Nad Sołą i Koszarawą - nr 8 (111) - rok  VI - 15 Kwiecień  2003

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 

Prosto z mostu

Prima Aprilis się skończył, czyli żarty też (na marginesie chcę powiedzieć, że końcówka felietonu w poprzednim numerze pt. "Z ostatniej chwili" była oczywiście żartem primaaprilisowym). Choć w tym kraju nie bardzo wiadomo co jest na serio a co żartem. Wprawdzie jak pan Lepper miałby zostać premierem to ja niestety pakuje manatki i uciekam za granicę. Nawet w głąb Afryki. Jak mówimy o żartach, to uważam, że ktoś z przykrej sprawy zrobił sobie w kraju żart. Chodzi mianowicie o wojnę w Iraku. Czy to poważne, aby kraj który ma swą armię w rozsypce, likwidowane są kolejne jednostki wojskowe, gdzie rezerwiści pod kierownictwem swych przełożonych kradną broń z magazynów wojskowych, zabierając do cywila na pamiątkę prawdziwy....... granat wystawiał swą "armię" na tę wojnę. Wprawdzie 200 osobową ,ale armię. Gdzie w koszarach częściej ćwiczona jest "fala" niż musztra a dowódca najsłynniejszej jednostki "GROM" odjeżdża z pola walki z Iraku........... dokończyć pisanie pracy dyplomowej. I pytam się czy to kpina z narodu czy dalszy ciąg niedorzecznych decyzji na "górze". Przypadkowo słuchałem audycji radiowej, gdzie jeden z polskich korespondentów akredytowany na froncie irackim, łamanym głosem mówił, że jest mu wstyd, iż musi mówić w języku rosyjskim, gdyż użycie rodzimej mowy może Go narazić na duże przykrości z utratą życia włącznie. My Polacy, którzy z Irakijczykami robiliśmy dobre interesy, budowaliśmy im drogi, fabryki w zamian za ropę, nagle " za judaszowe srebrniki" idziemy garstką żołnierzy wspierać Amerykanów i Anglików. Pytam komu to było potrzebne? Nie mnie oceniać, czy ta wojna jest słuszna czy nie. Jedno wiem na pewno, że nas tam w tej roli jakiej jesteśmy być nie powinno. I choć daleki jestem od kpin, gdyż każda wojna, nawet najmniejsza to tragedia ludzi, ale nasz udział w tej batalii jest po prostu kpiną. Ale dość wojny prawdziwej, my mamy swoją tzw. "wojnę na górze". I tu kolejna kpina. W sytuacji kiedy wszystko się wali na łeb na szyję, my zaczynamy w ramach kabaretu zwanego Rywingate podrzucać karteczki, obnażać życie polityczne tzw. "warszawki". Nagle nasi przywódcy, politycy, wielkiej klasy dziennikarze zaczynają się obrzucać przysłowiowym błotem. Wreszcie wiemy jak się robi imieniny u Prezydenta RP, ile mniej więcej trzeba dać aby się tam dostać (no cóż Kossak w porządnych ramach kosztuje). Najbardziej ubawił mnie Pierwszy Śledczy Rzeczypospolitej pan Marszałek Nałęcz, który w jednym z wywiadów stwierdził, że taka forma dawania prezentów jest najlepsza bo On pieniądze przelewa z konta na ten prezent - szkoda, że nie dopowiedział ile. A więc jak się bawić to się bawić. Kabaret trwa nadal, choć nie za bardzo lubię panią minister Jakubowską, ale pokazała przed tym śledczym ciałem klasę. Natomiast podpadł mi na dobre śledczy, pan poseł dwojga imion Rokita. Panie pośle otóż znam w Krakowie dużo uprzejmiejszych a zarazem mniej impertynenckich mężczyzn od pana. A szkoda. Na naukę zostało niewiele czasu. A powtórka takiego spektaklu szybko się panu nie przytrafi. Ale dość tych kpin. Pan premier Miller postawił sobie chyba za cel, przetestować swoich ministrów. Przewinęło się już ich parę sztuk przez ten rząd. Jedni jeszcze nie zaczęli urzędowania a już skończyli karierę. Przykład roszady w Ministerstwie Zdrowia jest aż porażający. Do wieczora był pan Balicki, który rządził aż trzy miesiące (podobno nieźle ) ale pan premier mu namieszał w resorcie, to pieprznął teką. W nocy rodziła się nowa postać, choć ze starego składu Kralkowska, ale rano do Pałacu Prezydenckiego "zasmyczyli" pana Sikorskiego. Mniej trochę kłopotów było z Ministrem Skarbu Cytryckim, który po trzech miesiącach też powiedział - dziękuje, i poszedł w siną dal. Już teraz poważniej. O czym to świadczy. O kompletnym braku rozeznania ludzi którzy mają nami rządzić, w naszym imieniu podejmować bieżące ale bardzo ważne decyzje. To prawda, że nie ma ludzi niezastąpionych. Ale na Boga miłego róbcie to na poważnie, a nie kpijcie z Narodu. Jak by tego było mało w tym bałaganie a właściwie w mętnej wodzie pływają sobie rybki kasując nasze pieniążki w poczuciu prawa i sprawiedliwości społecznej. Otóż piątka panów ze Śląskiej Kasy Chorych w przeddzień rozwiązania tejże, zrobiła "skok na kasę". Otóż w majestacie prawa Rada Kasy przyznała nagrody dla zarządu czyli pięciu dżentelmenom. Łączna wartość tych nagród to bagatela "tylko" 70 tysięcy złotych. Aby było śmieszniej nagrody przyznano mimo że Kasa zakończyła rok 2002 stratą w wysokości 126 milionów złotych. Szef Kasy dostał maksymalną kwotę 16 tysięcy pozostali trzej po 15 tysięcy a najmłodszy stażem 10 tysięcy. Ale uwaga. Ci czterej goście pracowali w 2002 roku........... 4 miesiące, a ten co dostał najmniej (biedactwo) aż ...... 3 miesiące. I takie apanaże wypłaca się ludziom, którzy pracują w najbardziej newralgicznej instytucji, która od samego początku jest pod obstrzałem pacjentów. Jak powiedział mi jeden z pacjentów; panie, przecież to jest skur.......... To ja czekam na zabieg trzy miesiące, bo dla lekarzy nie ma pieniędzy, to ludzie odmawiają sobie kupienia lekarstw, które nieraz mogą ratować im życie, bo nie mają czym zapłacić, a tu wierchuszka Śląskiej Kasy zjada tort nie zostawiając nawet ochłapów. Czy to jest zgodne z zasadami współżycia społecznego? Jaki był, to był ten socjalizm, ale takiego draństwa nie było. Coś mi się wydaje, że panowie z Kasy poszli śladem kierownictw spółek węglowych, bo tam obowiązywała ciekawa zasada - im większa strata w spółce tym większa wypłata i premia dla szefostwa. Zacząłem żartem ale nie jest mi do śmiechu. Rozbawiła mnie dyskusja, wprawdzie na odległość między Sekretarzem Generalnym SLD Markiem Dyduchem a biskupem Tadeuszem Pieronkiem, na temat roli Kościoła w państwie świeckim. Dyskusja moim zdaniem akademicka. W sytuacji gdy jest nam coraz gorzej winniśmy wspólnie zaciągać pasa. A czy tak jest? Chyba nie do końca, co nie należy rozumieć jako uogólnienia sytuacji. Biskup Pieronek mówi, że Kościół jest takim samym partnerem społecznym jak hutnicy, górnicy czy nauczyciele. Zgadzam się. Tylko czy słyszał ktoś o bezrobotnych księżach. Bo ja nie. Tak więc słuchając tej rozmowy wychodzę z założenia, a właściwie jestem pewny, że pan Dyduch to nie całe SLD a biskup Pieronek to nie cały Kościół.

