Nad Sołą i Koszarawą - nr 15 (118) - rok  VI - 1 Sierpień 2003

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 
Rolnicze dylematy

W dniu 2 lipca br. w Łodygowicach - odbyło się pierwsze z letniej serii - szkolenie dla rolników, mające na celu przybliżyć im niektóre problemy wynikające z naszego akcesu do Unii Europejskiej. Szkolenie otworzył przewodniczący Rady Gminy - Stanisław Stec.
Prowadzący szkolenie kierownik powiatowego oddziału Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa - Władysław Suchoń podkreślił na wstępie, że gmina Łodygowice nie przypadkowo wybrana została jako pierwsza na tego rodzaju szkolenie. Spora ilość liczących się, towarowych gospodarstw rolnych na jej terenie, wyjątkowo dobrze rozwiązany problem dojazdu do pól, nierzadko utwardzonymi, pokrytymi masą bitumiczną drogami, a także duże możliwości rozwoju agroturystyki, jako, że leży w kotlinie wcinającej się w pasma górskie Beskidu Śląskiego i Beskidu Małego oraz przylega do Jeziora Żywieckiego, stwarzają tutaj możliwości wielu modelowych rozwiązań.
Na szkolenie przybyła - można powiedzieć -elita rolnicza z terenu gminy. Ponad 30 producentów rolnych najbardziej zainteresowanych możliwościami jakie niesie nasze przystąpienie do Unii Europejskiej z uwagą wysłuchało wystąpień dotyczących wprowadzenia systemu IACS, dopłat bezpośrednich dla rolnictwa, a także możliwości dofinansowania wsi i rolnictwa, jakie stwarza program SAPARD /sprawy te będziemy omawiać szczegółowiej w kolejnych artykułach /.
Ożywioną, momentami - można powiedzieć - burzliwą dyskusję wywołała sprawa uboju zwierząt. Po naszym przystąpieniu do Unii, rolnicy nie będą mogli ubijać zwierząt w domu. Jedyny wyjątek stanowić będzie ubijanie cieląt w wieku do trzech miesięcy oraz ubój z konieczności. Pozostałe zwierzęta, także na użytek własny, ubijać będzie można w przystosowanych do tego rzeźniach, które- jak wynika z informacji - będą w Rajczy i w Rybarzowicach.
Usytuowanie tych ubojni w powiecie, w dodatku tylko dwóch, zostało bardzo mocno skrytykowane przez rolników, gdyż promień dojazdu do nich będzie bardzo duży, a ponadto, tak mała liczba ubojni stawia je w sytuacji monopolisty, który już dzisiaj dyktuje ceny.
Jeden z rolników posłużył się takim przykładem, że ubojnia w Rybarzowicach za trzyletnią krowę proponowała mu 600 zł. podczas gdy on ubijając ją w domu i sprzedając mięso sąsiadom zarobił 1400 zł. Podnosiły się głosy, że trzeba będzie chyba, bydłu kierowanemu na rzeź łamać nogi, albo wymyślać inne przypadłości, które łamać uzasadniałyby ubój z konieczności i omijać nieżyciowe - zdaniem rolników - zarządzenia.
Rozumiem bunt rolników i ich rozgoryczenie, ale uważam, że oni sami na buncie poprzestawać nie powinni. Wieś Polska walcząca od wieków o godne traktowanie zawodu rolnika, wypracowała także pewne metody przeciwdziałania nadmiernemu wyzyskowi. Opierały się one głównie na wspólnym podejmowaniu działań przez rolników zrzeszonych w różnego rodzaju spółkach, wspólnotach, czy związkach spółdzielczych. Niektóre z nich w "radosnym okresie transformacji" nie zostały do cna wytrzebione i działają, do niektórych warto by powrócić. Czy zatem w interesie samych rolników nie leżałaby sprawa stworzenia sobie takich warunków do uboju zwierząt, powiedzmy chociażby dla kilku gospodarstw, na własny użytek, które byłyby zgodne z obowiązującymi przepisami. Warunków, które dawałyby możliwość higienicznego uboju, schładzania ubitych sztuk, odpowiedniej utylizacji odpadów i zagospodarowania krwi, tak jak to ma miejsce w państwach Unii.
