Nad Sołą i Koszarawą - nr 8 (111) - rok  VI - 15 Kwiecień  2003

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|



Węgierscy zbóje - Czyli rozbójników okrutnych historia

Koniec XVII wieku w nadgranicznych ziemiach Rzeczypospolitej obfitował w rozboje, rebelie i napady. Awanturnicy, nie wypłaceni żołnierze czy też zwykli rabusie wykorzystywali anarchie i słabość państwa, aby na terenach, na których przebywali wprowadzać swoje zbójnickie prawa. Takimi okrutnikami byli dwaj bracia Dzigoszykowie. Martyn i Paweł ze wsi Bystrzyc na Węgrzech stojąc na czele 25 osobowej bandy siali strach na pograniczu polsko-węgierskim. Rabowali, zabijali i gwałty czynili nie oszczędzając nikogo, dlatego wszędzie gdzie się pojawili, ludzie w panice uciekali, a ich odwiedziny boleśnie wpisywały się w pamięć nawiedzonych.
W swoich rozbójniczych podróżach dotarli kilkakrotnie na Żywiecczyznę. Za każdym razem pozostawiając za sobą zgliszcza, krew i śmierć. W czasie jednej z takich wypraw 16 lipca 1688 roku banda Dzigoszyków ( znanych też jako Portasz) złapała Marcina Jaszka urzędnika z Węgierskiej Górki. Najechała jego posiadłość i zrabowała ją doszczętnie. Powiązanego Jaszke poprowadzili do Rajczy, bowiem tam w karczmie u Wojciecha Ryłka postanowili czekać na okup, który miała dostarczyć żona. Małżonka, chcąc ratować męża nie wspomniała nikomu, po co jej pieniądze, lecz wycofała depozyt. Pospiesznie na koniu przywiozła wszystko, co miała. Udało się jej zebrać 360 dukatów i 470 talarów. Zbójnicy pieniądze przeliczyli i zabrali, a potem na oczach żony postrzelonego na placu kazali: "pacholikowi małemu jeszcze złą siekierą szyję uciąć, któremu ze szczęką okrutnie, kilka razy rąbiąc, odciął" Zrozpaczona małżonka na miejscu kaźni wystawiła kamienną mękę Pańską.
Po tym wydarzeniu z zamku krakowskiego przysłano 40 żołnierzy, aby złapać winnych. Przetrząsano lasy, przesłuchiwano podejrzanych, lecz ekspedycja nie dała żadnych rezultatów. Dwory szlacheckie i poszczególne miasta wystawiły specjalne warty, aby złapać węgierskich zbirów. Jednak bez rezultatów. Rok później Martyn i Paweł, z nieznanych bliżej powodów, odłączyli się od bandy dobierając sobie studenta, który znał języki węgierski, niemiecki i łacinę. Udając kupców podróżowali po wielkich miastach Węgier, Austrii, Czech i Śląska. "Na ostatku do Karakowa przyszedł, gdzie go nieznajomie połapiono, że był srebro Żydom przedawał łomane". Uczciwość kupiecka została podważona. Jednak nikt nie znał prawdziwego "cechu" kupieckiego, z jakiego wywodzili się Węgrzy, dlatego też wszelkie pieniądze i srebro jako zastaw zostało pozostawione u rotmistrza. Dzigoszycy zaś, udali się po rekomendacje, które miały potwierdzić ich...uczciwość. Uwolnieni, udali się najkrótszą drogą na Węgry. Trasa prowadziła przez Państwo Żywieckie, gdzie dotarli brnąc po śniegu w czasie świąt Bożego Narodzenia. Martyn na tym terenie, jak zresztą wszędzie gdzie prowadził swój kupiecko-zbójnicki cech, nie był mile widziany, dlatego poruszali się tylko nocą. Jedyną osobą, która mogła im okazać jakąkolwiek pomoc była mieszkanka Milówki Regina Dutkowa. Pani Regina w niewyjaśnionych okolicznościach pozbyła się rok wcześniej męża. Zapewne węgierscy rozbójnicy mieli w tym swój udział. Teraz jednak mieszkanka Milówki, pod osłoną nocy napoiła wprawdzie nieproszonych gości, ale zaraz, gdy oni udali się w dalszą drogę, również i ona wybiegła i powiadomiła chłopów, co to za "kolędników" spotkała. Po krótkiej naradzie, pamiętając zadane rok wcześniej razy chłopi postanowili wędrownym trzem królom urządzić jasełka. Idąc po śladach szybko odnaleźli poszukiwanych, którzy przemarznięci, głodni nie stawiali wielkiego oporu. Pojmanych zaprowadzono do Żywca, a tam trzydziestu wartowników stale ich pilnowało. Obawiano się, że ich dawni kamraci mogą przyjść im na ratunek.
Proces sądowy odbył się bardzo szybko, gdyż świadków ich krwawych czynów było wielu. Ponad dwa tysiące ludzi przybyło, aby patrzeć jak dokona się sprawiedliwość na łotrach. Przybyły kat Jurek z Krakowa w pierwszej kolejności zajął się Martynem. "Naprzód mu pasy dwa na plecach udarto i dwie ręce ucięto, a na ostatku żywo na haku, jako hetmana, zawieszono". Brata jego Pawła skazano na łamanie kołem. Ten jednak przed śmiercią, czując wyrzuty sumienia i w trosce o dusze poprosił, "aby był do Bractwa Różańcowego po śmierci wpisany". Co też uczyniono.

Jacek Kachel


do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.