Kazimierz Semik

PS. Otrzymuję różnego rodzaju telefony i listy, w których czytelnicy wyrażają głęboką troskę o kraj, o województwo, miasto czy gminy. Jest w tych rozmowach i listach dużo żalu, goryczy, ale jest również dużo agresji i nienawiści do rządzących na każdym szczeblu. Poruszane są sprawy, które być może przy podaniu źródeł mogłyby swój epilog znaleźć w prokuraturze. Ale jest jedna immanentna cecha tych listów, ich anonimowość. W jednym z ostatnich adresowanych do Wydawcy pana Gąsiora i mnie zarazem, oberwało mi się, że powinienem poruszać sprawy bezprawia, które w mieście panuje, anarchii w zakładach itp. itp. Jeśli autor czy autorzy podpisują się skrótem " T.S.K. " to co ja mam z tym zrobić? Najbardziej dotknęło nas stwierdzenie "że my coś też z tego "tortu" dostajemy. Jeśli ma ktoś odwagę opisać fakty, które po przeczytaniu tego listu mogą mieć miejsce, to niech skontaktuje się ze mną lub Wydawcą i my gwarantujemy anonimowość, ale chcąc by fakty ujrzały światło dzienne muszę znać autora (ów) tekstu. Nie sztuka jest napisać list i podpisać go inicjałami i bez adresu. Dlatego proszę autora (ów) o odwagę i kontakt.

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.