Moi nauczyciele z żywieckiego liceum
Już osiem lat minęło od dnia, kiedy z drżącym sercem przekroczyłam
progi Liceum Ogólnokształcącego im Mikołaja Kopernika w Żywcu. Czemu
z drżącym sercem? A bo to człowiek wie, czego się może spodziewać
po szkole cieszącej się szczytnym mianem najlepszego liceum na Żywiecczyźnie?
Wysokiego poziomu-powiedział ktoś. Jasne, poziom poziomem, tylko jakim
kosztem? Czy czasem nie zarwanych nocy, codziennego stresu i niechęci
do szkoły, jako takiej? Miałam obawy, ale cóż- było już za późno na
zmianę szkoły. Dziś, wspominając ówczesny stres, uśmiecham się sama
do siebie. Spędziłam w Koperniku 4 lata i nie było tak strasznie.
Wręcz przeciwnie....
Ponieważ moja nowa klasa miała profil biologiczno-chemiczny, naszą
wychowawczynią została nauczycielka chemii, pani profesor Wanda Tomczyk.
Nasze relacje od początku nie zapowiadały się najlepiej i tak już
miało pozostać przez całe 4 lata. Do dziś się zastanawiam, czy to
z naszej winy, czy może... Faktem pozostaje, że nasza wychowawczyni
nigdy nie siliła się na okazanie nam jakichkolwiek cieplejszych uczuć
i z czasem się do tego przyzwyczailiśmy. Trzeba jednak przyznać, że
chemii uczyła świetnie i za to należą się jej wyrazy uznania-za trud
i zaangażowanie w proces dydaktyczny. I za sprawiedliwość w ocenie
naszych postępów.
Biologii uczyła nas pani profesor Beata Kudzia, czyniąc ten przedmiot
jednym z naszych ulubionych. Sympatyczna, prawie zawsze uśmiechnięta
i naprawdę życzliwie nastawiona do uczniów nauczycielka, potrafiła
nie tylko ciekawie wyłożyć cykl rozwojowy buławinki czerwonej, ale
również zmusić nas, żebyśmy się go dokładnie nauczyli. Nie stresowała
nas colekcyjnym odpytywaniem, za to sprawdziany były katastrofalne.
Nie było szans napisania ich za pomocą ściąg, gdyż wymagały dogłębnego
zrozumienia tematu i umiejętności wyciągania wniosków z większej partii
materiału. Chyba nauczyła nas trochę myśleć. Szkoda tylko, że urodzenie
dziecka zaplanowała sobie na naszą klasę maturalną i opuściła nas
w tak ważnym momencie. Ale na maturze była i bardzo to wszystkich
ucieszyło.
Kolejną nauczycielką, której na pewno nikt z nas nie zapomni, była
pani profesor Czesława Bydlińska. Wiedzieliśmy, że czeka nas koszmar
jeszcze przed pierwszą lekcją fizyki. I faktycznie, łatwo nie było.
Bezwzględna dyscyplina na lekcjach, wysokie wymagania, a przy tym
wszelkie próby kombinowania czy nieuczciwości tępione z największą
bezwzględnością. Cóż było robić-uczyliśmy się fizyki, której nie znosiliśmy,
a pani profesor się baliśmy i tyle. Z czasem zauważyliśmy, że nie
jest ona takim potworem, jak się nam na początku wydawało. Ona nas
lubiła. Choć nie umieliśmy fizyki, lubiła nas! I ostrzegała nas przed
swoimi złymi humorami, zakładając zielony strój. Naprawdę! Kiedy szła
korytarzem cała ubrana na zielono, wiadomo było, że jest zła. Niebieski
był najbezpieczniejszy, inne kolory pośrednie. Z czasem i my ją polubiliśmy.
Była momentami rozbrajająca w tej swojej udawanej złośliwości. I właśnie
kiedy fizyka przestała być koszmarem, pani Bydlińska umarła.
Matematyki uczyła nas pani profesor Małgorzata Latasz. Była ona żywym
przykładem wielkiego zaangażowania w proces nauczania. Czasem zależało
jej na naszych wynikach bardziej, niż nam samym. Chciała nas nauczyć
matematyki i wkładała w to dużo serca, nie tylko na lekcjach-poświęcała
uczniom nawet przerwy. Głupio nam czasem było, że ona się stara a
my nie za bardzo... Gdy byliśmy w czwartej klasie przestała uczyć
w szkole ze względu na zły stan zdrowia, ale nie zostawiła nas na
lodzie - udzielała darmowych korepetycji uczniom zdającym maturę z
matematyki. Do dziś wspominam ją nie tylko jako wspaniałą nauczycielkę,
ale i bardzo dobrego człowieka-ciepłą, życzliwą kobietę.
