On ma tylko korony!!!
Spojrzałem w okno. Wygwieżdżone niebo i jakby zastygłe w bezruchu
konary drzew zapraszały do pójścia w las. Idealna pogoda na myśliwski
wypad w góry. W jakie góry - myślę. Wszak stok Przysłopu prawie zagląda
mi w okna.
Bartosz, mój syn usłyszawszy propozycję, chętnie zrywa się z łóżka
i przygotowuje się do wyjścia. Herbatka, ciepłe ubranie, sprzęt i
jedziemy na starych, wysłużonych dwudziestoletnich WSK-ach. Pół godziny
pięcia się stromą leśną drogą, prowadzącą do schroniska PTTK na Wielkiej
Raczy /1236 m n.p.m./ i zatrzymujemy motory, około trzystu metrów
od hali Mała Racza. Nie warto podjeżdżać dalej i robić szumu w łowisku.
Teraz tylko wspinaczka, do położonej na skraju hali ambony, oczywiście
bez latarki. Ścieżkę wskazują korony drzew, między którymi prześwituje
wygwieżdżone niebo.
 |
 |
Usadowiwszy się na ambonie odpoczywamy w ciszy i skupieniu. Do świtu
pozostało jeszcze około godziny. Idealna cisza, w którą wpisuje się
tylko spokojne ględzenie lasu, sprzyja wspomnieniom. To w tym miejscu
5 września 1991 r. o godzinie 5.25 przeżyłem pierwsze spotkanie z
wilkiem.
Moją zadumę przerywa stękniecie byka. Jest daleko i dosyć wysoko nad
nami. Zsuwamy się cicho z ambony i podchodzimy. Byk ryknął kilkakrotnie,
potwierdzając swoją obecność na górnej półce. Tam również stoi ambona,
byle do niej dojść.
Dochodzimy do ambony skąpani do pasa rosą krzewów, malin i traw. Za
naszymi plecami czerwona zorza ledwo budzącego się dnia i prawie niezauważalne
kontury odległych szczytów Tatr. Kiedy siadamy na ambonie, na twarzach
czujemy lekki, rześki powiew północnego wiatru. Wiatr jest naszym
przyjacielem. Niczego nie przeczuwający byk odzywa się kilkakrotnie
idąc w naszym kierunku. W lornetce chwytam sylwetkę samotnie żerującego
króla beskidzkiej kniei. Obserwuję go chwilę. Na tle ciemnych krzewów
jagody i leśnej maliny wyraźnie odcinają się duże, ładne, biało lśniące
korony.
- Piękny obustronnie koronny byk. Masz pooglądaj sobie - mówię do
syna. Rozczarowany, że strzału nie będzie, układam się wygodnie i
popadam w drzemkę.
- Tato! Tato! To jest tylko szóstak! Ma tylko korony i nic więcej
- mówi syn, szarpiąc mnie za ramię.
- O czym ty mówisz! Co za szóstak! - Spojrzałem przez lornetkę i serce
zabiło mi mocniej, a ręce zaczęły drżeć, tak, że lornetkę musiałem
oprzeć o ambonę.
Piękny myłkus, o krętych tykach i dobrze wytartych koronach oddalał
się powoli. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów, a przekroczy granicę
polsko - słowacką i będzie "nietykalny".
- Tato, bierz broń, może się zatrzyma! - naglił syn.
- Nie! Nie będę ryzykował. Za daleko - odpowiadam. Jeszcze nie dokończyłem
zdania, kiedy od strony słowackiej wyszła łania z cielęciem.
Byk zatrzymał się nagle. Zagarnął wieńcem kiść siana i zaryczał. Łania
z cielęciem zawróciły do ostoi. Myłkus skręcił w prawo i wolno ruszył
za nimi. Nad nim wciąż jeszcze górowało przygraniczne wzniesienie,
stanowiąc doskonały kulochwyt.
- Tato! Strzelaj! To ostatnia okazja - syn prawie, że krzyczał mi
do ucha. Przyłożyłem broń do oka i huk wystrzału wtargnął w leśną
ciszę. Byk nawet nie zaznaczył znikając w niewielkiej kotlince.
Na miejscu zestrzału nie znajdujemy ani ścinki, ani farby. Nic, tylko
plątanina borowiny, jeżyny i maliniaka. Sprawdzam pas graniczny, żadnych
śladów.
- Tato, choć popatrz - dolatuje do mnie głos syna.
- Nic nie widzę - powiadam, prowadząc wzrok za jego wyciągniętą ręką.
- Patrz tutaj! -
Wytężam wzrok i wśród gęstych zarośli widzę wystającą tykę. Westchnienie
ulgi wyrwało się z mojej piersi. Myłkus leżał jakieś pięćdziesiąt
metrów od miejsca, gdzie przyjął kulę. Był to koronny ósmak o zanikających
oczniakach. Jego wieniec stanowi najcenniejszą ozdobę mojego myśliwskiego
pokoju.
Lesław Wisiński