Nad Sołą i Koszarawą - nr 4 (107) - rok  VI - 15 Luty  2003

|poprzedni artykuł |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 

Wspomnienie o mojej szkole  - Lata 1928-1936


Mieszkaliśmy w Żywcu na ul. Komorowskich w domu obok piekarni pana Gałuszki. Idąc od rynku, to ulica, przy której mieszkali m.in. p. Widlarz - sędzia, p. prof. Bałut, jeszcze kilka domów dalej przechodziła ona w drogę polną, wiodącą na Grapę, gdzie w zimie jeździłem na sankach i nartach. Egzamin wstępny do Gimnazjum poszedł łatwo, bo miałem niezłe podstawy ze szkoły powszechnej w Zabłociu. Przygotowywałem się do egzaminu z Mieciem Paciorkiem, który mieszkał za prof. Bałutem. Droga do szkoły w pogodne dni wiodła zwykle dróżkami na tyłach ul. Komorowskich, potem koło Starostwa. Wchodziłem do budynku najczęściej przejściem koło sali gimnastycznej. 
Pierwsze trzy lata nauki przypominam sobie bardzo mgliście. Pamiętam, że ze śpiewu w kl. III była dwója na półrocze, a nazwisk nauczycieli zupełnie nie kojarzę z przedmiotami. Może wtedy uczyli prof. Onyszkiewicz, prof. Lelo, prof. Niewiadomski i naturalnie dyr. Waśniowski. Rok szkolny 1931/32 przyniósł zmiany. Był to chyba pierwszy rok szkoły koedukacyjnej i wtedy nastąpiło rozdzielenie na typy klas. Wybrałem typ matematyczno-przyrodniczy (stałem się barbarzyńcą, ale nie "biednym humanistą"). 
Spróbuję uszeregować według przedmiotów to, co jeszcze pamiętam. 
Matematyka.
Chyba pierwsze cztery klasy były niezbyt ciekawe. To była nauka z podręcznika, "bezbarwna". Dopiero kiedy przedmiotu zaczął uczyć prof. Pawłowicz, przyszła istotna różnica. Książki zastąpiły ciekawe wykłady. Do każdego działu był zeszyt, w którym notowaliśmy "teoryjkę". Były to przede wszystkim twierdzenia i ich dowody, zwięzłe definicje i odpowiednie rysunki. Do domu były zadawane ćwiczenia, których prof. Pawłowicz przygotowywał kilka zestawów z różnym stopniem trudności. Mnie na przykład te trudniejsze zmuszały do współzawodnictwa z kol. Pietraszko, a słabszych z matematyki taki system wcale nie zniechęcał. Prof. Pawłowicz (absolwent uniwersytetu w Dorpacie) wyróżniał się nie tylko jako wspaniały pedagog, znawca charakterów i uczniów, ale także jako człowiek wszechstronny. Poza tym nie uznawał poza rowerem innego środka lokomocji i codziennie, latem i zimą, kąpał się w Sole (koło mostu kolejowego miał budkę, gdzie się przebierał). To on chyba uczynił z matematyki mój ulubiony przedmiot. Było to również źródło dochodów z korepetycji w kl. VI,VII i VIII (moim "uczniem" był nawet zawiadowca odcinka drogowego PKP, p. Biachnio, który kończył szkołę Wawelberga, a przygotowywał się do egzaminu na politechnikę).
Przyrodoznawstwo
Przedmiot, nauczany przez prof. Augustynowicza, doskonałego nauczyciela i wspaniałego człowieka, który uczył nieszablonowo. Na przykład na podstawie "Klucza" uczył rozpoznawać rośliny w pięknym przyszkolnym ogródku i w czasie wycieczek do lasu, uczył także szanowania przyrody. Zajęcia w pracowni to wiele poglądowych lekcji. Posługiwaliśmy się mikroskopem. Ścinki i inny materiał sami przygotowywaliśmy. Robiliśmy "sekcje" żab i królika, aby zapoznać się z wewnętrznymi organami zwierząt. Zadaniem domowym np. było spreparowanie szkieletu żaby. Każda kosteczka miała być przytwierdzona nitką do tekturki. 
