Nad Sołą i Koszarawą - nr 3 (106) - rok  VI - 1 Luty  2003

|poprzedni  artykuł |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 

Żydzi w Milówce - Wspomnienie.

Gdy sięgam pamięcią wstecz do lat dzieciństwa, to zawsze kojarzą mi się one ze sklepami żydowskimi w których prawie co dzień robiliśmy drobne zakupy. Dlatego też pisząc o historii Milówki, nie sposób pominąć Żydów, którzy wypisali ślad na jej biografii i wyglądzie. Ich działalność stała się znaczącym składnikiem tak gospodarczego, jak i kulturalnego życia Milówki, bowiem Żydzi w większości jako ludzie wykształceni należeli do trzonu inteligencji milowieckiej już w II połowie XIX wieku o czym świadczą zapisy w kronice strażackiej.
I tak w protokole z posiedzenia założycielskiego Wydziału Straży Ogniowej z dnia 27.08.1889 r. w jej zarządzie widnieją dwa nazwiska miejscowych kupców żydowskich: Zygmunt Silberstein z-ca naczelnik straży i Samuel Silberstein - skarbnik. Oprócz nich do Wydziału Straży należeli inni kupcy: Bernard Geller i Mojżesz Koufmdu.
Żydzi zajmowali też eksponowane stanowiska: Clar Salamon i Szteier byli adwokatami, zaś Ema Silberstein była dentystką. Podczas okupacji przez jakiś czas, chcąc się ukryć przed Niemcami, pracowała u volksdeutcha Kapały.
Dentystą też był jeden z synów Jakuba Griina, który zginął później podczas okupacji, ale pozostała rodzina zdążyła przeprawić się przez Karpaty na Węgry, a stamtąd do USA. Jeden z ocalałych synów mieszka do dziś na Florydzie, jak nam to powiedział p. Salton, który po wojnie 2-krotnie odwiedził Milówkę.
Ojciec jego Jakub prowadził u nas przed wojną sklep tekstylno-odzieżowy.
Pamiętam, jak byłam oszołomiona bogatym asortymentem jego towarów, gdy poszłam tam z mamą, która chciała mi kupić płaszczyk. Ponieważ nie miał akurat odpowiedniego dla mnie rozmiaru, więc obiecał, że za dwa dni taki przywiezie. I słowa dotrzymał. Wszyscy Żydzi bardzo szanowali swoich klientów i starali się dogodzić ich gustom. Miał on troje dzieci i wszystkie bardzo dobrze się w szkole uczyły i zgodnie żyły z innymi dziećmi.
Ogółem w gminie Milówka przed II wojną światową mieszkało ok. 40 rodzin żydowskich, tj. ok. 200 osób, z tego najwięcej w Milówce, a po kilkanaście osób w okolicznych wsiach gminy: Kamesznicy, Nieledwi i Szarem. Wszyscy byli religijni w każdą sobotę, kiedy mieli swoje święto tzw. szabas, odświętnie ubrani przeważnie w ciemne szały, szli gromadnie do swojej synagogi, którą nazywano bożnicą. Była ona murowana i mieściła się w pobliżu mostu na Sole przy dzisiejszej ulicy Grunwaldzkiej. Mężczyźni mieli czarne kapelusze z szerokim rondem, a rabin tj. przewodnik duchowy - miał chałat. W synagodze był na środku piedestał do czytania zwojów Tory, którą przechowywano w pięknej szafie.
Na piętrze synagogi była galeria dla kobiet. W pobliżu rzeki Soły była ubojnia, gdzie Żyd Katz koszernie zabijał bydło i drób.
Głównymi zajęciami Żydów były handel a częściowo także rzemiosło z nimi związane. Dlatego też prawie wszystkie sklepy w Milówce były przed wojną żydowskie.
Najbogatszym w całej okolicy Żydem był Bernard Geller. Jego obrót miesięczny wynosił ok. 2 mln zł. Prowadził on wielobranżowy handel hurtowy i detaliczny. Jeszcze do dziś istnieje wysoki obszerny murowany dom, który w centrum Milówki wybudował, a który służył mu za mieszkanie, magazyn i obszerny sklep. Wielu miejscowych ludzi znajdowało u niego pracę w charakterze służby i ekspedientów, a także furmanów, rozwożących towar po okolicznych wioskach i przywożących go do Milówki.
Bogatym Żydem był też w Milówce Mojżesz Kaufman, prowadzący sklepy gospodarstwa domowego. Wielobranżowe sklepy prowadzili także Jolberg i Michnik.
Zaopatrywali oni w towary sklepy w Kamesznicy, Istebnej i Koniakowie.
Dziś w budynku Golberga mieści się apteka.
Sklepy spożywcze w Milówce prowadzili Szagryn i Silberstein, a sklepy galanteryjne Lewi Jukiel i Grün (Zielony) zaś sklep papierniczy Żyd - Tobiasz. Jeden z miejscowych Żydów - Zimmerspitz - nie tylko prowadził sklep tekstylny, ale w centrum Milówki miał także warsztat krawiecki, w którym świadczył ludziom także usługi.
Scharpi i Goldman prowadzili piekarnie i sklep z pieczywem, zaś Kegel - sklep spożywczy, a Wulkan - obuwniczy: Sztamberger i Schifergren prowadził masarnie i sklep mięsny, a sklep spożywczy - Szagryn i Sapera.
