"W trosce o rozwój regionu" - UNIA EUROPEJSKA
Trudno się dziwić eurosceptykom
oraz poważnym obawom o frekwencję podczas referendum. Wystarczy sobie
przypomnieć nastroje naszego społeczeństwa sprzed kilkunastu lat.
Entuzjazm, optymizm, wiara w lepszą przyszłość, radosne i uśmiechnięte
twarze spotykanych na ulicy ludzi. A co nam zostało z tych lat minionych?
Olbrzymie bezrobocie, bardzo trudna sytuacja ekonomiczna większości
Polaków, przygnębiający nastrój, apatia, brak perspektyw na zdecydowaną,
pomyślną zmianę losu, postępujące odsuwanie się społeczeństwa od współdecydowania
o rozwoju swojego środowiska. Ale żeby przerwać w naszej ojczyźnie
to zaklęte koło niemożności, zastoju, zwątpienia i biernego oczekiwania
na jakieś samoistne, cudowne rozwiązania naszych problemów to trzeba
znowu dokonać wielkiego przełomu i podjąć następny, odważny, milowy
krok w kierunku integracji, umocnienia demokracji i rozwoju gospodarki,
aby była zdolna tworzyć nowe miejsca pracy. Aby w przyszłości nie
być znowu zawiedzionym warto być eurorealistą i spojrzeć na problem
integracji obiektywnie, bez przesadnego robienia sobie i innym wybujałych
nadziei, bo przecież Unia Europejska nie jest instytucją charytatywną.
Chociaż nie tylko środki finansowe są tym czynnikiem decydującym o
rozwoju Polski, czy też naszego regionu. Panuje jakiś dziwny paraliż,
niemoc, brak otwartości na pomysły, nawet te bezinwestycyjne. W marcu
bieżącego roku, dr Ewa Jurczyńska-McCluskey, kierownik Katedry Socjologii
ATH w Bielsku-Białej, organizując międzynarodowe seminarium "Samorząd
lokalny w procesie integracji europejskiej: doświadczenia i perspektywy"
stwierdziła (cytuję) "w Polsce ciągle rządzenie oznacza, że elity
wiedzą lepiej od społeczeństwa". Lejemy krokodyle łzy, że dziesiątki
tysięcy dobrze wykształconych Polaków osiedliło się w uprzemysłowionych,
zachodnich krajach, które nie inwestując w ich edukację pozyskały
dobrych specjalistów do różnych dziedzin gospodarki. A jak sytuacja
przedstawia się odwrotnie. Znikoma ilość tych emigrantów, nierzadko
z wyższym wykształceniem, po zdobyciu na obczyźnie nowej porcji wiedzy
i doświadczenia wraca do kraju i niebawem okazuje się, że mają oni
nikłą szansę na spożytkowanie nabytych umiejętności szczególnie w
sektorze zarządzanym przez państwo. Nie chodzi tu o jakieś dywagacje
słowne osób, które bez względu na okres czasu, który spędziły za granicą
nie mogą się wykazać jakimkolwiek śladem działalności w tamtejszym
społeczeństwie, lecz o tych nielicznych, którzy mogą udokumentować
swoje osiągnięcia w dziedzinie gospodarczej, kulturalnej, społecznej,
w publicystyce itp. W Polsce na różnych szczeblach władzy, a dotyczy
to także części przedsiębiorców, panuje dziwny i niezrozumiały zwyczaj
niezwłocznego, rzetelnego, obszernego i udokumentowanego odpowiadania
adwersarzom na inwektywy, pomówienia, personalne ataki, jednocześnie
w wielu przypadkach nie odpowiadając i nie ustosunkowując się wcale
do wszelkich przyjaznych propozycji, sugestii lub podanych sposobów
na rozwiązanie nabrzmiałych problemów, przekazanych zarówno przez
osoby piastujące różne funkcje społeczne, zawodowe, czy też szeregowych
obywateli oraz prasę. Bywa i tak, że brak odpowiedzi oznacza, iż interlokutor
spożytkował uzyskane informacje jako własne. Okazuje się, że oprócz
gościnnych łam prasy, dosyć trudno przekazać, nawet wydawałoby się
przydatne sugestie. Pod koniec ubiegłego roku pojawiły się na tablicach
ogłoszeń w Żywcu duże, kolorowe plakaty zapraszające do dyskusji z