Chemia
W klasach III, IV i V uczył, aż do nagłej śmierci, prof. Gizowski (nawiasem mówiąc mój sąsiad z drugiej strony ulicy). Twórca świetnie wyposażonej sali wykładowej. Za tablicą dygestorium, a potem duża sala ze stołami laboratoryjnymi, odczynnikami, palnikami Bunsena i innym wyposażeniem. Lekcje były najczęściej ilustrowane demonstracjami z przebiegu rozmaitych reakcji. Miałem przyjemność być jego „asystentem” i przygotowywać zajęcia praktyczne i owe pokazy. Zapamiętałem go jako dystyngowanego pana i piękną postać człowieka. Ostatni rok chemii uczył prof. Bertisch i jemu także trochę pomagałem w przygotowywaniu pokazów (ale miał już też innego "asystenta") i w nauce matematyki w niższych klasach. Wiedza z chemii wyniesiona ze szkoły w późniejszych latach okazała się znaczącą pomocą w opanowaniu nauk z pokrewnych dziedzin, tj. garbarstwo, technologia kwasu siarkowego i hutnictwo metali nieżelaznych. W tych dziedzinach "brylowałem" potem przez wiele lat dorosłego życia i to z dobrym rezultatem. 
Fizyka
Ten przedmiot aż do matury był nauczany przez prof. Horodyskiego. Wiedzę z tej dziedziny przekazywał prof. Horodyski w sposób przystępny, ale tylko taką podręcznikową. (Mam wrażenie, że ta wiedza nie uwzględniała już wtedy nowych osiągnięć w fizyce. W naszej klasie było kilku takich, którzy pytaniami wprowadzali go w zakłopotanie.) Mieliśmy do dyspozycji dużo pomocy naukowych (wykonanych w warsztacie szkolnym) i możliwość praktycznego ich wykorzystania. Było także kółko fizyczne. Pamiętam, że na takie spotkanie przygotowałem pokaz pt. "Zimne prądy Tesli". Mimo, że odnosiłem się z małym entuzjazmem do tego przedmiotu, to przyznaję, że jednak przez te lata przyswoiłem sobie wcale dobry kawałek wiedzy. 
Roboty ręczne
Przedmiot ten nauczał do VI klasy prof. Bydliński. Nauczyłem się wtedy niemało. Wachlarz zajęć obejmował np. introligatorstwo - oprawiano własne podręczniki i książki z biblioteki; materiał każdy kupował sam, a z gilotyny korzystano w drukarni p. Lintschera. Było toczenie w drewnie - tokarka z napędem nożnym, narzędzia trzeba było samemu przygotować. Pamiętam, że do domu zrobiłem wałek do ciasta. Obróbka szkła - do pracowni fizyki przygotowywaliśmy butle lejdejskie. Obróbka metali i drzewa - zrobiłem dla siebie narty z jesionu, łącznie z okuciami. Szczepienie drzew i krzewów - sami robiliśmy maść ogrodową, łyko się kupowało. Warsztat dostarczał pomoce naukowe do fizyki, geometrii, podlepiano płótnem mapy. Robiło się pożyteczne rzeczy bez obciążania budżetu szkoły. 
Język polski
Pierwsze klasy to rutynowe zajęcia podręcznikowe z klasówkami i dyktandami. Uczył prof. Niewiadomski. Dopiero od kl. IV, gdy przedmiot przejęła pani dr Podkulska (była też wychowawczynią klasy), nauka stała się ciekawsza. Były dyskusje, omawiające różne pozycje z literatury. Wtedy ciekawiła mnie literatura skandynawska. Pani dr Podkulska urządzała herbatki popołudniowe. Chyba starała się w ten sposób nauczyć nieco bontonu i w ogóle dobrego zachowania. Niezbyt przychylnie patrzył na to ks. Prefekt Kisielewski. Bo to była koedukacyjna klasa i dorastająca młodzież. Pani dr Podkulska uczyła w kl. VIII także propedeutyki filozofii. Był to jednak przedmiot marginalny. 