Sądzę, że jest to temat do przemyślenia.
Drugi problem może nieco słabiej akcentowany przez rolników, ale stanowiący również istotny sygnał do dalszej działalności ARiMR, zawierał się w aktualnym widzeniu tej instytucji przez rolników. Uważają oni, że ARiMR to nowe miejsca pracy dla iluś tam tysięcy ludzi. Że rolnik traktowany będzie w niej, jako przedmiot, za pomocą którego Agencja realizować będzie nałożone na nią zadania, a nie podmiot biorący osobisty, bezpośredni i świadomy udział w rozwiązywaniu problemów związanych z rozwojem jego gospodarstwa z myślą o jak najlepszym spożytkowaniu jego, rolniczego trudu.
W żywieckim oddziale ARiMR aktualnie zatrudnionych jest kilka osób. Są to młodzi, sympatyczni, ambitni, wykształceni, pod względem fachowym dobrze przygotowani do realizacji czekających ich zadań ludzie. Czy potrafią oni jednak stanąć na wysokości zadania? Czy będzie im w poczynaniach towarzyszyć świadomość - jak to powiedział któryś z dyskutantów - że "tabakiera jest dla nosa, a nie nos dla tabakiery". Czy potrafią, już teraz, na wstępie tak ułożyć swoje kontakty z rolnikami, aby byli przez nich postrzegani jako doradcy i pomocnicy, których wizyty się oczekuje, a nie unika?
Słuchając dyskusji dotyczącej ubojni, zastanawiało mnie stanowisko prezentowane przez pracowników ARiMR, którzy rozkładali ręce i tłumaczyli, że ceny dyktuje właściciel ubojni i oni na to wpływu nie mają. To prawda, że w tym kapitalistycznym - "najlepszym z ustrojów" jaki od momentu rozpoczęcia transformacji, z takim samozaparciem budujemy, obowiązują prawa rynku, ale czy akurat muszą to być "wilcze prawa"? Czy musimy się na nie milcząco godzić? Przecież ARiMR powołana została po to aby być "przewodnikiem" dla rolników na drodze - jak sama jej nazwa wskazuje - restrukturyzacji i modernizacji rolnictwa, teraz już z udziałem funduszy możliwych do uzyskania z Unii Europejskiej.
Kto będzie rolnictwo modernizował jeżeli rolnicy zniechęcani niską opłacalnością produkcji rolnej, zaczną swoje pola zostawiać w czarnym ugorze, bądź zalesiać?
Jako, że było to pierwsze szkolenie, mam do jego organizatorów jeszcze jedną uwagę.
My wciąż jeszcze zbyt słabo rozumiemy naszą potrzebę bycia w Unii. Warto, aby szkolący pokazywali ją w szerszym kontekście. Mówili o historycznym znaczeniu tego aktu, podkreślali korzyści jakie niesie z sobą sam fakt tworzenia jednej wielkiej europejskiej rodziny. Aby w dalszej kolejności zapoznawali rolników z możliwością dopłat bezpośrednich i dofinansowywania ich poczynań z funduszy SAPARD, a dopiero na końcu mówili o obowiązkach jakie będą ciążyć na rolnikach po wstąpieniu do Unii, czy też wówczas, gdy będą chcieli ze specjalnych funduszy skorzystać. Mówienie wpierw o obowiązkach, choćby kolczykowania bydła, już na wstępie budzi pewien niedobry odruch, bo jeszcze nikt nic nie dał, a już stawia wymagania.
Na zakończenie szkolenia zapytałem jedną z młodych rolniczek, prowadzących 10 ha gospodarstwo - Panią Sokołowską - Kania, jak ocenia to szkolenie. Powiedziała, że owszem dobrze, ale powtórzyła przytoczone przeze mnie wcześniej niepokoje, nurtujące rolników i dodała, że szkolenie byłoby o wiele bardziej pożyteczne, gdyby posługiwano się na nim konkretnymi przykładami rolników, którzy już mogą się czymś pochwalić.
Sądzę, że to również warto mieć na uwadze.
Antoni Urbaniec

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.