Samo Życie czyli historyczne zapiski sprzed wieków
- Pijaństwo nie popłaca czyli opowieść o nadzwyczajnych Boga
sojusznikach
O
tym, że natura ludzka ułomną jest wiemy nie od dzisiaj. Problemem
społeczno- moralnym od wieków jest alkohol. I to nie jego samo
istnienie, ale nadużywanie "ognistej wody". Mądrzy ludzie
podkreślają, iż trunki są dla ludzi, a ci, którzy po ich spożyciu
zamieniają się w zwierzęta nie powinni po nie sięgać. Jednak, o
tej prostej zasadzie zapomina się dziś, nie pamiętało się przed
wiekami, a czy będzie się ją stosować jutro dowiemy się, gdy dożyjemy.
Zazwyczaj los pijaka, niezależnie do stanu społecznego wygląda
podobnie. Na początku wódka odbiera rozum, potem środki do życia i
rodzinę, aby na końcu upomnieć się o duszę. Zdarzały się jednak
przypadki, kiedy ten scenariusz nie do końca się sprawdzał. Szczególnie
wtedy, gdy rodzina wspierała zbłąkaną owce nie tylko materialnie,
ale, co również ważne duchowo. Kilka takich nadzwyczajnych
ingerencji sił nadprzyrodzonych odnajdujemy w kronice Andrzeja
Komonieckiego. Sławetny wójt zamieścił je: "na przykład
ludziom pijaństwem się bawiącym, aby się go wystrzegali".
Jednym z takich nieszczęśników był Jan Cul. Obywatel żywiecki, który
tylko z rzadka trzeźwiał, nie miał względu ani na sąd ludzki, ani
też na Boży. Nie szanował rodziny, a w najważniejsze święta kościelne
zalewał się w "trupa". W stanie zaś upojenia alkoholowego
zamieniał się w zwierzę, "złe słowa i diabłów wspominał".
Podobnie było i w
Święto
Trójcy świętej w 1706 roku. Pijany, awanturował się w sieni, gdyż
żona nie wpuściła go domu. Wtedy: "ku niemu diabał bardzo
sprośny i tłusty przyszedł, mając kufel smoły, ogniem pałający,
mówiąc mu: Przyszedłem cię posilić za to coś się wczora w tak
wielkie święto upił". Zamroczony alkoholem Jan zaczął
przegadywać się wspominając diabłów, a za jego słowami coraz więcej
diabłów w dziwacznych przebraniach przybywało. Kiedy tłok był już
wielki, Janek przeraził się i "za szkaplerz się uchwycił".
Diabli, zachęcali, aby tę łatkę zrzucił, gdyż i tak już jest
ich. Widząc, że sytuacja jest naprawdę groźna "poczoł do
Anioła Stróża uciekać, prosząc go o pomoc". Anioł Stróż
nie spieszył się z odsieczą, a gdy przybył mieczem odpędzając
czartów powiedział z wyrzutem: "Teraz się do mnie uciekasz,
pierwiej żeś o mnie zapomniał, widzisz swoję stratę dla pijaństwa,
że już masz być potępiony". Przerażony mieszczanin widząc,
iż jego anioł stróż nie tylko, że potwierdza wieść o potępieniu,
ale na dodatek sprawia wrażenie, iż jego interwencja niewiele pomoże,
wtedy zrozpaczony przypomniał sobie nauki, że od wieków nie słyszano,
aby proszącego nie wysłuchała Maryja. Ile miał sił w sobie
zakrzyczał: "Naświętsza Panno Maria, ratujże mnie, do
Ciebie
się uciekam i pomocy od Ciebie upraszam". Natychmiast wzywana
zjawiła się, a cała banda diabłów uciekła w popłochu. Maryja
rzekła: "Niebożny synu, bawisz się pijaństwem, obrażasz syna
mojego a potępienie sobie gotujesz, poprzestań tego".
Żona przyzwyczajona do głośnych awantur, początkowo nie reagowała.
Kiedy jednak, małżonek, przestał przeklinać a zaczął wzywać
anioła stróża i najświętszej Panienki, wtedy szybko otworzyła
izbę, a jego widzenie znikło. Od tego czasu Jan Cul, tylko za wzór
do naśladowania mógł służyć. Nie tylko, że pod przysięgą
opowiadał wszystkim, co go spotkało, ale święta szanował, słowa
złego nie wypowiedział, a gdy spotykał pijanego "płakał,
prosząc, aby tego nie czynił i święta w ućciwości miał".
Podobny wypadek spotkał również Marcina Kamieniarza z Żywca, który
będąc muzykiem upijał się notorycznie. I on, przebywając ze swoim
panem w Piotrkowie Trybunalskim, spotkał się oko w oko z czartem. Na
jego widok wykonał znak krzyża, a diabeł ogniem trzaskającym go
potraktował i "całą noc po gajach uwłóczył". Również
i ten po spotkaniu z siłami zła "przestał pić i nigdy nie pił,
choć skrzypkiem był".
29 października 1715 roku Aleksander Pawełkowic mieszczanin i rzeźnik
żywiecki wprawił w osłupienie swoich kolegów po fachu, podczas
zebrania cechowego uchylając się od picia wódki. Jeszcze większy
popłoch
sprawił, kiedy wyjawił, co jest tego przyczyną. Oto, gdy wychodził
z kościoła po mszy brackiej w niedzielę i swoim zwyczajem udawał
się do karczmy, zobaczył przed nią dwóch ludzi częstujących się
wódką. Nic by w tym na owe czasy nadzwyczajnego nie było, gdyby nie
to: "że mały diabełek był w szklance w gorzałce, a gdy pili,
płomień z gardła jego do gęby ich wchodził". Przerażony
tym, co zobaczył, złożył ślub, że na gorzałkę nigdy więcej
nie spojrzy. Tym też dziwnym sposobem Pan Bóg znalazł
nieoczekiwanego pomocnika w walce z pijaństwem. Przypadki powyższe
zamieścił Komoniecki w swej kronice jak sam pisze: "dla przykładu
i pamiątki". Nie naszym jest zadaniem rozpatrywać na ile powyższe
zdarzenia miały rzeczywiście miejsce, a na ile zostały ubarwione.
Faktem jest to, że wszystkie te osoby, znane ogółowi, pod przysięgą
złożyły oświadczenia i od tego wydarzenia po kieliszek już nie sięgnęły.
Uważny czytelnik zauważy, iż we wszystkich tych przypadkach Bóg
posłużył się diabłem, aby uratować duszę przed zagładą
piekielną. Łaskę, jaką otrzymali, zapewne zawdzięczają rodzinie,
która nie ustawała w modlitwach. Częściej jednak, ludzie nadużywający
alkoholu umierają samotnie, bez środków do życia, o zbawieniu
duszy nie wspomnę, bowiem tę kwestie lepiej pozostawić Bożemu osądowi
i miłosierdziu.
Jacek Kachel