Prosto z mostu
Prima Aprilis się skończył, czyli żarty też (na marginesie
chcę powiedzieć, że końcówka felietonu w poprzednim numerze pt. "Z
ostatniej chwili" była oczywiście żartem primaaprilisowym). Choć
w tym kraju nie bardzo wiadomo co jest na serio a co żartem. Wprawdzie
jak pan Lepper miałby zostać premierem to ja niestety pakuje manatki
i uciekam za granicę. Nawet w głąb Afryki. Jak mówimy o żartach, to
uważam, że ktoś z przykrej sprawy zrobił sobie w kraju żart. Chodzi
mianowicie o wojnę w Iraku. Czy to poważne, aby kraj który ma swą
armię w rozsypce, likwidowane są kolejne jednostki wojskowe, gdzie
rezerwiści pod kierownictwem swych przełożonych kradną broń z magazynów
wojskowych, zabierając do cywila na pamiątkę prawdziwy....... granat
wystawiał swą "armię" na tę wojnę. Wprawdzie 200 osobową
,ale armię. Gdzie w koszarach częściej ćwiczona jest "fala"
niż musztra a dowódca najsłynniejszej jednostki "GROM" odjeżdża
z pola walki z Iraku........... dokończyć pisanie pracy dyplomowej.
I pytam się czy to kpina z narodu czy dalszy ciąg niedorzecznych decyzji
na "górze". Przypadkowo słuchałem audycji radiowej, gdzie
jeden z polskich korespondentów akredytowany na froncie irackim, łamanym
głosem mówił, że jest mu wstyd, iż musi mówić w języku rosyjskim,
gdyż użycie rodzimej mowy może Go narazić na duże przykrości z utratą
życia włącznie. My Polacy, którzy z Irakijczykami robiliśmy dobre
interesy, budowaliśmy im drogi, fabryki w zamian za ropę, nagle "
za judaszowe srebrniki" idziemy garstką żołnierzy wspierać Amerykanów
i Anglików. Pytam komu to było potrzebne? Nie mnie oceniać, czy ta
wojna jest słuszna czy nie. Jedno wiem na pewno, że nas tam w tej
roli jakiej jesteśmy być nie powinno. I choć daleki jestem od kpin,
gdyż każda wojna, nawet najmniejsza to tragedia ludzi, ale nasz udział
w tej batalii jest po prostu kpiną. Ale dość wojny prawdziwej, my
mamy swoją tzw. "wojnę na górze". I tu kolejna kpina. W
sytuacji kiedy wszystko się wali na łeb na szyję, my zaczynamy w ramach
kabaretu zwanego Rywingate podrzucać karteczki, obnażać życie polityczne
tzw. "warszawki". Nagle nasi przywódcy, politycy, wielkiej
klasy dziennikarze zaczynają się obrzucać przysłowiowym błotem. Wreszcie
wiemy jak się robi imieniny u Prezydenta RP, ile mniej więcej trzeba
dać aby się tam dostać (no cóż Kossak w porządnych ramach kosztuje).
Najbardziej ubawił mnie Pierwszy Śledczy Rzeczypospolitej pan Marszałek
Nałęcz, który w jednym z wywiadów stwierdził, że taka forma dawania
prezentów jest najlepsza bo On pieniądze przelewa z konta na ten prezent
- szkoda, że nie dopowiedział ile. A więc jak się bawić to się bawić.
Kabaret trwa nadal, choć nie za bardzo lubię panią minister Jakubowską,
ale pokazała przed tym śledczym ciałem klasę. Natomiast podpadł mi
na dobre śledczy, pan poseł dwojga imion Rokita. Panie pośle otóż
znam w Krakowie dużo uprzejmiejszych a zarazem mniej impertynenckich
mężczyzn od pana. A szkoda. Na naukę zostało niewiele czasu. A powtórka
takiego spektaklu szybko się panu nie przytrafi. Ale dość tych kpin.
Pan premier Miller postawił sobie chyba za cel, przetestować swoich
ministrów. Przewinęło się już ich parę sztuk przez ten rząd. Jedni
jeszcze nie zaczęli urzędowania a już skończyli karierę. Przykład
roszady w Ministerstwie Zdrowia jest aż porażający. Do wieczora był
pan Balicki, który rządził aż trzy miesiące (podobno nieźle ) ale
pan premier mu namieszał w resorcie, to pieprznął teką. W nocy rodziła
się nowa postać, choć ze starego składu Kralkowska, ale rano do Pałacu
Prezydenckiego "zasmyczyli" pana Sikorskiego. Mniej trochę
kłopotów było z Ministrem Skarbu Cytryckim, który po trzech miesiącach
też powiedział - dziękuje, i poszedł w siną dal. Już teraz poważniej.
