Nad Sołą i Koszarawą - nr 7 (110) - rok  VI - 1 Kwiecień  2003

  |poprzedni  artykuł|   |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 

Kalejdoskop / nie tylko / wspomnień - Nie lekceważmy rolników

   Średnio licząc co trzeci mieszkaniec Polski należy do rolniczego stanu. Stanu, który niczym wulkan zaczyna się coraz mocniej burzyć i oby nie wybuchnął. Nie lekceważyłbym, organizowanych przez rolników, od kilku tygodni, manifestacji i blokad dróg, bo przywodzą mi one na myśl pomruki, jakie wydobywają się z wnętrza wulkanu, zanim nastąpi jego erupcja.
   Wulkany mają to do siebie, że zanim wyrzucą na zewnątrz, całą masę lawy, piasku wulkanicznego i popiołu, gromadzą to wszystko w sobie, nieraz przez bardzo długi okres czasu. W rolniczym wulkanie, przez całe dziesiątki lat, tej gotującej się masy nagromadziło się dużo, bardzo dużo.
   Nie zamierzam zagłębiać się zbyt daleko w >chłopskie krzywdy<. Nie będę przypominał pańszczyźnianego upokarzania chłopów przez wieki, ani czasów Polski międzywojennej, bo ta dla nich także była macochą. Wystarczy tylko uświadomić sobie, że główny ciężar odbudowy naszego kraju z ruin, jakie pozostawiła II wojna światowa, spoczął na chłopskich barkach, bo i na czyich miał spocząć, skoro w owych czasach stanowili oni przeważającą większość narodu.
   To oni żywili kraj, oddając znaczną część swojej produkcji państwu, w formie uciążliwych, nisko opłacanych, obowiązkowych dostaw.
   To oni przede wszystkim, zasiedlali i zagospodarowywali ziemie zachodnie.
To oni, - głównie młode pokolenie chłopów -, pracowali przy odbudowującym się przemyśle i - jak to się wówczas mówiło - > na wielkich budowlach socjalizmu<.
   Październik - 1956 r. otworzył nowe perspektywy przed Polską wsią, a ustanowienie w 1959 r. Funduszu Rozwoju Rolnictwa i przypisanie go Kółkom Rolniczym, w istotny sposób wpłynęło na rozbudzenie samorządności wśród chłopów i przyśpieszyło wprowadzanie postępu agrotechnicznego w rolnictwie. Równocześnie zwiększone zostały nakłady na rozwój przemysłu rolno- spożywczego oraz przemysłu wytwarzającego środki produkcji dla rolnictwa. Przed rolnictwem zapaliło się zielone światło.
Dużym impulsem , przyśpieszającym postęp w rolnictwie było wypracowanie w 1971 r - wspólnie przez PZPR i ZSL -. nowej polityki rolnej, której motorem napędowym był chłopski syn z mazowieckiej wsi, ówczesny sekretarz rolny KC PZPR, a następnie Minister Rolnictwa - Kazimierz Barcikowski.
   Polityka ta zakładała - rozłożone w czasie: zniesienie obowiązkowych dostaw, wzrost opłacalności produkcji rolnej, zwiększenie nakładów, tak na przemysł produkujący dla rolnictwa, jak i przetwórstwo rolno-spożywcze i co najważniejsze przewidywała przyznanie rolnikom świadczeń emerytalnych i objęcie ich bezpłatną opieką lekarską, z równoczesnym zagwarantowaniem trwałości gospodarstwa chłopskiego.
   Wprowadzenie jej w życie przyczyniło się do dynamicznego wzrostu produkcji rolnej i lepszego zaopatrzenia rynku w produkty rolne i ich przetwory. Lata 60 -te i 70 -te ubiegłego wieku, były bodaj w całej historii polskiego rolnictwa najkorzystniejszymi latami jego rozwoju