Język niemiecki
Chyba do VI kl. Uczył prof. Będzikiewicz, do którego przywarło przezwisko "Pipsztok". Starał się nas zainteresować literatura niemiecką, ale nie cieszył się zbytnio autorytetem, przede wszystkim ze względu na zaniedbany wygląd starego kawalera. Mnie było go żal, bo płatano mu figle. Potem przejęła przedmiot prof. Włodarska. Była wymagająca, ale lubiana. Było więcej gramatyki. 
Język francuski
Przez jeden rok, w IV lub V klasie wykładała jako przedmiot nadobowiązkowy prof. Saratowiczówna. Zbyt krótko, aby się nauczyć języka, ale zdążyłem sobie przyswoić umiejętność czytania i niewielki zasób słówek. Potem, w 1938 roku, kiedy podjąłem dalsze studia w Wiedniu (Bundeslehr- und Versuchsanstalt für Chemische Industrie) i gdy stały się one niedostępne, udało mi się uzyskać przyjęcie na III rok w Lyonie na Uniwersytecie w "Ecole Francaise de Tannerie". Uczyłem się przez lato z samouczka francuskiego, bo już właśnie jakieś podstawy były. Inna rzecz, że nie udało się wyjechać, bo w tym czasie komplikowała się sytuacja polityczna i konsulat Francji w Krakowie od połowy września przestał wydawać wizy studenckie. 
Geografia
Pani prof. Bartosiewiczówna, którą pamiętam jako dość korpulentną panią w średnim wieku, z dobrym skutkiem przybliżała nam wiedzę o innych kontynentach i krajach. Było także coś z astronomii. W warunkach jakże innych od obecnych, jeśli chodzi o dostęp do informacji, jej pedagogiczny wysiłek okazał się w moim przypadku niezwykle pożyteczny. 
Historia
Nie pamiętam tematów z pierwszych lat nauki i kto był wykładowcą. Potem uczył prof. Biełohołowy. 
Higiena
Był to przedmiot, który wykładał lekarz szkolny, dr B. Ustjanowski. Trochę potrzebnej wiedzy o higienie na co dzień, niektórych chorobach, a także o sprawach damsko-męskich (chłopcy i dziewczęta osobno). Zdaje się, że w ogóle wiedza potrzebna, podana w kulturalny sposób.
Ćwiczenia cielesne
To gimnastyka, gry i zabawy. W pogodne dni na podwórku szkoły a także w takim ośrodku nad Sołą (koło kortów tenisowych "Solali") był palant, biegi przełajowe, skoki w dal itp. . W inne dni na dobrze wyposażonej sali gimnastycznej. Tam ćwiczenia na przyrządach i często siatkówka. Pierwsze kilka lat przedmiot prowadził prof. Bałut, który był także prezesem "Sokoła". Ostatnie dwa albo trzy lata przedmiot przejął prof. Tchórzewski, dosyć młody, chyba niedługo po studiach. Należałem do najmłodszych i czasem nie nadążałem za kolegami. Ale i tak był to przyjemny przedmiot. 
Przysposobienie wojskowe
Przedmiot przez dwa lata w VI i VII klasie prowadzony przez podoficera, a czasem oficera z 3-go Pułku Strzelców Podhalańskich w Bielsku. To było potrzebne, aby przygotować przyszłych podchorążaków rezerwy, których szkolenie trwało tylko 1 rok. W ramach tych zajęć były też tak zwane koncentracje. Jedna połączona z marszem do Węgierskiej Górki, gdzie było ostre strzelanie do tarcz przez Sołę, i druga, narciarska w Hucisku koło Suchej. W lecie na zakończenie dwutygodniowy międzyszkolny obóz ćwiczebny w Starym Sączu nad Popradem.
Tak zapamiętałem tę szkołę i nauczycieli w niej uczących. Wiele jej zawdzięczam. 
Leon Forner

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.