Prost z mostu
Myślę więc jestem (cogito ergo sum). Okazuje się, że lektura
naszych numerów gazety może stanowić podstawę do napisania felietonu.
Pozwoliłem sobie na spokojne przeczytanie kilku numerów pisanych pod
hasłem "Rozwój miasta - widziane z drugiej strony - niezależna
inicjatywa społeczna". Są to artykuły sponsorowane. Niemniej
trudno jest ustalić kto jest autorem tekstu, gdyż w niektórych numerach
treści formułowane są jednoosobowo, a w niektórych wieloosobowo. Mniejsza
z tym. W stopce pod tekstami są dwa nazwiska, panów Wiesława Setli
i Tadeusza Trzopa. Określają się jako radni Rady Miasta Żywca - opozycyjni.
Chwała im za to. Ale jak na opozycjonistów, to ich trochę za mało.
Pytanie. W opozycji do kogo? Analiza początkowych tekstów wskazuje
na głęboką znajomość tematów miejskich z przedstawieniem spraw drażliwych,
dyskutowanych w społeczności miejskiej. To właśnie temat słynnej już
"targowicy", o której parę razy sam pisałem. To również
sprawa zagospodarowania terenu po byłym tartaku, gdzie panowie wskazują
na dwuznaczność w zachowaniu się władz miasta (byłych i obecnych)
w stosunku do właściciela terenu. I to też bardzo dobrze, gdyż ludzie
chcą wiedzieć, co się tak naprawdę dzieje wokół nich. I tu kończy
się opozycyjność obu panów, gdyż dalsze teksty zaczynają mnie po prostu
irytować. Piszą panowie np. o jakichś "przekrętach" przy
nadbudowie mieszkań przy ul. Grunwaldzkiej nie wskazując ewentualnych
winnych tego stanu rzeczy. Nie jest sztuką rzucić hasło, ale sztuką
jest wskazać kto za tym stoi. Z nazwiska i z imienia. W artykule z
dnia 1 sierpnia 2003 r. piszecie m.in. "bardzo ciekawa sprawa,
wszyscy wiedzą kto jest winny całej sprawy, projektant, inspektor
nadzoru i firma wykonująca wspomniane nadbudowy ale do dnia dzisiejszego
nikt nie chce w stosunku do winnych wyciągnąć żadnych konsekwencji.
Wyraźnie kryje się tych ludzi, być może okazałoby się, że są z tzw.
układu politycznego i są nie do ruszenia". I tu panowie "opozycjoniści"
czegoś mi brakuje. Jest według Was fakt, być może nawet przestępstwa,
bo tak można domniemywać z tego tekstu. I Wy jako prawi ludzie kończycie
temat takimi oto zdaniami. "Proszę sobie zadać w tym miejscu
pytanie jakie koneksje w naszym ratuszu muszą mieć ci ludzie, być
może okaże się, że któryś z nich pracował lub pracuje w Urzędzie Miejskim?,
być może okaże się, że wspomniany inspektor nadzoru (kto? K.S.) to
rodzina któregoś z lokalnych polityków, (sic! K.S.) a być może współwłaścicielem
firmy, która wykonywała owe nadbudowy okaże się jeden z miejscowych
notabli politycznych? Pożyjemy zobaczymy, a póki co śmiało można całą
historię skonstatować jednym; układy i układziki mają się u nas bardzo
dobrze". Mili panowie, to chyba coś nie tak. Rzuca się hasło,
praktycznie oskarża się kogoś o popełnienie przestępstwa i co?. Kto
ma wyciągać "kasztany z ognia". Ja? Chyba nie na tym polega
rola opozycji w stosunku do władz miasta. Jeśli się powiedziało "a"
to idźmy aż do "z". Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale rzetelność
piszących powinna opierać się na sprawdzonych faktach. Bo jeśli jest
tylko cień podejrzenia to trochę za mało. Idziemy dalej. Z zainteresowaniem
przeczytałem kolejny artykuł z cyklu "widziane z tamtej strony"
z podtytułem - Spółki komunalne - dwuznaczność działania. Temat jakby
wyjęty mi z ust, gdyż to co czytamy w prasie czy oglądamy w telewizji
na temat spółek, przeraża, gorzej, poraża. Niemniej jednak znowu panowie
zatrzymali się w połowie. Po akademickim wykładzie na temat spółek
i wymienieniu ich w tekście (nie wszystkich), zostawiacie naszych
szanownych Czytelników z takim oto stwierdzeniem;" Dzisiejszy
felieton traktujemy jako ogólne wskazanie pewnych nieprawidłowości,
a myślimy, że Czytelnicy będą zainteresowani szczegółowymi informacjami
na temat żywieckich spółek". Zaglądam do następnego numeru gazety
i czytam Wasz tekst i baranieję. O spółkach nic, za to z kolei mam
tekst na temat bezrobocia żywo wyjęty z akademickiego podręcznika.