Nauczycielka języka rosyjskiego, pani profesor Małgorzata Sołtysek
nie puściła płazem żadnego przejawu lenistwa z naszej strony. Przygotowywała
dla nas mnóstwo materiałów i potrafiła wyegzekwować ich przyswojenie.
Nie przyjmowała do wiadomości, że rosyjski nie jest najważniejszym
przedmiotem, co niejednemu jej uczniowi przydało się później na studiach.
Niemieckiego uczyła pani profesor Lidia Pietraszko, która miała unikalny
wręcz dar zmuszania nas do samodzielnej pracy. Z reguły nie wzbudzała
w nas pozytywnych uczuć, gdyż nie kryła się ze swoją niechęcią do
nas, jednak w przypływach lepszego humoru uczyła nas niemieckich piosenek
i chętnie z nami śpiewała. Myślę, że tak naprawdę nas lubiła, ale
nie uznawała za stosowne okazywanie nam tego, a szkoda.
Tych nauczycieli zapamiętałam najlepiej. Uczyło nas jeszcze wielu
pedagogów, z których każdy w jakiś sposób utkwił w mojej pamięci,
jednak specjalne miejsce w moich wspomnieniach zawsze będzie zajmowała
nauczycielka języka polskiego - Pani profesor Krystyna Bury jest najwspanialszą
nauczycielką, jaką spotkałam w żywieckim liceum. Jest ona przykładem
prawdziwego powołania. Już na jednej z pierwszych lekcji zwróciła
się do nas ze słowami: "jeśli nauczyciel nie lubi swojej pracy,
powinien jak najszybciej opuścić szkołę i więcej do niej nie wracać".
Ona nie tylko lubiła uczyć, lubiła też przebywać z młodzieżą, interesowała
się naszym życiem i nami samymi. Bardzo szybko stała się naszą drugą
wychowawczynią. Miała niezwykły dar obserwowania i błyskawicznie orientowała
się, jeśli ktoś z jej uczniów miał jakiś problem. Wtedy po lekcji
padała prośba: "odprowadź mnie do gabinetu". To nie znaczy,
że się niepotrzebnie wtrącała w nasze sprawy. Ona po prostu wyciągała
rękę-kto chciał, skorzystał. Z powodu tej troskliwości nazywaliśmy
ją "ciocią Krysią" (mam nadzieję, że się nie obrazi). Ale
interesowały ją nie tylko nasze problemy. Z autentyczną ciekawością
słuchała o naszych zainteresowaniach, czytała książki, które akurat
były na topie, chodziła z nami do kina na najnowsze filmy. Słowem-była
najmłodszą duchem nauczycielką Kopernika.
Jako polonistka, stanowiła dla nas obraz prawdziwej miłośniczki literatury
i kultury, nie tylko polskiej. Potrafiła wzbudzić w nas entuzjazm
dla niekoniecznie ciekawych lektur, zachęcić do samodzielnych poszukiwań.
Była przy tym niesamowicie liberalna, jeżeli chodzi o wyrażane przez
nas sądy, dopuszczała wiele interpretacji i poglądów, nawet na tematy
kontrowersyjne. Jedyne, czego nie tolerowała, to lekceważący stosunek
do przedmiotu. Nieprzeczytanie lektury, nieprzygotowanie czy nieobecność
na lekcji spotykały się z potępieniem. Ona sama traktowała swoją prace
z największą powagą. Nawet, jeśli jej obowiązki wicedyrektora nie
pozwoliły na przeprowadzenie lekcji, odbywała się ona w innym terminie.
W klasie maturalnej poświęcała nam swój wolny czas nie tylko przeprowadzając
dodatkowe lekcje, ale również będąc do dyspozycji na indywidualnych
konsultacjach. Przygotowywała nas nie tylko do matury, ale także do
egzaminów na studia, pomagając opracować tematy nie objęte programem
szkoły średniej, wypożyczając materiały, filmy. Dawała nam odczuć,
że nie jest jej obojętny nasz los i do dziś wierzę, że faktycznie
nie był. Ja sama mogę powiedzieć, że to, kim dziś jestem w dużej mierze
zawdzięczam pani profesor od polskiego. To ona rozwinęła we mnie pasję
samodzielnych poszukiwań, nieustającego kształcenia się, humanistyczną
duszę. Za to właśnie chciałam jej podziękować. A w imieniu wszystkich
uczniów za życzliwość, przyjaźń i serce włożone w nauczanie. Myślę,
że właśnie tacy powinni być nauczyciele. Nie znaczy to, że brak żywieckiemu
liceum innych wspaniałych pedagogów. Wręcz przeciwnie-jest ich tam
naprawdę wielu. Dlatego właśnie polecam kształcenie w tej szkole-zapewnia
ona nie tylko dużą dawkę solidnej wiedzy, ale również wspaniałe wspomnienia.
Patrycja Szostok