O czym to świadczy. O kompletnym braku rozeznania ludzi którzy mają
nami rządzić, w naszym imieniu podejmować bieżące ale bardzo ważne
decyzje. To prawda, że nie ma ludzi niezastąpionych. Ale na Boga miłego
róbcie to na poważnie, a nie kpijcie z Narodu. Jak by tego było mało
w tym bałaganie a właściwie w mętnej wodzie pływają sobie rybki kasując
nasze pieniążki w poczuciu prawa i sprawiedliwości społecznej. Otóż
piątka panów ze Śląskiej Kasy Chorych w przeddzień rozwiązania tejże,
zrobiła "skok na kasę". Otóż w majestacie prawa Rada Kasy
przyznała nagrody dla zarządu czyli pięciu dżentelmenom. Łączna wartość
tych nagród to bagatela "tylko" 70 tysięcy złotych. Aby
było śmieszniej nagrody przyznano mimo że Kasa zakończyła rok 2002
stratą w wysokości 126 milionów złotych. Szef Kasy dostał maksymalną
kwotę 16 tysięcy pozostali trzej po 15 tysięcy a najmłodszy stażem
10 tysięcy. Ale uwaga. Ci czterej goście pracowali w 2002 roku...........
4 miesiące, a ten co dostał najmniej (biedactwo) aż ...... 3 miesiące.
I takie apanaże wypłaca się ludziom, którzy pracują w najbardziej
newralgicznej instytucji, która od samego początku jest pod obstrzałem
pacjentów. Jak powiedział mi jeden z pacjentów; panie, przecież to
jest skur.......... To ja czekam na zabieg trzy miesiące, bo dla lekarzy
nie ma pieniędzy, to ludzie odmawiają sobie kupienia lekarstw, które
nieraz mogą ratować im życie, bo nie mają czym zapłacić, a tu wierchuszka
Śląskiej Kasy zjada tort nie zostawiając nawet ochłapów. Czy to jest
zgodne z zasadami współżycia społecznego? Jaki był, to był ten socjalizm,
ale takiego draństwa nie było. Coś mi się wydaje, że panowie z Kasy
poszli śladem kierownictw spółek węglowych, bo tam obowiązywała ciekawa
zasada - im większa strata w spółce tym większa wypłata i premia dla
szefostwa. Zacząłem żartem ale nie jest mi do śmiechu. Rozbawiła mnie
dyskusja, wprawdzie na odległość między Sekretarzem Generalnym SLD
Markiem Dyduchem a biskupem Tadeuszem Pieronkiem, na temat roli Kościoła
w państwie świeckim. Dyskusja moim zdaniem akademicka. W sytuacji
gdy jest nam coraz gorzej winniśmy wspólnie zaciągać pasa. A czy tak
jest? Chyba nie do końca, co nie należy rozumieć jako uogólnienia
sytuacji. Biskup Pieronek mówi, że Kościół jest takim samym partnerem
społecznym jak hutnicy, górnicy czy nauczyciele. Zgadzam się. Tylko
czy słyszał ktoś o bezrobotnych księżach. Bo ja nie. Tak więc słuchając
tej rozmowy wychodzę z założenia, a właściwie jestem pewny, że pan
Dyduch to nie całe SLD a biskup Pieronek to nie cały Kościół.
Kazimierz Semik
PS. Otrzymuję różnego rodzaju telefony i listy, w których czytelnicy
wyrażają głęboką troskę o kraj, o województwo, miasto czy gminy. Jest
w tych rozmowach i listach dużo żalu, goryczy, ale jest również dużo
agresji i nienawiści do rządzących na każdym szczeblu. Poruszane są
sprawy, które być może przy podaniu źródeł mogłyby swój epilog znaleźć
w prokuraturze. Ale jest jedna immanentna cecha tych listów, ich anonimowość.
W jednym z ostatnich adresowanych do Wydawcy pana Gąsiora i mnie zarazem,
oberwało mi się, że powinienem poruszać sprawy bezprawia, które w
mieście panuje, anarchii w zakładach itp. itp. Jeśli autor czy autorzy
podpisują się skrótem " T.S.K. " to co ja mam z tym zrobić?
Najbardziej dotknęło nas stwierdzenie "że my coś też z tego "tortu"
dostajemy. Jeśli ma ktoś odwagę opisać fakty, które po przeczytaniu
tego listu mogą mieć miejsce, to niech skontaktuje się ze mną lub
Wydawcą i my gwarantujemy anonimowość, ale chcąc by fakty ujrzały
światło dzienne muszę znać autora (ów) tekstu. Nie sztuka jest napisać
list i podpisać go inicjałami i bez adresu. Dlatego proszę autora
(ów) o odwagę i kontakt.