Na szczególną uwagę zasługują Żydzi, którzy oprócz sklepów prowadzili restauracje zwane wówczas karczmami. W tamtych czasach były one ogniskiem życia społeczno-towarzyskiego. W nich się spotykali przy szynku w niedzielę i święta po mszy gospodarze, aby sobie pogawędzić czegoś się dowiedzieć, czy poradzić. W nich często obchodzono chrzciny lub nawet wesela, a najczęściej potańcówki, zwłaszcza w długie jesienno-zimowe wieczory.
Karczmy te prowadzili: Golberg, Faber, Silberstein i Kaufman. Konkurowali oni między sobą uprzejmością wobec klientów i cenami usług.
Na ogół żyli oni w przyjaźni i zgodzie z miejscową ludnością, starając się dogodzić gustom swych klientów.
Ale po I wojnie światowej w 1918 r. miejscowi chłopi podjudzeni przez Hallerczyków rzucili się do rabowania żydowskich sklepów. Drugi raz w 1939 r. kiedy podburzyli ich endecy ale zawiadomiona policja przyjechała z Żywca i zaprowadziła porządek, zraniwszy przy tym dwóch agresywnych chłopów. Nikogo jednak nie zabili, tylko rabowali żydowskie sklepy, co można usprawiedliwić panującą wówczas biedą i bezrobociem. Potwierdza to Żyd - syn adwokata Bernarda Salamona, który w 1988 przyjechał z Ameryki do Polski, aby odwiedzić Milówkę, w której się urodził, spędził dzieciństwo i młodość.
Powiedział on: "Za moich młodych lat nie było antysemityzmu. Wychowałem się tutaj jako młody Polak zgodnie z hasłem - Jaki znak twój - orzeł biały". Sfinansował on renowację dewastowanego przez 49 lat opuszczonego cmentarza żydowskiego. Wzruszający był jego szacunek dla swych przodków oraz pietyzm z jakim tego dzieła dokonał i zabezpieczył przed dalszym niszczeniem. Dwukrotnie tu przyjeżdżał z żoną i córką wspominając mile ludzi z którymi spędził swoje młode lata. Widać było, że tam za oceanem serce jego wciąż jeszcze biło dla Polski. 
Maria Jurasz, której dziadek i ojciec byli ongiś na tym cmentarzu grabarzami, na jego prośbę przejęła dalszą opiekę nad cmentarzem i sprawuje ją do dziś. Pan Salton wrócił do Ameryki spokojny, że spełnił swój święty obowiązek wobec zmarłych ziomków.
Tylko jemu i nielicznym członkom wspólnoty żydowskiej udało się w porę uciec z Polski za granicę przed najazdem hitlerowskim we wrześniu 1939 r.
Stał się on nie tylko początkiem martyrologii Polaków, ale i eksterminacją Żydów, których niszczono za samą przynależność rasową. 
Getta i obozy śmierci, a w nich komory gazowe pochłonęły ok. 3.5 mln Żydów. Nieliczni ocaleni jak Sulberstein, Szteier, Green i Salamon zamieszkali w Ameryce bądź w Izraelu, tam założyli rodziny, dorobili się majątku i wykształcili dzieci. Green, który przyjął nazwisko Salton po wojnie odwiedził Milówkę dwa razy. Zdumiewał się jak bardzo się zmieniła i rozbudowała. W centrum Milówki Żydzi pozostawili liczne domy, w których po wojnie urządzono sklepy, biura Urzędu Gminy, ośrodek zdrowia i aptekę. Niektóre starsze budynki pożydowskie w tym i synagogę Niemcy podczas wojny zburzyli. Należałoby jeszcze odpowiedzieć na pytanie: czy w Milówce był antysemityzm? Otóż programowego nie było, ale jego akcenty dawały o sobie znać w sytuacjach ekstremalnych. Najpierw w 1918 po I wojnie światowej chłopi podjudzeni przez Hallerczyków wybijali szyby i rabowali żydowskie sklepy. Po raz drugi to zrobili w 1938 r. pod płaszczykiem partii narodowców na tle zawiści o bogactwa Żydów. Zrabowane towary wynosili i ukrywali nad Sołą w lesie zwanym Szteierówką. Żydzi stawiali opór. Jeden z synów Gellera postrzelił atakującego chłopa, a drugiego postrzeliła policja, która przyjechała z Żywca. Postrzeleni wyleczyli się z ran.
Jak z tego widać przejawy antysemityzmu w Milówce nie były programowane jak w hitlerowskich Niemczech, tylko wybuchały sporadycznie w sytuacjach ekstremalnych w czasach kryzysu i biedy to pod namową prowokatorów, mieniących się narodowcami. Bernard Salamon - obecnie Lewis Salton tak o tych zajściach pisał: "Były to wyjątki. Chłopi wówczas słabo wykształceni i przeważnie biedni byli łatwym materiałem dla prowokatorów. Nikogo chłopi nie bili, tylko rabowali w latach kryzysu gospodarczego. Na ogół żyli z miejscową ludnością w zgodzie, często sprzedając jej na kredyt, a nawet obdarowując dzieci słodyczami. Dzieci żydowskie chodziły z nami do szkoły i dobrze się uczyły. Kilku miało ukończone szkoły średnie, a dwóch miało studia wyższe". 
Salamon był lekarzem, a Szteier - adwokatem. Obaj cieszyli się w środowisku opinią fachowców, podobnie jak i właściciele sklepów oraz rzemieślnicy.
Stanisława Białożyt

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.