Kalejdoskop / nie tylko / wspomnień - Nie lekceważmy
rolników
Średnio licząc co trzeci mieszkaniec Polski należy do
rolniczego stanu. Stanu, który niczym wulkan zaczyna się coraz
mocniej burzyć i oby nie wybuchnął. Nie lekceważyłbym,
organizowanych przez rolników, od kilku tygodni, manifestacji i
blokad dróg, bo przywodzą mi one na myśl pomruki, jakie wydobywają
się z wnętrza wulkanu, zanim nastąpi jego erupcja.
Wulkany mają to do siebie, że zanim wyrzucą na zewnątrz,
całą masę lawy, piasku wulkanicznego i popiołu, gromadzą to
wszystko w sobie, nieraz przez bardzo długi okres czasu. W rolniczym
wulkanie, przez całe dziesiątki lat, tej gotującej się masy
nagromadziło się dużo, bardzo dużo.
Nie zamierzam zagłębiać się zbyt daleko w >chłopskie
krzywdy<. Nie będę przypominał pańszczyźnianego upokarzania chłopów
przez wieki, ani czasów Polski międzywojennej, bo ta dla nich także
była macochą. Wystarczy tylko uświadomić sobie, że główny ciężar
odbudowy naszego kraju z ruin, jakie pozostawiła II wojna światowa,
spoczął na chłopskich barkach, bo i na czyich miał spocząć,
skoro w owych czasach stanowili oni przeważającą większość
narodu.
To oni żywili kraj, oddając znaczną część swojej
produkcji państwu, w formie uciążliwych, nisko opłacanych, obowiązkowych
dostaw.
To oni przede wszystkim, zasiedlali i zagospodarowywali
ziemie zachodnie.
To oni, - głównie młode pokolenie chłopów -, pracowali przy
odbudowującym się przemyśle i - jak to się wówczas mówiło -
> na wielkich budowlach socjalizmu<.
Październik - 1956 r. otworzył nowe perspektywy przed
Polską wsią, a ustanowienie w 1959 r. Funduszu Rozwoju Rolnictwa i
przypisanie go Kółkom Rolniczym, w istotny sposób wpłynęło na
rozbudzenie samorządności wśród chłopów i przyśpieszyło
wprowadzanie postępu agrotechnicznego w rolnictwie. Równocześnie
zwiększone zostały nakłady na rozwój przemysłu rolno- spożywczego
oraz przemysłu wytwarzającego środki produkcji dla rolnictwa. Przed
rolnictwem zapaliło się zielone światło.
Dużym impulsem , przyśpieszającym postęp w rolnictwie było
wypracowanie w 1971 r - wspólnie przez PZPR i ZSL -. nowej polityki
rolnej, której motorem napędowym był chłopski syn z mazowieckiej
wsi, ówczesny sekretarz rolny KC PZPR, a następnie Minister
Rolnictwa - Kazimierz Barcikowski.
Polityka ta zakładała - rozłożone w czasie:
zniesienie obowiązkowych dostaw, wzrost opłacalności produkcji
rolnej, zwiększenie nakładów, tak na przemysł produkujący dla
rolnictwa, jak i przetwórstwo rolno-spożywcze i co najważniejsze
przewidywała przyznanie rolnikom świadczeń emerytalnych i objęcie
ich bezpłatną opieką lekarską, z równoczesnym zagwarantowaniem
trwałości gospodarstwa chłopskiego.
Wprowadzenie jej w życie przyczyniło się do
dynamicznego wzrostu produkcji rolnej i lepszego zaopatrzenia rynku w
produkty rolne i ich przetwory. Lata 60 -te i 70 -te ubiegłego wieku,
były bodaj w całej historii polskiego rolnictwa najkorzystniejszymi
latami jego rozwoju
Warto przypomnieć, że produkcja - mięsa: wołowego
wzrosła / w zaokrągleniu/ z 465 tyś. ton w 1970 r. do 695 tyś. ton
w 1975 r i 734 tyś. ton w 1979 r. Analogicznie mięsa: wieprzowego z
1279 tyś. ton do 1793 tyś. ton i 1795 tyś. ton; drobiowego z 115 tyś.
