ciekawa i szczęśliwie dojeżdżamy do miejscowości
Randa odległej o parę kilometrów od Zermatt, do którego nie ma wjazdu
samochodami oprócz miejscowych busików. Jednak podstawową bazą naszej
wyprawy jest Zermatt - europejskie centrum turystyki, alpinizmu i
narciarstwa. Szeroka sieć kolejek liniowych i zębatych w dużej mierze
ułatwiają zdobywanie szczytów. Kolejki są drogie ale znacząco skracają
czas konieczny do zrobienia góry. Sympatyczny i bardzo dobry Kemping
w Randzie służy nam za bezę noclegową i wypoczynkową.
 |
 |
Chcąc zrobić nasz czterotysięcznik musimy się w miarę
dobrze zaaklimatyzować. Tak więc w pierwszy dzień wyjeżdżamy kolejką
zębatą na Gornergrat (za 67,-FCH) na wysokość 3.030m n.p.m. by dalej
po 1,5 godz. wyjść na Hohtalligrat 3.286m n.p.m. Pogoda do spacerku
dobra, jednak spektakularny szczyt, symbol Zermattu - Matterhorn stale
w chmurkach, my cieszymy swoje oczy widokami szczytów masywu Monte
Rosy. Po tej wspaniałej uczcie dla oczu i duszy wracamy kolejką w
dół i na zasłużony odpoczynek.
Drugi dzień aklimatyzacji, to planowany spacer do schroniska Hórnli
na wysokości 3.286m n.p.m., jednak warunki pogodowe w tym rejonie
są bardzo złe i zmieniamy decyzję na wyjście do schroniska Gandegg
3.030m n.p.m. i dalej spacerkiem do wysokości około 3100m n.p.m. Korzystamy
z kolejki linowej by jak najwyżej wyjść i poprawić naszą aklimatyzację.
Będąc jeszcze w pobliżu schroniska przychodzi nagłe załamanie pogody,
przeżywamy nalot srogiej zimy z dużą dawką gradu i deszczu ze śniegiem.
Po rozpogodzeniu idziemy by osiągnąć planowaną wysokość, dochodzimy
do bezimiennego szczytu 3.112m n.p.m. przy padającym deszczu (parasolki
się przydały) schodzimy w dół do kolejki Trockener Steg na wysokości
2.039m n.p.m. i wracamy na kemping.
 |
 |
Następnego dnia zapowiadana jest super pogoda a cel jest wymagający.
Wieczorem przygotowywania do szturmu na Breithorn, sprzęt-liny, raki,
kijki, czekan. Ania w ogóle w życiu w rakach nie chodziła, więc po
dopasowaniu do butów, spacer po kempingu, co nikogo nie dziwi. Raki
Marci nie można dopasować, więc próbuje moje i te pasują idealnie,
ja do swoich butów dopasowuję jej raki, przemieszczam śruby, sprawdzam
jednego - pasuje, mając na uwadze, że śruby są na tych samych miejscach
nie sprawdzam prawego, pakuję raki do plecaka. Wszystko spakowane,
spożywamy kolację ze słoiczka, ja gotuję deser w postaci budyniu.
Po krótkich posiadach (miały być przy świecach ale wiatr nieustannie
je gasi) udajemy się do namiotu na zasłużony krzepiący sen.
Pozytywne nastawienie, po dobrych prognozach pogody, po dobrze przespanej
nocy to pozytywne prognostyki w wysokich górach. Pobudka stosunkowo
wcześnie by pierwszym busikiem o godz. 8-mej udać się do Zermatt,
tu 20 min. podejścia do kolejki wyjazd na Mały Matterhorn 3.820m n.p.m.
za 62,-FCH w górę i w dół. Do pokonania 346m przewyższenia i to planujemy
zrobić w trzy godziny. Pierwszą część drogi około 1 godz. pokonujemy
bez raków i bez asekuracji liną a jedynie z kijkami narciarskimi.
