Listy - polemiki - opinie
Redakcja
Dwutygodnika
Nad Sołą i Koszarawą
Jestem obecnym dzierżawcą obiektu "Domek Chiński " znajdującego
się w parku żywieckim. Obiekt ten po prawie dwu latach zamknięcia
z powodu remontu wznowił swą działalność ku uciesze i aprobacie społeczności
żywieckiej jak i przyjeżdżających do Żywca turystów. W tym miejscu
chciałam podkreślić, że dzięki dużemu wysiłkowi władz miasta oraz
ludzi odpowiedzialnych za prawidłowy przebieg prac renowacyjnych obiekt
został przekazany, odnowiony w takim stanie jak przed II-gą wojną
światową. Ja, jako dzierżawca dołożyłam i dokładam wszelkich starań,
aby odwiedzający park żywiecki mogli w pięknej scenerii spokojnie
i miło spędzić czas, posilając się kawą, herbatą, lodami, napojami
w tym też piwem. Spożycie tego ostatniego nie jest wysokie, a i cena
jest godna tego urokliwego miejsca. Eliminuje ona duże spożycie tego
złocistego napoju. Moja działalność nie jest ustawiona na wysoki zysk,
lecz na zapewnienie odpowiedniej atmosfery oraz kultury. I w tym miejscu
chciałam zdemontować pogłoski, które się ostatnio pojawiły o wybrykach
chuligańskich, jakie rzekomo miały miejsce w okolicach "Domku
Chińskiego ". Są nieprawdziwe, a powodowane zwykłą ludzką niechęcią.
Kawiarnia jest czynna codziennie od godz. 10oo rano do 22oo. Odwiedzający
nas turyści oraz mieszkańcy Żywca nie szczędzą nam słów pełnych uznania
i podziwu za stworzenie tak miłej atmosfery, godnej tego pięknego
zakątka naszego miasta. Życzę sobie aby ten piękny 200-letni obiekt
był godną wizytówką naszego miasta
Kończąc ten list zapraszam serdecznie wszystkich chętnych do odwiedzania
naszego parku, który z dnia na dzień zaczyna być coraz bardziej zadbany.
Serdecznie pozdrawiam
Janina Sarnik
Szanowna redakcjo
Do Waszego serwisu internetowego trafiłem znajdując tam wiele interesujących
mnie materiałów. Gratuluję Redakcji i osobom współpracującym wysokiego
poziomu merytorycznego w tym sporej atrakcyjności i szerokiego zakresu
poruszanych tematów.
Jest też i kolec, na który co raz to się napotykam w Waszych tekstach.
Z uporem lepszym godniejszej sprawy używane jest słowo, które w moim
(ale chyba nie tylko) odbiorze jest barbaryzmem a co najmniej słowem
wysoce niestosownym. Chodzi o słowo ZBLIŹNIACZONY.
Interesując się tematyką miast bliźniaczych prześledziłem sporą cześć
Waszego archiwum tekstów chorobliwie często natrafiając na tego potwora
językowego... .
Zdaje mi się, że zawiodła kogoś wrażliwość językowa i brak wyczucia
co za sobą niesie to słowo o (najprawdopodobniej) konotacjach gwarowych,
pochodzących ze środowisk niechętnych idei partnerstwa miast w ogóle.
To niesmaczne ZBLIŻNIACZENIE to także fragment nowomowy charakterystycznej
dla urzędników niższych szczebli. Pracownicy wykonujący proste prace
biurowe odczuwają dużą potrzebę dowartościowania swej pracy. W warstwie
słownej przejawia się to między innymi korzystaniem ze słów "specjalistycznych",
z zakresu (rzekomo) przynależnego "specjalistom"... .
Osoby korzystające z takiego zasobu leksykalnego mimowolnie więc
trafiają w regiony społeczne i na poziom, z którym (w trosce o wysoką
jakość) w żadnej mierze nie powinny być utożsamiane.
Powyższy wywód w niczym nie podważa niewątpliwych osiągnięć Redakcji,
a nawet - wprost przeciwnie - stanowić może przyczynek do troski o
wysoką jakość wykonywanej pracy.
Z wyrazami szacunku
Maciej Nadolski
Toruń
Szanowny
Panie Redaktorze
Z wielkim zainteresowaniem i uwagą czytam redagowany przez Pana dwutygodnik
"Nad Sołą i Koszarawą", który - przy okazji organizowanych
zebrań O/W TMZŻ - przekazuję naszym kolegom.
Fakt, że ukazuje się dwa razy w tygodniu znacznie przybliża nam i
uaktualnia te sprawy i wydarzenia, które dotyczą również dnia dzisiejszego
naszej "małej Ojczyzny" zbyt dla wielu odległej, ale nam
zawsze bliskiej.
