Melodia
Przychodziła wczesnym rankiem
Wraz ze wschodem słońca.
Zanikała późnym wieczorem
Odprowadzana przez nocy gońca.
Śpiewała same rzewne pieśni,
O słodkiej, młodzieńczej miłości,
Która żyła we mnie przed laty,
Kiedy radośnie śmiały mi się kwiaty.
Była mi poranną modlitwą
I wieczornym Anioł Pański.
Wspomniała szalone dni kochania:
Nutami szczęśliwości trwania.
Jej imię było duchem gór,
Echo-muzyką wysokich lasów,
W westchnieniu buków i jodeł,
W szumie potoków, w szepcie strumieni.
Wracała radosna, natrętnie
Każdego letniego poranka.
Zbierała chłodną rosę
Do kolorowego, pękatego dzbanka.
Skocznie tańczyła pośród zieleni,
Ubrana w sukienkę z czerwonych malin.
Przeskakiwała zagony z wysoką miedzią,
Podsłuchiwała, co o niej, ludzie powiedzą.
Śmiał się do niej: Słoneczny,
Długi, ciepły dzień.
To znów innym razem
Zasmucał ją deszczu cień.
Pierwszego dnia jesieni,
Kiedy się liść na drzewie rumieni,
Zabrakło jej, nie wróciła,
Jakby się na jesień obraziła.
Daremnie czekał młody świt,
Zniecierpliwiony zamienił się w dzień.
Imię przestało być duchem,
Echo muzyką, westchnienie szeptem.
Jan Słapa