Nad Sołą i Koszarawą - nr 18 (121) - rok  VI - 15 Wrzesień 2003

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 
Moi nauczyciele z żywieckiego liceum

Już osiem lat minęło od dnia, kiedy z drżącym sercem przekroczyłam progi Liceum Ogólnokształcącego im Mikołaja Kopernika w Żywcu. Czemu z drżącym sercem? A bo to człowiek wie, czego się może spodziewać po szkole cieszącej się szczytnym mianem najlepszego liceum na Żywiecczyźnie? Wysokiego poziomu-powiedział ktoś. Jasne, poziom poziomem, tylko jakim kosztem? Czy czasem nie zarwanych nocy, codziennego stresu i niechęci do szkoły, jako takiej? Miałam obawy, ale cóż- było już za późno na zmianę szkoły. Dziś, wspominając ówczesny stres, uśmiecham się sama do siebie. Spędziłam w Koperniku 4 lata i nie było tak strasznie. Wręcz przeciwnie....
Ponieważ moja nowa klasa miała profil biologiczno-chemiczny, naszą wychowawczynią została nauczycielka chemii, pani profesor Wanda Tomczyk. Nasze relacje od początku nie zapowiadały się najlepiej i tak już miało pozostać przez całe 4 lata. Do dziś się zastanawiam, czy to z naszej winy, czy może... Faktem pozostaje, że nasza wychowawczyni nigdy nie siliła się na okazanie nam jakichkolwiek cieplejszych uczuć i z czasem się do tego przyzwyczailiśmy. Trzeba jednak przyznać, że chemii uczyła świetnie i za to należą się jej wyrazy uznania-za trud i zaangażowanie w proces dydaktyczny. I za sprawiedliwość w ocenie naszych postępów.
Biologii uczyła nas pani profesor Beata Kudzia, czyniąc ten przedmiot jednym z naszych ulubionych. Sympatyczna, prawie zawsze uśmiechnięta i naprawdę życzliwie nastawiona do uczniów nauczycielka, potrafiła nie tylko ciekawie wyłożyć cykl rozwojowy buławinki czerwonej, ale również zmusić nas, żebyśmy się go dokładnie nauczyli. Nie stresowała nas colekcyjnym odpytywaniem, za to sprawdziany były katastrofalne. Nie było szans napisania ich za pomocą ściąg, gdyż wymagały dogłębnego zrozumienia tematu i umiejętności wyciągania wniosków z większej partii materiału. Chyba nauczyła nas trochę myśleć. Szkoda tylko, że urodzenie dziecka zaplanowała sobie na naszą klasę maturalną i opuściła nas w tak ważnym momencie. Ale na maturze była i bardzo to wszystkich ucieszyło.
Kolejną nauczycielką, której na pewno nikt z nas nie zapomni, była pani profesor Czesława Bydlińska. Wiedzieliśmy, że czeka nas koszmar jeszcze przed pierwszą lekcją fizyki. I faktycznie, łatwo nie było. Bezwzględna dyscyplina na lekcjach, wysokie wymagania, a przy tym wszelkie próby kombinowania czy nieuczciwości tępione z największą bezwzględnością. Cóż było robić-uczyliśmy się fizyki, której nie znosiliśmy, a pani profesor się baliśmy i tyle. Z czasem zauważyliśmy, że nie jest ona takim potworem, jak się nam na początku wydawało. Ona nas lubiła. Choć nie umieliśmy fizyki, lubiła nas! I ostrzegała nas przed swoimi złymi humorami, zakładając zielony strój. Naprawdę! Kiedy szła korytarzem cała ubrana na zielono, wiadomo było, że jest zła. Niebieski był najbezpieczniejszy, inne kolory pośrednie. Z czasem i my ją polubiliśmy. Była momentami rozbrajająca w tej swojej udawanej złośliwości. I właśnie kiedy fizyka przestała być koszmarem, pani Bydlińska umarła.
Matematyki uczyła nas pani profesor Małgorzata Latasz. Była ona żywym przykładem wielkiego zaangażowania w proces nauczania. Czasem zależało jej na naszych wynikach bardziej, niż nam samym. Chciała nas nauczyć matematyki i wkładała w to dużo serca, nie tylko na lekcjach-poświęcała uczniom nawet przerwy. Głupio nam czasem było, że ona się stara a my nie za bardzo... Gdy byliśmy w czwartej klasie przestała uczyć w szkole ze względu na zły stan zdrowia, ale nie zostawiła nas na lodzie - udzielała darmowych korepetycji uczniom zdającym maturę z matematyki. Do dziś wspominam ją nie tylko jako wspaniałą nauczycielkę, ale i bardzo dobrego człowieka-ciepłą, życzliwą kobietę.