   Warto przypomnieć, że produkcja - mięsa: wołowego wzrosła / w zaokrągleniu/ z 465 tyś. ton w 1970 r. do 695 tyś. ton w 1975 r i 734 tyś. ton w 1979 r. Analogicznie mięsa: wieprzowego z 1279 tyś. ton do 1793 tyś. ton i 1795 tyś. ton; drobiowego z 115 tyś. ton do 236 tyś. ton i 398 tyś. ton. Mleka z 14,5 mld litrów do 16,0 mld. litrów i 16,5 mld. litrów. Równocześnie chłopi, bodaj po raz pierwszy w naszych dziejach - zaczęli nabierać zaufania do państwa i lansowanej przez niego polityki. Najwymowniejszym przykładem wzrostu tego zaufania, był rozwój gospodarstw specjalistycznych, ukierunkowanych na jeden, dwa rodzaje produkcji podstawowej. Rolnicy zaczęli wierzyć w trwałość tej polityki i unowocześniać swoje gospodarstwa, biorąc niejednokrotnie wysokie kredyty inwestycyjne.
   Rozwijały się i umacniały państwowe gospodarstwa rolne, powstawały nowe spółdzielnie produkcyjne. Także tu na Podbeskidziu, gdzie głód ziemi był zawsze bardzo duży, rolnicy zaczęli dostrzegać swoją szansę w gospodarce kolektywnej, czego wyrazem było powstanie kilku nowych spółdzielni produkcyjnych.
"Sielanka" ta jednak trwała krótko. Już w latach 80-tych zanotowano regres w produkcji rolnej. Zapoczątkowana, w latach 90-tych XX wieku, transformacja społeczna, w rolnictwie doprowadziła do absurdów. Ze względów ideologicznych rozwiązano PGR -y oraz doprowadzono do upadku Rolnicze Spółdzielnie Produkcyjne, tak jakby chleb ze zboża wyprodukowanego w tych sektorach był gorszy od chleba wyprodukowanego na zbożu z chłopskiego pola. Dochodowość w gospodarstwach chłopskich spadła prawie o połowę, co doprowadziło do tego, że rolnicy masowo zaczęli ograniczać produkcję, a wiele gospodarstw, które zaangażowały się w modernizację w oparciu o kredyty inwestycyjne, po prostu zbankrutowało. Dzisiaj całe połacie pół w Polsce leżą odłogiem.
   Widać to także u nas, chociaż tu w Beskidach, zjawisko to musi szczególnie boleć. Tutaj ziemia była w wyjątkowym poszanowaniu i te małe 1- 2 ha, rozdrobnione gospodarstwa , przy dużej ilości siły roboczej, produkowały, przynajmniej na potrzeby własnej rodziny, a teraz leżą odłogiem i nawet pola położonych na górskich stokach mało kto zalesia.
   Jeżeli pomyśleć, że za swój sukces uważamy dzisiaj "wywalczenie" w Unii Europejskiej możliwość produkcji 7,0 mld. litrów mleka rocznie, wobec 16,5 mld. w 1979 roku, nie mówiąc już o innych wskaźnikach - także w przemyśle-, to widać jakie osiągnęliśmy dno.
   Ale znacznie groźniejszym od spadku produkcji rolnej, jest poderwanie, po raz kolejny zaufania rolników do władzy. Chłop polski, od pokoleń - nie bez przyczyny, o czym wspomniałem na wstępie - ma zakorzenioną w sobie nieufność do zwierzchności i ta nieufność, to uprzedzenie, - "dzięki" aktualnej polityce rolnej, a właściwie braku takowej, znowu się w nim ugruntowuje.
   Władza zaś, wciąż nie potrafi wyzbyć się "jaśniepańskiego" stosunku do chłopa.
Wieś traktuje się jak jedno wielkie dziadostwo. Chłopów jak ciemną, nie wykształconą masę, w gumowych butach, kufajkach, z kilkudniowym zarostem. No cóż, tacy reprezentanci tej społeczności, też się zdarzają, ale kto ich do tego stanu doprowadził?
   Rolnik w skrytości ducha liczył na to, że dojście lewicy do władzy w koalicji z PSL, przyniesie ulgę jego losowi. Wszak doznał tego w latach 60/70. Wszak premier Miller w swoim expose o tym zapewniał.
