Węgierscy zbóje - Czyli rozbójników okrutnych historia
Koniec
XVII wieku w nadgranicznych ziemiach Rzeczypospolitej obfitował w
rozboje, rebelie i napady. Awanturnicy, nie wypłaceni żołnierze czy
też zwykli rabusie wykorzystywali anarchie i słabość państwa, aby
na terenach, na których przebywali wprowadzać swoje zbójnickie prawa.
Takimi okrutnikami byli dwaj bracia Dzigoszykowie. Martyn i Paweł
ze wsi Bystrzyc na Węgrzech stojąc na czele 25 osobowej bandy siali
strach na pograniczu polsko-węgierskim. Rabowali, zabijali i gwałty
czynili nie oszczędzając nikogo, dlatego wszędzie gdzie się pojawili,
ludzie w panice uciekali, a ich odwiedziny boleśnie wpisywały się
w pamięć nawiedzonych.
W swoich rozbójniczych podróżach dotarli kilkakrotnie na Żywiecczyznę.
Za każdym razem pozostawiając za sobą zgliszcza, krew i śmierć. W
czasie jednej z takich wypraw 16 lipca 1688 roku banda Dzigoszyków
( znanych też jako Portasz) złapała Marcina Jaszka urzędnika z Węgierskiej
Górki. Najechała jego posiadłość i zrabowała ją doszczętnie. Powiązanego
Jaszke poprowadzili do Rajczy, bowiem tam w karczmie u Wojciecha Ryłka
postanowili czekać na okup, który miała dostarczyć żona. Małżonka,
chcąc ratować męża nie wspomniała nikomu, po co jej pieniądze, lecz
wycofała depozyt. Pospiesznie na koniu przywiozła wszystko, co miała.
Udało się jej zebrać 360 dukatów i 470 talarów. Zbójnicy pieniądze
przeliczyli i zabrali, a potem na oczach żony postrzelonego na placu
kazali: "pacholikowi małemu jeszcze złą siekierą szyję uciąć,
któremu ze szczęką okrutnie, kilka razy rąbiąc, odciął" Zrozpaczona
małżonka na miejscu kaźni wystawiła kamienną mękę Pańską.
Po tym wydarzeniu z zamku krakowskiego przysłano 40 żołnierzy, aby
złapać winnych. Przetrząsano lasy, przesłuchiwano podejrzanych, lecz
ekspedycja nie dała żadnych rezultatów. Dwory szlacheckie i poszczególne
miasta wystawiły specjalne warty, aby złapać węgierskich zbirów. Jednak
bez rezultatów. Rok później Martyn i Paweł, z nieznanych bliżej powodów,
odłączyli się od bandy dobierając sobie studenta, który znał języki
węgierski, niemiecki i łacinę. Udając kupców podróżowali po wielkich
miastach Węgier, Austrii, Czech i Śląska. "Na ostatku do Karakowa
przyszedł, gdzie go nieznajomie połapiono, że był srebro Żydom przedawał
łomane". Uczciwość kupiecka została podważona. Jednak nikt nie
znał prawdziwego "cechu" kupieckiego, z jakiego wywodzili
się Węgrzy, dlatego też wszelkie pieniądze i srebro jako zastaw zostało
pozostawione u rotmistrza. Dzigoszycy zaś, udali się po rekomendacje,
które miały potwierdzić ich...uczciwość. Uwolnieni, udali się najkrótszą
drogą na Węgry. Trasa prowadziła przez Państwo Żywieckie, gdzie dotarli
brnąc po śniegu w czasie świąt Bożego Narodzenia. Martyn na tym terenie,
jak zresztą wszędzie gdzie prowadził swój kupiecko-zbójnicki cech,
nie był mile widziany, dlatego poruszali się tylko nocą. Jedyną osobą,
która mogła im okazać jakąkolwiek pomoc była mieszkanka Milówki Regina
Dutkowa. Pani Regina w niewyjaśnionych okolicznościach pozbyła się
rok wcześniej męża. Zapewne węgierscy rozbójnicy mieli w tym swój
udział. Teraz jednak mieszkanka Milówki, pod osłoną nocy napoiła wprawdzie
nieproszonych gości, ale zaraz, gdy oni udali się w dalszą drogę,
również i ona wybiegła i powiadomiła chłopów, co to za "kolędników"
spotkała. Po krótkiej naradzie, pamiętając zadane rok wcześniej razy
chłopi postanowili wędrownym trzem królom urządzić jasełka. Idąc po
śladach szybko odnaleźli poszukiwanych, którzy przemarznięci, głodni
nie stawiali wielkiego oporu. Pojmanych zaprowadzono do Żywca, a tam
trzydziestu wartowników stale ich pilnowało. Obawiano się, że ich
dawni kamraci mogą przyjść im na ratunek.
Proces sądowy odbył się bardzo szybko, gdyż świadków ich krwawych
czynów było wielu. Ponad dwa tysiące ludzi przybyło, aby patrzeć jak
dokona się sprawiedliwość na łotrach. Przybyły kat Jurek z Krakowa
w pierwszej kolejności zajął się Martynem. "Naprzód mu pasy dwa
na plecach udarto i dwie ręce ucięto, a na ostatku żywo na haku, jako
hetmana, zawieszono". Brata jego Pawła skazano na łamanie kołem.
Ten jednak przed śmiercią, czując wyrzuty sumienia i w trosce o dusze
poprosił, "aby był do Bractwa Różańcowego po śmierci wpisany".
Co też uczyniono.
Jacek Kachel