Kapral Nadterminowy Stefan Sapeta
Trzeci Pułk Strzelców Podhalańskich w Bielsku-Białej
 |
1939 rok wojna obronna
Kilka tygodni przed wybuchem wojny będąc podoficerem nadterminowym
w trzecim pułku Strzelców Podhalańskich w Bielsku-Białej, rozkazem
dowódcy pułku wraz z dowództwem kompani "Obrony Narodowej" majorem
Kochaniewiczem i jego zastępcą kapitanem Stefanem Szczerbanowiczem,
skierowany do Żywca w celu przygotowania stanowisk obronnych. 1 -
września wraz ze swoją drużyną w składzie 18 żołnierzy zajęliśmy stanowiska
obronne w rejonie browaru, Żywiec Pawlusie. Dowódca kompani z pozostałym
składem osobowym i uzbrojeniem zajął stanowiska obronne na polach
"dworskich" za browarem... Ja jemu bezpośrednio podlegałem. 2 - września
w godzinach południowych w rejonie naszych stanowisk obronnych spadły
dwa pociski armatnie. Po tym fakcie przybył łącznik na rowerze od
dowódcy batalionu z rozkazem żeby kapral nadterminowy Stefan Sapeta
(czyli ja) przekazał drużynę dowódcy kompanii podporucznikowi Chałpnikowi
a sam mam się stawić w rejonie mostu kolejowego pod Grojcem i na lewym
brzegu Soły objąć dowództwo trzech przeciwlotniczych karabinów maszynowych.
Rozkaz dowódcy batalionu wykonałem. Po przybyciu na miejsce obrony
mojego dowodzenia wydałem rozkaz bojowy (pluton na mój rozkaz), dokonałem
szybkiego przeglądu stanowisk obronnych, żołnierzy i uzbrojenia. Zapytałem
na zbiórce żołnierzy, gdzie dowódca plutonu? Odpowiedzieli mi, że
był porucznik, którego nie znali, opuścił pluton i więcej go nie widzieli.
Oznajmiłem, że z rozkazu dowódcy baonu obejmuję pluton pod dowodzenie,
jako samodzielny pluton CKM przeciwlotniczy. W tym samym dniu w godzinach
popołudniowych nadleciała eskadra niemieckich bombowców, co zaobserwowałem
przez lornetkę. Samoloty te leciały na wysokim pułapie. Nadlatujące
samoloty obserwowała obsługa CKM. Gdy minęły nasze stanowiska nad
Sporyszem gwałtownie obniżyły lot, zrzuciły kilka bomb, zawróciły
i lotem koszącym nas zaatakowały. Prawdopodobnie kierował nimi szpieg
przez radiostację. Błyskawicznie wydałem rozkaz (długimi seriami do
samolotów ognia). Pluton otworzył ogień z trzech cekaemów. Po ostrzelaniu
samoloty odleciały w kierunku Zwardonia. Obrona nasza była skuteczna,
ostrzał nieprzyjacielski z karabinów oraz działek. nie był celny.
Nasz pluton zestrzelił jeden samolot, który spadł za linią frontu.
O północy z drugiego na trzeci września otrzymałem rozkaz od dowódcy
fortów w Węgierskiej Górce kapitana Semika o natychmiastowym wycofaniu
plutonu w kierunku Stary Żywiec dalej na Tresną. Otrzymałem podwody
konne do przewozu CKM i rozkaz ten wykonałem. Musieliśmy się natychmiast
wycofać bo nasi saperzy wysadzali wszystkie mosty na rzekach aby opóźnić
przemarsz wrogich wojsk. Trzeciego września rano ponownie otrzymałem
rozkaz wycofania się w kierunku Andrychowa, było tu wiele wojska z
Obrony Narodowej. Na widok nadlatujących nieprzyjacielskich samolotów
prosto z podwodów zajęliśmy stanowiska obronne. Wydałem rozkaz (seriami
do samolotów ognia). Jeden z atakujących nas samolotów został przez
nas strącony. Załoga ratowała się skokiem ze spadochronem. Dwóch zestrzelonych
pilotów żołnierze przyprowadzili do mnie. Ja przekazałem ich żandarmerii.
Piątego września z rejonu Andrychowa wycofaliśmy się z podwodami w
kierunku Krakowa. Po przybyciu w rejon koncentracji zwolniłem przydzielone
mi podwody. Dywizja nasza pod dowództwem generała Boruty toczyła w
tym rejonie ciężkie boje z przeważającymi siłami wroga. Zginął generał
Kustroń. W dwudniowych walkach Niemcy zniszczyli mi dwa cekaemy. Ośmiokrotnie
byliśmy okrążeni. Z jednym CKM-em wyrwałem się z okrążenia i dołączyłem
do kapitana Szczerbanowicza. Dostaliśmy rozkaz wycofania się w kierunku
Zamość Hrubieszów. W drugiej dekadzie września przybyliśmy w lasy
hrubieszowskie. Nie umyci, głodni i wyczerpani podjęliśmy walkę z
nieprzyjacielem. W kontrnatarciu zginął dowódca kompani kapitan Szczerbanowicz.
Walki trwały do północy. Część żołnierzy dostała się do niewoli, dużo
poległo. Ja zostałem kontuzjowany - huk wybuchającego pocisku artyleryjskiego
ogłuszył mnie. Ja mimo kontuzji nie dałem wziąć się do niewoli, wraz
z trzema kolegami z Radziechów z bronią osobistą, ukryliśmy się w
zaroślach obserwując, co będzie dalej. Po północy zauważyliśmy ruchy
kawalerii sowieckiej. Postanowiliśmy przeprawić się przez San i uciekać
od sowietów. Po przeprawie udaliśmy się do wioski, gdzie kobiety nas
nakarmiły i dostarczyły nam ubrania cywilne, po zniszczeniu broni
postanowiliśmy każdy na własną rękę powrócić w rodzinne strony. Mnie
się udało powrócić do domu w Radziechowach. Moi dwaj koledzy też szczęśliwie
powrócili. Tak zakończyły się moje działania w kampanii wrześniowej
w 1939 roku. Po czym w latach 1940-1945 rozpocząłem działania zbrojne
w ruchu oporu na Żywiecczyźnie w szeregach Armii Krajowej, ale to
oddzielny temat. Adam Cimała na podstawie wspomnień S.Sapety