Czytając niektóre artykuły, nasuwa się szereg pytań, skojarzeń, czy
uzupełnień odnośnie zamieszczonych informacji. I tak na przykład nawiązując
do artykułu p. Mirosława Miodońskiego pt. "Łowczówek" -
Szlakiem żywieckich legionistów" zamieszczonym w nr. 16 z dnia
15 VIII 2002 r. - mogę się podzielić własnym wspomnieniem z wyjazdu
do Łowczówka, jeszcze w okresie przedwojennym . Szkoła bowiem (żeńska),
w której się wówczas uczyłam: "Sacre Coeur" w Zbylitowskiej
Górze k/Tarnowa - organizowała szereg wycieczek dostosowanych do programu
poszczególnych klas. Bedąc więc w V-tej czy VI-tej klasie szkoły podstawowej,
wyjechaliśmy z naszą nauczycielką p. Będzińską do Łowczówka, aby na
miejscu dokładnie dowiedzieć się o przebiegu słynnej bitwy, o ruchach
wojsk, o Legionach. Tutaj mała dygresja: ówczesny program szkolny
(do którego skłaniają się częściowo i obecne władze oświatowe), przewidywał
sześć klas szkoły powszechnej, cztery klasy gimnazjum zakończone "małą
maturą" oraz dwie klasy liceum o wybranym określonym profilu:
humanistycznym, matematyczno-fizycznym i geograficzno-przyrodniczym
- zakończone "dużą maturą". Do naszej szkoły, która prezentowała
wysoki poziom nauczania, dojeżdżały codziennie córki ministra Eugeniusza
Kwiatkowskiego.
Wracając do Łowczówka, nie przypominam sobie, aby były jakiekolwiek
trudności z dotarciem na miejsce. Jechałyśmy pociągiem z Tarnowa w
kierunku Tuchowa, Nowego Sącza, wysiadając po drodze na jakiejś stacji,
a dalej na rozległe pole bitwy pod Łowczówkiem.
Cmentarz, otoczony dookoła murem, był starannie utrzymany, zarówno
liczne nagrobki jak i krzyże osadzone w solidnej podbudowie. Porównując
zdjęcia: i moje, które załączam wykonane małym prostym aparacikiem
"Baby Box" i p. Miodońskiego zamieszczone w dwutygodniku
NSiK, można dziś stwierdzić znaczną różnicę, jaka nastąpiła na przestrzeni
tych kilkudziesięciu lat.
Obchodząc cmentarz, miałyśmy okazję zajrzeć i do kaplicy, gdzie znajdowały
się różne pamiątki, odznaczenia, sztandary, i tam zapewne odprawiano
Msze św. w których brali udział i uczestnicy tych wydarzeń.
Zarówno na cmentarzu jak i na polu bitwy pytaniom nie było końca,
to był wspaniały przyczynek do lekcji historii.
O udziale żywczaków w I i II wojnie światowej oraz wojnie polsko-bolszewickiej
- dowiedziałam się znacznie później, gdy w latach 90-tych zostałam
członkiem Oddziału Warszawskiego Towarzystwa Miłośników Ziemi Żywieckiej.
Wówczas na pełnione funkcje i częste kontakty z tym pięknym regionem
(który opuściłam w 1945 r.), mogłam bliżej poznać historię Żywiecczyzny.
Z różnych publikacji i wspomnień, wynikało, że Żywiecczyzna weszła
w okres I-ej Wojny Światowej świadoma swej polskości i przygotowana
do podjęcia walki o niepodległość Ojczyzny.
Warto może przypomnieć, że rozwijała się tutaj praca oświatowa i społeczno-polityczna.
Towarzystwo Szkoły Ludowej, należało do najżywotniejszych w kraju.
"Sokół" zachęcał młodzież nie tylko do uprawiania sportu
i gimnastyki, lecz przede wszystkim budził ducha patriotyzmu i przygotowywał
przyszłych żołnierzy do walki o wolną Polskę. Powstały dwie tajne
organizacje skupiające młodzież do walki orężnej z wrogiem, a mianowicie
ZARZEWIE, której inicjatorem był Mieczysław Rybarski (a członkami
zostali między innymi Leonard Rybarski, Józef Namysłowski). Młodzież
rzemieślnicza usamodzielniła się i założyła własną tajną organizację:
Polską Organizację Bojową. Obie te organizacje przygotowały grunt
do założenia jawnego już Towarzystwa Strzelec w 1913 roku.
Z chwilą wybuchu I Wojny Światowej, młodzież strzelecka - na wezwanie
Józefa Piłsudskiego - formowała ochotnicze oddziały i szła walczyć
o niepodległą Polskę. Dnia 7 sierpnia nadszedł do Żywca telegram:
"mobilizować Żywiec i czekać na rozkaz" podpisał szef sztabu
JÓZEF (Kazimierz Sosnowski). Na rozkaz wymarszu czekano 9 dni. Wyruszyły
kolejno I-sza (pod dowództwem L. Rybarskiego) II i III kompania. Chłopców
żegnano uroczyście.
P.s. Więcej o walkach ochotniczych kompanii ziemi żywieckiej w latach
1918 - 1919 można znaleźć w przedwojennym kwartalniku "Gronie"
nr 4 z 1938 r.
Szczęsna-Maria Perzyńska