ton do 236 tyś. ton i 398 tyś. ton. Mleka z 14,5 mld litrów do 16,0
mld. litrów i 16,5 mld. litrów. Równocześnie chłopi, bodaj po raz
pierwszy w naszych dziejach - zaczęli nabierać zaufania do państwa
i lansowanej przez niego polityki. Najwymowniejszym przykładem
wzrostu tego zaufania, był rozwój gospodarstw specjalistycznych,
ukierunkowanych na jeden, dwa rodzaje produkcji podstawowej. Rolnicy
zaczęli wierzyć w trwałość tej polityki i unowocześniać swoje
gospodarstwa, biorąc niejednokrotnie wysokie kredyty inwestycyjne.
Rozwijały się i umacniały państwowe gospodarstwa
rolne, powstawały nowe spółdzielnie produkcyjne. Także tu na
Podbeskidziu, gdzie głód ziemi był zawsze bardzo duży, rolnicy
zaczęli dostrzegać swoją szansę w gospodarce kolektywnej, czego
wyrazem było powstanie kilku nowych spółdzielni produkcyjnych.
"Sielanka" ta jednak trwała krótko. Już w latach 80-tych
zanotowano regres w produkcji rolnej. Zapoczątkowana, w latach
90-tych XX wieku, transformacja społeczna, w rolnictwie doprowadziła
do absurdów. Ze względów ideologicznych rozwiązano PGR -y oraz
doprowadzono do upadku Rolnicze Spółdzielnie Produkcyjne, tak jakby
chleb ze zboża wyprodukowanego w tych sektorach był gorszy od chleba
wyprodukowanego na zbożu z chłopskiego pola. Dochodowość w
gospodarstwach chłopskich spadła prawie o połowę, co doprowadziło
do tego, że rolnicy masowo zaczęli ograniczać produkcję, a wiele
gospodarstw, które zaangażowały się w modernizację w oparciu o
kredyty inwestycyjne, po prostu zbankrutowało. Dzisiaj całe połacie
pół w Polsce leżą odłogiem.
Widać to także u nas, chociaż tu w Beskidach, zjawisko
to musi szczególnie boleć. Tutaj ziemia była w wyjątkowym
poszanowaniu i te małe 1- 2 ha, rozdrobnione gospodarstwa , przy dużej
ilości siły roboczej, produkowały, przynajmniej na potrzeby własnej
rodziny, a teraz leżą odłogiem i nawet pola położonych na górskich
stokach mało kto zalesia.
Jeżeli pomyśleć, że za swój sukces uważamy dzisiaj
"wywalczenie" w Unii Europejskiej możliwość produkcji 7,0
mld. litrów mleka rocznie, wobec 16,5 mld. w 1979 roku, nie mówiąc
już o innych wskaźnikach - także w przemyśle-, to widać jakie osiągnęliśmy
dno.
Ale znacznie groźniejszym od spadku produkcji rolnej,
jest poderwanie, po raz kolejny zaufania rolników do władzy. Chłop
polski, od pokoleń - nie bez przyczyny, o czym wspomniałem na wstępie
- ma zakorzenioną w sobie nieufność do zwierzchności i ta nieufność,
to uprzedzenie, - "dzięki" aktualnej polityce rolnej, a właściwie
braku takowej, znowu się w nim ugruntowuje.
Władza zaś, wciąż nie potrafi wyzbyć się "jaśniepańskiego"
stosunku do chłopa.
Wieś traktuje się jak jedno wielkie dziadostwo. Chłopów jak ciemną,
nie wykształconą masę, w gumowych butach, kufajkach, z kilkudniowym
zarostem. No cóż, tacy reprezentanci tej społeczności, też się
zdarzają, ale kto ich do tego stanu doprowadził?
Rolnik w skrytości ducha liczył na to, że dojście
lewicy do władzy w koalicji z PSL, przyniesie ulgę jego losowi.
Wszak doznał tego w latach 60/70. Wszak premier Miller w swoim expose
o tym zapewniał.