Jednak od pierwszej szczeliny brzeżnej zakładamy raki i z Martą wiążemy
się liną, Ania z liny rezygnuje. W moim przypadku zlekceważenie, nie
do końca przygotowanie raków mści się potwornie, rak prawy jest za
mały do buta a tu nie mam narzędzi aby go przedłużyć. Próbuję czekanem
rozchylić zaczepy ale nie wiele to pomaga, rak często spada poważnie
utrudniając wyjście. Ania wbrew swoim skromnym wcześniejszym informacjom,
że słabo chodzi po górach a tutaj jest rewelacyjna, bez problemu robi
szczyt w doskonałej formie. Marta dzięki ogromnej ambicji i zaparciu
robi już swój drugi czterotysięcznik. Wcześniej robi Gran Paradiso
4.061m n.p.m. w Alpach Graickich w dolinie Aosty we Włoszech. Do problemu
moich raków dochodzi problem okularów, zakupione nowe okazują się
dobre jedynie na nasze plaże, za mało posiadają UV i dostaję zapalenia
spojówek, potworny ból, gruczoły łzowe cisną swą produkcję nie tylko
przez oczy ale i przez nos, tak więc jestem łzawiący i pociągający.
Otrzymuję pierwszą pomoc w postaci opatrunku na gorsze oko. Zejście
kończę o jednym raku i o jednym oku, które muszę oszczędzać i część
drogi pokonuję z zamkniętymi oczyma, czekając by mocno operujące słońce
schyliło się ku zachodowi. po drodze na Mały Matterhorn zwiedzamy
lodową grotę z pięknymi lodowymi rzeźbami. Z trudem docieram na kemping,
gdzie okłady z rumianku i zakraplanie sulfacetamidem przynoszą zdecydowaną
ulgę. Z premedytacją opisuje ten fakt, gdyż wcześniejsze niedopatrzenia
ogromnie się mszczą w trudnych chwilach. Ale przed nami ostatni dzień
pobytu w uroczej dolinie Mattertal.
Część dnia przeznaczam na kurację oczu i po dojściu do względnej formy
wędrujemy z Martą do pobliskiego Tásch. W tym czasie Ania wędruje
ze Schwarzsee (dojazd kolejką linową) 2.582m n.p.m. do schroniska
Hornli 3.260m n.p.m. Z tej wędrówki Ania wraca bardzo zadowolona,
kończymy pobyt w sercu Alp Walijskich z myślą o następnym spacerze
po Alpach, w programie którego jest Dom 4.545m n.p.m. a to jest szósty
szczyt Alp.
Rankiem następnego dnia, po śniadaniu zwijanie namiotu i rozliczenie
oraz pożegnanie się z "szeryfem" kempingu. Jeden nocleg
(3 osoby, namiot, samochód i taksa klimatyczna) wynosi 30 FCH (ze
zniżką z tytułu mojej przynależności do Alpen Verein). Wyruszamy w
drogę liczącą 1300km, w pierwszy dzień dojeżdżamy do Insbrucka i tutaj
w okolicach też sympatyczny kemping za 20 euro, szybko rozbijamy namiot
bo deszcz zaczyna straszyć, życzliwy sąsiad (chyba Niemiec) widząc,
że robię to bez oświetlenia, użycza mi czołówki (latarki), doceniam
jego dobre chęci. Po dobrze przespanej nocy i oporządzeniu się Ania
i Marta przygotowują jak zwykle smaczne śniadanie ja zwijam namiot.
Ruszamy w drogę, przez Salzburg, Wiedeń, Bratysławę, Żylinę i Zwardoń.
Do Żywca docieramy późnym wieczorem. Jesteśmy wszyscy szczęśliwi -
wyprawa w pełni udana i takich wypraw i jeszcze ambitniejszych i szczęśliwych
życzy wszystkim Czytelnikom i całej Redakcji Nad Sołą i Koszarawą
piszący te słowa
Edmund Zaiczek