Nad Sołą i Koszarawą - nr 15 (118) - rok  VI - 1 Sierpień 2003

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|



Listy - polemiki - opinie

Redakcja
Dwutygodnika
„Nad Sołą i Koszarawą”

Jestem obecnym dzierżawcą obiektu "Domek Chiński " znajdującego się w parku żywieckim. Obiekt ten po prawie dwu latach zamknięcia z powodu remontu wznowił swą działalność ku uciesze i aprobacie społeczności żywieckiej jak i przyjeżdżających do Żywca turystów. W tym miejscu chciałam podkreślić, że dzięki dużemu wysiłkowi władz miasta oraz ludzi odpowiedzialnych za prawidłowy przebieg prac renowacyjnych obiekt został przekazany, odnowiony w takim stanie jak przed II-gą wojną światową. Ja, jako dzierżawca dołożyłam i dokładam wszelkich starań, aby odwiedzający park żywiecki mogli w pięknej scenerii spokojnie i miło spędzić czas, posilając się kawą, herbatą, lodami, napojami w tym też piwem. Spożycie tego ostatniego nie jest wysokie, a i cena jest godna tego urokliwego miejsca. Eliminuje ona duże spożycie tego złocistego napoju. Moja działalność nie jest ustawiona na wysoki zysk, lecz na zapewnienie odpowiedniej atmosfery oraz kultury. I w tym miejscu chciałam zdemontować pogłoski, które się ostatnio pojawiły o wybrykach chuligańskich, jakie rzekomo miały miejsce w okolicach "Domku Chińskiego ". Są nieprawdziwe, a powodowane zwykłą ludzką niechęcią. Kawiarnia jest czynna codziennie od godz. 10oo rano do 22oo. Odwiedzający nas turyści oraz mieszkańcy Żywca nie szczędzą nam słów pełnych uznania i podziwu za stworzenie tak miłej atmosfery, godnej tego pięknego zakątka naszego miasta. Życzę sobie aby ten piękny 200-letni obiekt był godną wizytówką naszego miasta
Kończąc ten list zapraszam serdecznie wszystkich chętnych do odwiedzania naszego parku, który z dnia na dzień zaczyna być coraz bardziej zadbany.
Serdecznie pozdrawiam
Janina Sarnik

Szanowna redakcjo
Do Waszego serwisu internetowego trafiłem znajdując tam wiele interesujących mnie materiałów. Gratuluję Redakcji i osobom współpracującym wysokiego poziomu merytorycznego w tym sporej atrakcyjności i szerokiego zakresu poruszanych tematów.

Jest też i kolec, na który co raz to się napotykam w Waszych tekstach. Z uporem lepszym godniejszej sprawy używane jest słowo, które w moim (ale chyba nie tylko) odbiorze jest barbaryzmem a co najmniej słowem wysoce niestosownym. Chodzi o słowo ZBLIŹNIACZONY.

Interesując się tematyką miast bliźniaczych prześledziłem sporą cześć Waszego archiwum tekstów chorobliwie często natrafiając na tego potwora językowego... .

Zdaje mi się, że zawiodła kogoś wrażliwość językowa i brak wyczucia co za sobą niesie to słowo o (najprawdopodobniej) konotacjach gwarowych, pochodzących ze środowisk niechętnych idei partnerstwa miast w ogóle.

To niesmaczne ZBLIŻNIACZENIE to także fragment nowomowy charakterystycznej dla urzędników niższych szczebli. Pracownicy wykonujący proste prace biurowe odczuwają dużą potrzebę dowartościowania swej pracy. W warstwie słownej przejawia się to między innymi korzystaniem ze słów "specjalistycznych", z zakresu (rzekomo) przynależnego "specjalistom"... .

Osoby korzystające z takiego zasobu leksykalnego mimowolnie więc trafiają w regiony społeczne i na poziom, z którym (w trosce o wysoką jakość) w żadnej mierze nie powinny być utożsamiane.
Powyższy wywód w niczym nie podważa niewątpliwych osiągnięć Redakcji, a nawet - wprost przeciwnie - stanowić może przyczynek do troski o wysoką jakość wykonywanej pracy.
Z wyrazami szacunku
Maciej Nadolski
Toruń