Jak się mają słowa do czynów? Jak potraktować stwierdzenie Jarosława Kalinowskiego, jakiego użył w wywiadzie telewizyjnym, że kiedy szło o miliardy dla górnictwa, czy na inną gałąź gospodarki, to przystawał na to solidarnie, bo tak trzeba / i ja tak sądzę /, ale o kilka milionów dla rolnictwa, musiał walczyć, z opornym sojusznikiem?
   I czy faktycznie musiał? Czyżby działacze lewicy potrzeby wsparcia rolnictwa nie doceniali?
Nie wiem, czy w istniejącej sytuacji rozważną była decyzja o zerwaniu koalicji z PSL.
   To prawda, że ludowcy nie pierwszy raz okazali się wiarołomni, zaś tym razem w wyjątkowo newralgicznej sprawie i należała im się jakaś nauczka. Należała, bo szermując hasłami obrony rolników, nie tylko ich interes mieli na myśli, bo znajduje się wśród nich spora grupka osób, którym bliżej do LPR, aniżeli do byłej koalicji.
Ale czy oni nie myślą czasami kategoriami wykorzystywanych i okłamywanych przez wieki chłopów. Czy nie ożyło w nich uprzedzenie w momencie, kiedy przyjęta przez rząd i uchwalona przez sejm - nie najszczęśliwiej sformułowana - ustawa o biopaliwach, za którą cała koalicja opowiedziała się w sposób jednoznaczny została zawetowana przez Prezydenta, a możliwości odrzucenia weta nie poparł najważniejszy z koalicjantów. A może warto było znaleźć jakieś modus vivendi, aby podtrzymać koalicję i wspólnie starać się pozyskać zaufanie chłopów? Przecież każdy zdrowo myślący Polak, nawet mający uprzedzenia, do jednej czy drugiej strony koalicji, musi przyznać, że dla Polski, właśnie ta koalicja zdawała się być najlepszym z rozwiązań.
   Prawdę mówiąc skoro już Senat proponował pewne poprawki, to może warto je było przyjąć, aby Prezydent nie musiał wetować ustawy. Być może odegrały tu rolę duże interesy, ale to tak po jednej, jak i drugiej stronie. Tych którzy robią, czy mieli nadzieję robić kokosy. Tylko rolnik znowu został na lodzie. Kiedy rolnicy bardzo liczyli, że obsieją odłogujące hektary, że sprzedaż rzepaku przyniesie im jakiś grosz, nagle rozgorzała batalia, na której póki co stracili rolnicy. Ale czy tylko rolnicy? Gdyby był rzepak, ruszyłyby gorzelnie, produkujące bioetanol. Na produkcji zarobili by także obsługujący je robotnicy. Nasi polscy robotnicy!!! Gdyby rolnicy i robotnicy mieli większy dopływ gotówki, to zaczęli by ją wydawać na inne produkty - miejmy nadzieję - wytwarzane w kraju, pobudzając tym samym rynek zbytu. I zaczął by się, może wreszcie ruch, tak na rynku produkcji, jak i konsumpcji.
   Może wreszcie, zaczęlibyśmy wychodzić z kryzysu. No cóż, co się stało, to się nie odstanie.
Mamy rząd mniejszościowy i jeżeli ten rząd będzie chciał przetrwać, a tym bardziej odbudować nadszarpniętą pozycję lewicy to Premier Miller, z równą stanowczością, z jaką zareagował na brak subordynacji koalicjanta, musi doprowadzić nie tylko do szybkiego poprawienia i uchwalenia ustawy o biopaliwach, czy ustawy o ziemi, ale także do przecięcia kilku innych wrzodów, gnijących na ciele Rzeczpospolitej.
Oby nowy Minister Rolnictwa - Adam Tański, tak jak zapowiada, szybko doprowadził do uregulowania najbardziej palących spraw w rolnictwie.
   Oby okazał się Kazimierzem Barcikowskim na miarę XXI wieku. Człowiekiem który będzie umiał zrozumieć i pozyskać chłopów, do wspólnych działań na rzecz rozwoju kraju. Oby dymiący wulkan nie wybuchnął, a zalewającą nas lawą nie stali się rolnicy. Bo tego nikt z nas by sobie nie życzył.

Antoni Urbaniec

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.