cyklu "Rozmowy o współczesności" w nawiązaniu do zakończonych
właśnie wyborów do samorządu lokalnego. Niestety, chociaż organizator
przygotował i udekorował specjalnie na tę okazję dużą salę, prelegent
odwołał spotkanie po kilkunastu minutach, gdyż byłem jedynym uczestnikiem,
który zareagował na to zaproszenie. W tym trzydziestotrzytysięcznym
mieście nie wykazali zainteresowania własnymi sprawami mieszkańcy
ani rzesze działaczy, niewybranych do samorządu, którzy zaledwie kilka
tygodni wcześniej, będąc kandydatami na radnych deklarowali z troską,
że zajmą się problemami swojego środowiska. Wspominam o tym w kontekście
zbliżającego się referendum w sprawie przystąpienia Polski do struktur
Unii Europejskiej, obawiając się o zbyt skromne zainteresowanie pójściem
do głosowania. Aby tak się nie stało w zakończeniu poprzedniego felietonu
zasygnalizowałem pewną propozycję, która zmierza do uzyskania takiej
frekwencji, aby Żywiec publicznie wyróżniono w środkach masowego przekazu,
najlepiej już po pierwszym dniu głosowania w dniu 7-go czerwca. Bez
dużego wysiłku organizacyjnego, byłaby to darmowa i bardzo nagłośniona
promocja naszego miasta i regionu, co niemal automatycznie wiąże się
z poprawą wizerunku i reklamą firm działających na Żywiecczyźnie.
W razie osiągnięcia sukcesu, będziemy postrzegani w opinii ogólnopolskiej
jako aktywni społecznie, zaangażowani, dążący do poprawy swojej sytuacji
gospodarczej, a miasto jako dobrze zorganizowane i poprawnie zarządzane.
Promocja przebiegałaby równolegle, ale niezależnie od referendum obejmując
dzieci i młodzież do 18-go roku życia, którzy dzięki tej akcji mieliby
także pewien wpływ na kształtowanie swojej przyszłości. Uprawnieni,
niepowiązani formalnie z tą akcją głosowaliby zgodnie z własnym sumieniem
i uznaniem.
D l a c z e g o j e s t e m z a i n t e g r a c j ą?
Ponieważ przez wiele lat mieszkałem w kraju, który był kolebką demokracji.
Tam prawo nie tylko obowiązuje, ale jest przestrzegane. Panuje swoboda
obywatelska, lecz jednocześnie dyscyplina oraz wzajemne poszanowanie
władzy i obywatela. Mieszkaniec takiego kraju nie musi się troszczyć,
że nie będzie mógł wyegzekwować swoich nabytych praw, że paliwo, które
kupuję może okazać się rozcieńczone, że otrzyma zawyżony rachunek
telefoniczny za rozmowy, których nie przeprowadził, że kupi żywność
nie atestowaną lub chemicznie zatrutą, że otrzyma rachunek za usługę,
który nie podlega żadnej weryfikacji, że nie będzie mógł wcale a w
najlepszym wypadku z ogromnymi trudnościami reklamować zakupionego
towaru i wykonanych usług, że osoby kompetentne nie zareagują na pomysły,
projekty, innowacje, że nie znajdzie pracy nawet tej pogardzanej i
najniżej opłacanej, że zostanie inaczej potraktowany przez prawo jak
jego sąsiad, pracodawca czy członek władzy oraz że...będzie miał wiele
różnych problemów, których nie doświadczają obywatele bardziej demokratycznych,
lepiej zorganizowanych i zamożniejszych krajów. Kto zakosztował życia
w takim państwie, będzie z całą mocą dążył, aby jak najszybciej znaleźć
się w Unii Europejskiej.
Rodzice i dziadkowie dorastającej obecnie młodzieży, którym przyszło
żyć w trudnych czasach marzą zwykle o szczęśliwej przyszłości swych
dzieci i wnuków, o jakimś bajecznym dla nich prezencie, na który przeważnie
ich nie stać. Dzień 7 oraz 8 czerwca będzie wyjątkową i unikalną okazją,
aby ofiarować zupełnie bezpłatnie sobie, a głównie właśnie DLA NICH
podarunek przyszłości o nazwie UNIA EUROPEJSKA.
Henryk Kłosowicz