Panowie, coś tu nie tak. Nie wchodzę Wydawcy w kompetencje, bo każdy
ma prawo w naszej gazecie pisać i to niezależnie od swoich poglądów,
byle tylko nie były to artykuły obraźliwe, ale spodziewałem się od
"opozycjonistów" trochę więcej konkretów, gdyż bądź co bądź,
to panowie jesteście " przy władzy". Spodziewałem się więcej
na temat spółek, ale to jest temat do mojego kolejnego felietonu,
gdyż na razie mam za mało danych, a moje "jaskółki" były
na urlopach i dlatego mam niepełny materiał. Kończąc ten fragment
felietonu, chciałem powiedzieć, że krytyka niektórych tekstów pisanych
przez panów nie nosi w sobie cech złośliwości, a jest zaproszeniem
do dalszej współpracy, bo to wzbogaca treść naszego dwutygodnika.
Zatem, śmielej panowie.
* * *
Każdy z piszących cieszy się jeśli jego tekst jest czytany, a jeszcze
bardziej jest dumny, jeśli treści artykułu są przedmiotem dyskusji
w szerszym gronie. Otóż mam absolutne szczęście, albo ewidentnego
pecha. Na ponad sto felietonów i kilkanaście innych artykułów w gazecie,
dwa razy pisałem o szkole podstawowej w Lipowej. Raz pisałem o sympatycznym
spotkaniu 50 - latków ze szkoły ze swoimi wychowawcami. Zażartowałem
we wspominkach o tamtych latach, że panie nauczycielki biły uczniów.
Mój błąd polegał na tym, że słowo biły nie ująłem w cudzysłów, bo
gwoli prawdy nigdy tak nie było. Oj, oberwało mi się od pań wychowawczyń.
Przyznałem owym paniom rację, wręcz przeprosiłem za moją dziennikarską
gafę. Ale wyznaję zasadę, że tylko ten nie popełnia błędów kto nic
nie robi. I w sumie o tym wszystkim, wszyscy zapomnieliśmy. Natomiast
drugi artykuł o tejże szkole napisałem w numerze 13
z 1 lipca br. Tekst dotyczył miłej uroczystości 20 lecia nadania szkole
imienia Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Kończąc relację z tej uroczystości
pozwoliłem sobie na uwagę na temat nazw nowych patronów szkół w Siennej
i gimnazjum w Twardorzeczce podkreślając, że Lipowa ma również godnych
ludzi, którzy mogliby swymi nazwiskami ozdobić tablice w tych dwóch
szkołach. Ostatnie zdanie tego tekstu brzmiało;" Prawdopodobnie
zabrakło komuś wyobraźni albo zwykłej dozy pamięci". I tu zaczęły
się schody. Otóż jedna z pań (przez grzeczność nie wymienię nazwiska)
prawie, że słownie zrównała mnie z ziemią imputując mi, że to ostatnie
zdanie, które zacytowałem dotyczyło właśnie nadanego przed dwudziestu
laty imienia tejże szkole. Mógłbym mieć obiekcje gdyby ktoś postronny
miał takie obiekcje, ale pani pedagog po prostu, albo nie umie czytać,
albo nic z tego tekstu nie zrozumiała. Ogromnie mnie to zabolało.
Ale cóż taki już jest los felietonisty.
Kazimierz Semik