Nad Sołą i Koszarawą - nr 18 (121) - rok  VI - 15 Wrzesień 2003

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 
On ma tylko korony!!!

Spojrzałem w okno. Wygwieżdżone niebo i jakby zastygłe w bezruchu konary drzew zapraszały do pójścia w las. Idealna pogoda na myśliwski wypad w góry. W jakie góry - myślę. Wszak stok Przysłopu prawie zagląda mi w okna.
Bartosz, mój syn usłyszawszy propozycję, chętnie zrywa się z łóżka i przygotowuje się do wyjścia. Herbatka, ciepłe ubranie, sprzęt i jedziemy na starych, wysłużonych dwudziestoletnich WSK-ach. Pół godziny pięcia się stromą leśną drogą, prowadzącą do schroniska PTTK na Wielkiej Raczy /1236 m n.p.m./ i zatrzymujemy motory, około trzystu metrów od hali Mała Racza. Nie warto podjeżdżać dalej i robić szumu w łowisku. Teraz tylko wspinaczka, do położonej na skraju hali ambony, oczywiście bez latarki. Ścieżkę wskazują korony drzew, między którymi prześwituje wygwieżdżone niebo.


Usadowiwszy się na ambonie odpoczywamy w ciszy i skupieniu. Do świtu pozostało jeszcze około godziny. Idealna cisza, w którą wpisuje się tylko spokojne ględzenie lasu, sprzyja wspomnieniom. To w tym miejscu 5 września 1991 r. o godzinie 5.25 przeżyłem pierwsze spotkanie z wilkiem.
Moją zadumę przerywa stękniecie byka. Jest daleko i dosyć wysoko nad nami. Zsuwamy się cicho z ambony i podchodzimy. Byk ryknął kilkakrotnie, potwierdzając swoją obecność na górnej półce. Tam również stoi ambona, byle do niej dojść.
Dochodzimy do ambony skąpani do pasa rosą krzewów, malin i traw. Za naszymi plecami czerwona zorza ledwo budzącego się dnia i prawie niezauważalne kontury odległych szczytów Tatr. Kiedy siadamy na ambonie, na twarzach czujemy lekki, rześki powiew północnego wiatru. Wiatr jest naszym przyjacielem. Niczego nie przeczuwający byk odzywa się kilkakrotnie idąc w naszym kierunku. W lornetce chwytam sylwetkę samotnie żerującego króla beskidzkiej kniei. Obserwuję go chwilę. Na tle ciemnych krzewów jagody i leśnej maliny wyraźnie odcinają się duże, ładne, biało lśniące korony.
- Piękny obustronnie koronny byk. Masz pooglądaj sobie - mówię do syna. Rozczarowany, że strzału nie będzie, układam się wygodnie i popadam w drzemkę.
- Tato! Tato! To jest tylko szóstak! Ma tylko korony i nic więcej - mówi syn, szarpiąc mnie za ramię.
- O czym ty mówisz! Co za szóstak! - Spojrzałem przez lornetkę i serce zabiło mi mocniej, a ręce zaczęły drżeć, tak, że lornetkę musiałem oprzeć o ambonę.
Piękny myłkus, o krętych tykach i dobrze wytartych koronach oddalał się powoli. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów, a przekroczy granicę polsko - słowacką i będzie "nietykalny".
- Tato, bierz broń, może się zatrzyma! - naglił syn.
- Nie! Nie będę ryzykował. Za daleko - odpowiadam. Jeszcze nie dokończyłem zdania, kiedy od strony słowackiej wyszła łania z cielęciem.
Byk zatrzymał się nagle. Zagarnął wieńcem kiść siana i zaryczał. Łania z cielęciem zawróciły do ostoi. Myłkus skręcił w prawo i wolno ruszył za nimi. Nad nim wciąż jeszcze górowało przygraniczne wzniesienie, stanowiąc doskonały kulochwyt.
- Tato! Strzelaj! To ostatnia okazja - syn prawie, że krzyczał mi do ucha. Przyłożyłem broń do oka i huk wystrzału wtargnął w leśną ciszę. Byk nawet nie zaznaczył znikając w niewielkiej kotlince.
Na miejscu zestrzału nie znajdujemy ani ścinki, ani farby. Nic, tylko plątanina borowiny, jeżyny i maliniaka. Sprawdzam pas graniczny, żadnych śladów.
- Tato, choć popatrz - dolatuje do mnie głos syna.
- Nic nie widzę - powiadam, prowadząc wzrok za jego wyciągniętą ręką. - Patrz tutaj! -
Wytężam wzrok i wśród gęstych zarośli widzę wystającą tykę. Westchnienie ulgi wyrwało się z mojej piersi. Myłkus leżał jakieś pięćdziesiąt metrów od miejsca, gdzie przyjął kulę. Był to koronny ósmak o zanikających oczniakach. Jego wieniec stanowi najcenniejszą ozdobę mojego myśliwskiego pokoju.
Lesław Wisiński

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.