Szanowny
Panie Redaktorze

Z wielkim zainteresowaniem i uwagą czytam redagowany przez Pana dwutygodnik "Nad Sołą i Koszarawą", który - przy okazji organizowanych zebrań O/W TMZŻ - przekazuję naszym kolegom.
Fakt, że ukazuje się dwa razy w tygodniu znacznie przybliża nam i uaktualnia te sprawy i wydarzenia, które dotyczą również dnia dzisiejszego naszej "małej Ojczyzny" zbyt dla wielu odległej, ale nam zawsze bliskiej.
Czytając niektóre artykuły, nasuwa się szereg pytań, skojarzeń, czy uzupełnień odnośnie zamieszczonych informacji. I tak na przykład nawiązując do artykułu p. Mirosława Miodońskiego pt. "Łowczówek" - Szlakiem żywieckich legionistów" zamieszczonym w nr. 16 z dnia 15 VIII 2002 r. - mogę się podzielić własnym wspomnieniem z wyjazdu do Łowczówka, jeszcze w okresie przedwojennym . Szkoła bowiem (żeńska), w której się wówczas uczyłam: "Sacre Coeur" w Zbylitowskiej Górze k/Tarnowa - organizowała szereg wycieczek dostosowanych do programu poszczególnych klas. Bedąc więc w V-tej czy VI-tej klasie szkoły podstawowej, wyjechaliśmy z naszą nauczycielką p. Będzińską do Łowczówka, aby na miejscu dokładnie dowiedzieć się o przebiegu słynnej bitwy, o ruchach wojsk, o Legionach. Tutaj mała dygresja: ówczesny program szkolny (do którego skłaniają się częściowo i obecne władze oświatowe), przewidywał sześć klas szkoły powszechnej, cztery klasy gimnazjum zakończone "małą maturą" oraz dwie klasy liceum o wybranym określonym profilu: humanistycznym, matematyczno-fizycznym i geograficzno-przyrodniczym - zakończone "dużą maturą". Do naszej szkoły, która prezentowała wysoki poziom nauczania, dojeżdżały codziennie córki ministra Eugeniusza Kwiatkowskiego.
Wracając do Łowczówka, nie przypominam sobie, aby były jakiekolwiek trudności z dotarciem na miejsce. Jechałyśmy pociągiem z Tarnowa w kierunku Tuchowa, Nowego Sącza, wysiadając po drodze na jakiejś stacji, a dalej na rozległe pole bitwy pod Łowczówkiem.
Cmentarz, otoczony dookoła murem, był starannie utrzymany, zarówno liczne nagrobki jak i krzyże osadzone w solidnej podbudowie. Porównując zdjęcia: i moje, które załączam wykonane małym prostym aparacikiem "Baby Box" i p. Miodońskiego zamieszczone w dwutygodniku NSiK, można dziś stwierdzić znaczną różnicę, jaka nastąpiła na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat.
Obchodząc cmentarz, miałyśmy okazję zajrzeć i do kaplicy, gdzie znajdowały się różne pamiątki, odznaczenia, sztandary, i tam zapewne odprawiano Msze św. w których brali udział i uczestnicy tych wydarzeń.
Zarówno na cmentarzu jak i na polu bitwy pytaniom nie było końca, to był wspaniały przyczynek do lekcji historii.
O udziale żywczaków w I i II wojnie światowej oraz wojnie polsko-bolszewickiej - dowiedziałam się znacznie później, gdy w latach 90-tych zostałam członkiem Oddziału Warszawskiego Towarzystwa Miłośników Ziemi Żywieckiej. Wówczas na pełnione funkcje i częste kontakty z tym pięknym regionem (który opuściłam w 1945 r.), mogłam bliżej poznać historię Żywiecczyzny. Z różnych publikacji i wspomnień, wynikało, że Żywiecczyzna weszła w okres I-ej Wojny Światowej świadoma swej polskości i przygotowana do podjęcia walki o niepodległość Ojczyzny.
Warto może przypomnieć, że rozwijała się tutaj praca oświatowa i społeczno-polityczna. Towarzystwo Szkoły Ludowej, należało do najżywotniejszych w kraju. "Sokół" zachęcał młodzież nie tylko do uprawiania sportu i gimnastyki, lecz przede wszystkim budził ducha patriotyzmu i przygotowywał przyszłych żołnierzy do walki o wolną Polskę. Powstały dwie tajne organizacje skupiające młodzież do walki orężnej z wrogiem, a mianowicie ZARZEWIE, której inicjatorem był Mieczysław Rybarski (a członkami zostali między innymi Leonard Rybarski, Józef Namysłowski). Młodzież rzemieślnicza usamodzielniła się i założyła własną tajną organizację: Polską Organizację Bojową. Obie te organizacje przygotowały grunt do założenia jawnego już Towarzystwa Strzelec w 1913 roku.
Z chwilą wybuchu I Wojny Światowej, młodzież strzelecka - na wezwanie Józefa Piłsudskiego - formowała ochotnicze oddziały i szła walczyć o niepodległą Polskę. Dnia 7 sierpnia nadszedł do Żywca telegram: "mobilizować Żywiec i czekać na rozkaz" podpisał szef sztabu JÓZEF (Kazimierz Sosnowski). Na rozkaz wymarszu czekano 9 dni. Wyruszyły kolejno I-sza (pod dowództwem L. Rybarskiego) II i III kompania. Chłopców żegnano uroczyście.
P.s. Więcej o walkach ochotniczych kompanii ziemi żywieckiej w latach 1918 - 1919 można znaleźć w przedwojennym kwartalniku "Gronie" nr 4 z 1938 r.
Szczęsna-Maria Perzyńska


do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.