Nauczycielka języka rosyjskiego, pani profesor Małgorzata Sołtysek nie puściła płazem żadnego przejawu lenistwa z naszej strony. Przygotowywała dla nas mnóstwo materiałów i potrafiła wyegzekwować ich przyswojenie. Nie przyjmowała do wiadomości, że rosyjski nie jest najważniejszym przedmiotem, co niejednemu jej uczniowi przydało się później na studiach.
Niemieckiego uczyła pani profesor Lidia Pietraszko, która miała unikalny wręcz dar zmuszania nas do samodzielnej pracy. Z reguły nie wzbudzała w nas pozytywnych uczuć, gdyż nie kryła się ze swoją niechęcią do nas, jednak w przypływach lepszego humoru uczyła nas niemieckich piosenek i chętnie z nami śpiewała. Myślę, że tak naprawdę nas lubiła, ale nie uznawała za stosowne okazywanie nam tego, a szkoda.
Tych nauczycieli zapamiętałam najlepiej. Uczyło nas jeszcze wielu pedagogów, z których każdy w jakiś sposób utkwił w mojej pamięci, jednak specjalne miejsce w moich wspomnieniach zawsze będzie zajmowała nauczycielka języka polskiego - Pani profesor Krystyna Bury jest najwspanialszą nauczycielką, jaką spotkałam w żywieckim liceum. Jest ona przykładem prawdziwego powołania. Już na jednej z pierwszych lekcji zwróciła się do nas ze słowami: "jeśli nauczyciel nie lubi swojej pracy, powinien jak najszybciej opuścić szkołę i więcej do niej nie wracać". Ona nie tylko lubiła uczyć, lubiła też przebywać z młodzieżą, interesowała się naszym życiem i nami samymi. Bardzo szybko stała się naszą drugą wychowawczynią. Miała niezwykły dar obserwowania i błyskawicznie orientowała się, jeśli ktoś z jej uczniów miał jakiś problem. Wtedy po lekcji padała prośba: "odprowadź mnie do gabinetu". To nie znaczy, że się niepotrzebnie wtrącała w nasze sprawy. Ona po prostu wyciągała rękę-kto chciał, skorzystał. Z powodu tej troskliwości nazywaliśmy ją "ciocią Krysią" (mam nadzieję, że się nie obrazi). Ale interesowały ją nie tylko nasze problemy. Z autentyczną ciekawością słuchała o naszych zainteresowaniach, czytała książki, które akurat były na topie, chodziła z nami do kina na najnowsze filmy. Słowem-była najmłodszą duchem nauczycielką Kopernika.
Jako polonistka, stanowiła dla nas obraz prawdziwej miłośniczki literatury i kultury, nie tylko polskiej. Potrafiła wzbudzić w nas entuzjazm dla niekoniecznie ciekawych lektur, zachęcić do samodzielnych poszukiwań. Była przy tym niesamowicie liberalna, jeżeli chodzi o wyrażane przez nas sądy, dopuszczała wiele interpretacji i poglądów, nawet na tematy kontrowersyjne. Jedyne, czego nie tolerowała, to lekceważący stosunek do przedmiotu. Nieprzeczytanie lektury, nieprzygotowanie czy nieobecność na lekcji spotykały się z potępieniem. Ona sama traktowała swoją prace z największą powagą. Nawet, jeśli jej obowiązki wicedyrektora nie pozwoliły na przeprowadzenie lekcji, odbywała się ona w innym terminie. W klasie maturalnej poświęcała nam swój wolny czas nie tylko przeprowadzając dodatkowe lekcje, ale również będąc do dyspozycji na indywidualnych konsultacjach. Przygotowywała nas nie tylko do matury, ale także do egzaminów na studia, pomagając opracować tematy nie objęte programem szkoły średniej, wypożyczając materiały, filmy. Dawała nam odczuć, że nie jest jej obojętny nasz los i do dziś wierzę, że faktycznie nie był. Ja sama mogę powiedzieć, że to, kim dziś jestem w dużej mierze zawdzięczam pani profesor od polskiego. To ona rozwinęła we mnie pasję samodzielnych poszukiwań, nieustającego kształcenia się, humanistyczną duszę. Za to właśnie chciałam jej podziękować. A w imieniu wszystkich uczniów za życzliwość, przyjaźń i serce włożone w nauczanie. Myślę, że właśnie tacy powinni być nauczyciele. Nie znaczy to, że brak żywieckiemu liceum innych wspaniałych pedagogów. Wręcz przeciwnie-jest ich tam naprawdę wielu. Dlatego właśnie polecam kształcenie w tej szkole-zapewnia ona nie tylko dużą dawkę solidnej wiedzy, ale również wspaniałe wspomnienia.
Patrycja Szostok

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.