Jak się mają słowa do czynów? Jak potraktować stwierdzenie Jarosława
Kalinowskiego, jakiego użył w wywiadzie telewizyjnym, że kiedy szło
o miliardy dla górnictwa, czy na inną gałąź gospodarki, to
przystawał na to solidarnie, bo tak trzeba / i ja tak sądzę /, ale
o kilka milionów dla rolnictwa, musiał walczyć, z opornym
sojusznikiem?
I czy faktycznie musiał? Czyżby działacze lewicy
potrzeby wsparcia rolnictwa nie doceniali?
Nie wiem, czy w istniejącej sytuacji rozważną była decyzja o
zerwaniu koalicji z PSL.
To prawda, że ludowcy nie pierwszy raz okazali się
wiarołomni, zaś tym razem w wyjątkowo newralgicznej sprawie i należała
im się jakaś nauczka. Należała, bo szermując hasłami obrony
rolników, nie tylko ich interes mieli na myśli, bo znajduje się wśród
nich spora grupka osób, którym bliżej do LPR, aniżeli do byłej
koalicji.
Ale czy oni nie myślą czasami kategoriami wykorzystywanych i okłamywanych
przez wieki chłopów. Czy nie ożyło w nich uprzedzenie w momencie,
kiedy przyjęta przez rząd i uchwalona przez sejm - nie najszczęśliwiej
sformułowana - ustawa o biopaliwach, za którą cała koalicja
opowiedziała się w sposób jednoznaczny została zawetowana przez
Prezydenta, a możliwości odrzucenia weta nie poparł najważniejszy
z koalicjantów. A może warto było znaleźć jakieś modus vivendi,
aby podtrzymać koalicję i wspólnie starać się pozyskać zaufanie
chłopów? Przecież każdy zdrowo myślący Polak, nawet mający
uprzedzenia, do jednej czy drugiej strony koalicji, musi przyznać, że
dla Polski, właśnie ta koalicja zdawała się być najlepszym z
rozwiązań.
Prawdę mówiąc skoro już Senat proponował pewne
poprawki, to może warto je było przyjąć, aby Prezydent nie musiał
wetować ustawy. Być może odegrały tu rolę duże interesy, ale to
tak po jednej, jak i drugiej stronie. Tych którzy robią, czy mieli
nadzieję robić kokosy. Tylko rolnik znowu został na lodzie. Kiedy
rolnicy bardzo liczyli, że obsieją odłogujące hektary, że sprzedaż
rzepaku przyniesie im jakiś grosz, nagle rozgorzała batalia, na której
póki co stracili rolnicy. Ale czy tylko rolnicy? Gdyby był rzepak,
ruszyłyby gorzelnie, produkujące bioetanol. Na produkcji zarobili by
także obsługujący je robotnicy. Nasi polscy robotnicy!!! Gdyby
rolnicy i robotnicy mieli większy dopływ gotówki, to zaczęli by ją
wydawać na inne produkty - miejmy nadzieję - wytwarzane w kraju,
pobudzając tym samym rynek zbytu. I zaczął by się, może wreszcie
ruch, tak na rynku produkcji, jak i konsumpcji.
Może wreszcie, zaczęlibyśmy wychodzić z kryzysu. No cóż,
co się stało, to się nie odstanie.
Mamy rząd mniejszościowy i jeżeli ten rząd będzie chciał
przetrwać, a tym bardziej odbudować nadszarpniętą pozycję lewicy
to Premier Miller, z równą stanowczością, z jaką zareagował na
brak subordynacji koalicjanta, musi doprowadzić nie tylko do
szybkiego poprawienia i uchwalenia ustawy o biopaliwach, czy ustawy o
ziemi, ale także do przecięcia kilku innych wrzodów, gnijących na
ciele Rzeczpospolitej.
Oby nowy Minister Rolnictwa - Adam Tański, tak jak zapowiada, szybko
doprowadził do uregulowania najbardziej palących spraw w rolnictwie.
Oby okazał się Kazimierzem Barcikowskim na miarę XXI
wieku. Człowiekiem który będzie umiał zrozumieć i pozyskać chłopów,
do wspólnych działań na rzecz rozwoju kraju. Oby dymiący wulkan
nie wybuchnął, a zalewającą nas lawą nie stali się rolnicy. Bo
tego nikt z nas by sobie nie życzył.
Antoni Urbaniec